Bally Bagayoko nowy burmistrz Saint-Denis–Pierrefitte. Zdjęcie: Chang Martin/SIPA
Saint-Denis, Roubaix i Nowy Jork – czyli demokracja oddana ludziom, którzy gardzą jej wartościami
Anna Gabowska (Anne Goldschmid)
Jestem obywatelką Francji i od ćwierć wieku obserwuję degrengoladę francuskiej lewicy. Kiedyś byłam z nią silnie związana, lecz należałam do zupełnie innej tradycji politycznej. Tamta, stara i dobra lewica traktowała poważnie demokrację, świeckość państwa i wartości Republiki. Broniła praw kobiet również wtedy, gdy ich przeciwnikiem był religijny fanatyzm, a obywatelstwo rozumiała jako wspólną przestrzeń przekraczającą pochodzenie. Co prawda bywali w niej ludzie naiwni i błędnie oceniający rzeczywistość, ale nadal istniał jej intelektualny kręgosłup. Ta lewica umarła. Na jej trupie wyrosła skrajna formacja, która przejęła dawne słowa, opróżniła je z sensu i wykorzystuje jak rekwizyty. Dzisiejszy antyrasizm ponownie klasyfikuje człowieka według koloru skóry. Feminizm cichnie, kiedy kobiecie ubliża polityk właściwej partii. Świeckość Republiki ugina się przed islamizmem, ponieważ jego najbardziej agresywnych przedstawicieli skrajna lewica uznała za użyteczny elektorat. Antysemityzm zyskał dziś wyjątkowo skuteczne usprawiedliwienie; wystarczy wypowiedzieć słowo “Palestyna”, żeby pogarda wobec izraelskich Żydów uchodziła za postępową cnotę. Nie mam już naprawdę nic wspólnego tym środowiskiem. Pozostałam po stronie starej lewicy, choć została już niemal całkowicie pogrzebana przez ludzi, którzy mylą demokrację z prawem do zdobycia władzy, a później coraz swobodniej podważają wszystko, dzięki czemu mogli tę władzę otrzymać.
Bally Bagayoko jest nowym merem Saint-Denis–Pierrefitte, dużego miasta na północnych przedmieściach Paryża. W marcu 2026 roku zwyciężył już w pierwszej turze, zdobywając 50,77 procent głosów. Był to najważniejszy samorządowy sukces Francji Niepokornej, choć na szczęście w innych dużych miastach partia Mélenchona osiągnęła znacznie mniej imponujące wyniki. Bagayoko nie pojawił się we francuskiej polityce jako człowiek z zewnątrz. Wychował się w Saint-Denis, działał w SOS Racisme oraz organizacjach studenckich, później przez lata funkcjonował w miejscowym samorządzie, a do LFI dołączył w 2017 roku. Bardzo dobrze zna miasto obciążone biedą, społecznym rozbiciem i wieloletnim osłabieniem państwa. Wie także, że skrajność budowana na frustracji najuboższych potrafi wygrywać wyjątkowo skutecznie. Człowiek mający pracę, poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie do instytucji rzadziej potrzebuje politycznego zbawcy. Znacznie łatwiej zdobyć wyborcę przekonanego, że pozostaje wieczną ofiarą wrogiego kraju. Francja Niepokorna doskonale opanowała zarządzanie właśnie takim poczuciem krzywdy. Nie musi uzdrawiać przedmieść, ponieważ ich kryzys stanowi jej najcenniejszy zasób wyborczy. Mélenchon nazwał tę strategię budowaniem “nowej Francji”, a zwycięstwo Bagayoko potraktował jako jej potwierdzenie. Niedługo po wyborach wygłosił w Saint-Denis przemówienie o wspólnym afrykańskim pochodzeniu ludzkości, które zakończył skierowaną do białych przeciwników drwiną: “Il a bien fallu un jour qu’un ou une se mette debout sur ses pattes, à l’autre bout du continent africain, pour qu’à la fin, ici, vous soyez en train de faire les malins, tout blanc, tout moche que vous êtes”, czyli mniej więcej: “Ktoś kiedyś musiał stanąć na nogach na drugim końcu Afryki, żebyście wy mogli się tutaj wymądrzać, wy – cali biali i brzydcy”. Kontekst mówił o afrykańskich początkach człowieka, lecz absolutnie nie usuwa charakteru końcowej obelgi. Lider partii przedstawiającej się jako sumienie francuskiego antyrasizmu uznał kolor skóry za odpowiedni składnik publicznego szyderstwa. Gdyby prawicowy polityk połączył w podobnym zdaniu czerń z brzydotą, cała LFI domagałaby się krzykliwe jego politycznej egzekucji. W ustach Mélenchona rasowe upokorzenie staje się dowcipem, ponieważ pogarda również ma tam swoją dozwoloną stronę.
Nowy mer bardzo szybko pokazał, jak rozumie powierzony mu urząd. 1 lipca 2026 roku Saint-Denis–Pierrefitte nadało Marwanowi Barghoutiemu honorowe obywatelstwo. Oficjalny komunikat miasta wychwalał jego walkę i przypominał poparcie samorządu dla sprawy palestyńskiej. Bagayoko przedstawiał Barghoutiego jako więźnia politycznego pozbawionego sprawiedliwego procesu oraz nadzieję całego narodu. Dla polskiego czytelnika warto wyjaśnić, że nie chodzi tu o bezsporną postać pokojowego oporu. Barghouti jest jednym z najważniejszych przywódców Fatahu, a izraelski sąd skazał go za 5 zabójstw oraz usiłowanie zabójstwa, wymierzając pięć kar dożywotniego więzienia oraz dodatkowe 40 lat. Marwan Barghouti nie uznał jurysdykcji izraelskiego sądu, a jego obrońcy do dziś podważają uczciwość procesu. Takie zastrzeżenia oczywiście wolno analizować. Nie dają one jednak prawa do wymazania procesu, wyroku ani zabitych ludzi. Saint-Denis zrobiło coś znacznie bardziej odrażającego niż wyrażenie solidarności z palestyńskimi cywilami. Wzięło człowieka skazanego za współodpowiedzialność za śmiercionośną przemoc, oczyściło go przy pomocy kilku politycznie wygodnych określeń i nadało mu oficjalny honor francuskiego miasta. Ratusz nie jest prywatnym klubem Bagayoko ani filią Francji Niepokornej. Należy również do żydowskich mieszkańców, rodzin związanych z Izraelem i obywateli odrzucających gloryfikowanie ludzi obciążonych morde*stwami.
