
Miłość lewicy/progresywnych do irańskich ajatollahów
Paul Finlayson
W zachodniej polityce progresywnej istnieje osobliwa tendencja do doszukiwania się ofiar tam, gdzie ich nie ma. To nie przypadek, lecz instynkt — i obecnie przejawia się w pełni w pobłażliwym traktowaniu Islamskiej Republiki Iranu.
To reżim, który co roku wykonuje setki egzekucji swoich obywateli, więzi tysiące za słowa, ubiór czy sprzeciw, i strzela do protestujących na ulicach, gdy kończy mu się cierpliwość. Ta przemoc nie jest incydentalna — jest systemowa. W ostatnich dniach protesty wywołane załamaniem gospodarczym rozprzestrzeniły się poza Teheran, obejmując prowincjonalne regiony Iranu, w tym zamieszkane przez mniejszości, od dawna zaniedbywane przez klerykalne państwo. Już co najmniej siedem osób zginęło.
To największe protesty od 2022 roku, napędzane nie tylko inflacją, gwałtownym spadkiem wartości riala i jego przyspieszającą deprecjacją, ale także hasłami bezpośrednio wymierzonymi w teokrację. Niedobory chleba są iskrą — czterdzieści pięć lat represji to paliwo.
Iran należy do światowej czołówki pod względem liczby egzekucji w przeliczeniu na mieszkańca. Klerykalne rodziny gromadzą ogromne majątki, podczas gdy zwykli Irańczycy ustawiają się w kolejkach po chleb, leki i wizy wyjazdowe. Wstępne sygnały prezydenta Masouda Pezeshkiana o „dialogu” giną w huku pałek i strzałów — jak zawsze, gdy reżim czuje, że traci kontrolę. Nikt temu nie zaprzecza. To wszystko jest udokumentowane, nagrane i opisane — kiedy w ogóle jest relacjonowane. To, co się dzieje, nie jest po prostu kolejną falą protestów ekonomicznych, lecz dobrze znanym irańskim schematem: finansowy upadek obnaża moralne bankructwo, a reżim odpowiada nie reformą, lecz przemocą.
A jednak w zachodnich stolicach i miasteczkach akademickich reżim został starannie opakowany na nowo — jako niezrozumiana ofiara „zachodniej agresji”. Nie naród irański — kobiety zrywające hidżaby, studenci skandujący przeciwko Najwyższemu Przywódcy, robotnicy strajkujący mimo pewności aresztu — lecz sam reżim. „Iran” traktowany jest tak, jakby był tożsamy z jego władcami, podczas gdy ludzie bici, więzieni i mordowani są wymazywani z obrazu.
Widziałem tę przewrotność na własne oczy, gdy mój własny związek zawodowy, CUPE, ogłosił akcję, którą określił jako „proirańską”. Niezależnie od intencji, język tej deklaracji idealnie współgrał z interesami ajatollahów, a nie ich ofiar. To była solidarność bez dysydentów, współczucie bez refleksji i polityka uprawiana wyłącznie na poziomie sloganów.
Błąd moralny nie jest tu subtelny. Oburzenie dawkuje się według ideologii, a tyrania zostaje przebaczona, o ile tylko obraża właściwych wrogów. Nie naród irański. Reżim.
To nie jest pomyłka. To odruch.
Iranem rządzi dziś gerontokratyczna kasta kleryków, która przez 45 lat tłumiła sprzeciw, kontrolowała kobiece ciała, wieszała homoseksualistów, eksportowała terror za pomocą proxy i doprowadziła kraj do moralnego i ekonomicznego upadku. Tysiące Irańczyków siedzi w więzieniach za słowa. Setki zostały zabite od czasu rozpoczęcia powstania „Kobieta, Życie, Wolność”, zapoczątkowanego śmiercią młodej kobiety, która nie dość starannie nosiła hidżab — Mahsy Amini. To nie są sporne fakty. To życiorys reżimu.
A jednak w Londynie, Toronto, Nowym Jorku czy Paryżu odbywają się wiece progresywnej lewicy, potępiające „zachodnią agresję wobec Iranu”, ostrzegające przed eskalacją i żądające zniesienia sankcji — przy jednoczesnym zdumiewającym przemilczeniu. Slogany mówią wszystko: „Ręce precz od Iranu”, „Przestańcie bombardować Iran”. Rzadko „Precz z ajatollahami”. Rzadko „Wolność dla Irańczyków”.
To rozróżnienie nie jest semantyczne. Jest moralne.
Sprzeciw wobec wojny to uzasadnione stanowisko. Pobłażanie tyranii — już nie. To, czego jesteśmy świadkami, to najstarszy i najbardziej kompromitujący nawyk lewicy: mylenie antyzachodniości z powagą moralną. Jeśli reżim definiuje się jako przeciwnik Ameryki lub Izraela, otrzymuje warunkowe rozgrzeszenie moralne — bez względu na to, jak barbarzyńskie są jego rządy.
To ta sama choroba intelektualna, która kiedyś romantyzowała Castro, usprawiedliwiała Mao, racjonalizowała Pol Pota, a dziś — bez cienia ironii — broni Hamasu. Wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem, nawet jeśli ten „przyjaciel” rządzi pejczem, szubienicą i celą więzienną.
Ostatnie niepokoje w Iranie obnażyły tę patologię z brutalną jasnością. Irańsko-brytyjski komentator Mahyar Tousi trafnie zauważył, że znaczna część zachodnich mediów błędnie przedstawia obecne niepokoje jako serię odosobnionych „protestów ekonomicznych”. To unikanie prawdy. Upadek riala mógł być iskrą, ale grona gniewu dojrzewają od dekad. To, co się dzieje, to ogólnonarodowy bunt przeciwko samej Islamskiej Republice.
Protestujący skandują hasła przeciwko Najwyższemu Przywódcy Alemu Chameneiemu. Zrywają symbole reżimu. Nie krzyczą „Śmierć Ameryce”. Krzyczą „Śmierć dyktatorowi”.
Link do oryginału: https://substack.com/home/post/p-183302653
Freedom to Offend, 7 stycznia 2026
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



Dr. Miqueas Martinez Secchi. Photo: Screenshot