Ich zdanie okazało się jednak mniej istotne niż demonstracja lojalności wobec Palestyny, która na francuskich przedmieściach przynosi głosy. Publiczna instytucja została więc wykorzystana jak partyjny megafon, po czym całe przedstawienie nazwano sprawiedliwością. To jest właśnie bezczelność tej polityki polegającej na tym, że każdy akt zawłaszczenia urzędu natychmiast przyozdabia się aureolą humanitaryzmu. Bagayoko pokazał też swój szacunek dla demokracji podczas posiedzenia rady miejskiej, gdy opozycyjnej radnej Katy Bontinck powiedział, że “ma pani ładny uśmiech, ale proszę już przestać mówić”, a następnie próbował odebrać jej mikrofon. Kobiecie wolno mówić o emancypacji, dopóki nie sprzeciwia się mężczyźnie z właściwego obozu. Wtedy może zostać protekcjonalnie skomentowana i uciszona, a zwykle nadaktywna czujność feministyczna jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po prostu przestaje działać.
Saint-Denis nie stanowi tu odosobnionego wybryku. W Roubaix urząd mera zdobył David Guiraud, kolejny polityk Francji Niepokornej. Już przed wyborami relatywizował przekaz dotyczący zbrodni Hamasu z 7 października, mieszając wydarzenia historyczne w sposób, który po raz kolejny przesuwał ciężar rozmowy z odpowiedzialności terrorystów na winę Izraela. Po objęciu miasta zapowiedział archiwizowanie wypowiedzi osób “szkalujących” Roubaix i kierowanie spraw do sądu. Ochrona samorządu przed zniesławieniem, owszem, jest legalna, lecz świeżo wybrany mer publicznie oznajmiający dziennikarzom i krytykom, że wszystko zapisuje, brzmi raczej jak lokalny nadzorca niż demokratyczny gospodarz. Pytany o antysemityzm związany z LFI odpowiedział, że w Roubaix nie istnieje dyskryminacja Żydów, po czym szybko przeniósł rozmowę na islamofobię oraz społeczne problemy mieszkańców. Właśnie w ten sposób działa partyjny automat – temat antysemityzmu zostaje unieważniony przez przypomnienie, że ktoś inny także cierpi. Nadzwyczaj wymowna okazała się jednak jego odmowa nadania przyszłej szkole imienia Samuela Paty’ego, nauczyciela zamordowanego i ściętego przez islamistę po lekcji dotyczącej wolności słowa. Guiraud uznał propozycję opozycji za polityczne wykorzystywanie tragedii i przypomniał poprzedniej ekipie, że miała sześć lat na podobny gest. Znalazł więc proceduralne usprawiedliwienie dla odrzucenia nazwiska będącego jednym z najważniejszych symboli obrony republikańskiej szkoły przed religijnym terrorem. Kontrast jest ponury. W Saint-Denis oficjalny honor otrzymuje Barghouti. W Roubaix nie znajduje się miejsca dla Paty’ego. Pierwszego otacza się romantyczną legendą oporu, a przy drugim pojawiają się wymówki i partyjne porachunki. Tak wygląda skrajna lewica uginająca kark przed islamizmem. Nazwisk wystarczyłoby na długą listę, jednak mechanizm pozostaje ten sam: dla fanatyzmu zawsze znajdzie wyjaśnienie, a całą bezwzględność kieruje przeciw ludziom broniącym zasad Republiki.
Podobny proces widać przecież poza Francją. Zohran Mamdani został burmistrzem Nowego Jorku 1 stycznia 2026 roku. Jego pochodzenie, kolor skóry ani wyznanie nie stanowią dla mnie problemu. Byłoby równie głupie potępiać go za rodzinne korzenie, jak przyznawać mu z ich powodu polityczny immunitet. Oceniam jego własne poglądy, a te układają się niestety w linię głęboko wrogą izraelskim Żydom. Mamdani uznaje prawo Izraela do istnienia, lecz konsekwentnie odmawia poparcia dla jego istnienia jako państwa żydowskiego. Oznacza to, że może chronić Żydów jako mniejszość mieszkającą pod cudzą władzą, ale odrzuca ich zbiorowe prawo do samostanowienia w jedynym państwie, w którym stanowią większość. Kuriozalne, nieprawdaż ? Takiej ideologicznej próby nie przeprowadza wobec dziesiątek państw określających swoją narodową albo religijną tożsamość. Długo nie chciał jednoznacznie potępić hasła “globalizować intifadę”, choć dla Żydów intifada nie jest niewinną metaforą protestu, lecz pamięcią o rozerwanych autobusach i restauracjach. Z izraelskim premierem rozprawia się natomiast bez najmniejszego wahania. Nazwał Netanjahu zbrodniarzem wojennym, uznał go za osobę niemile widzianą w Nowym Jorku i zapowiadał zatrzymanie na podstawie nakazu Międzynarodowego Trybunału Karnego. Dopiero później przyznał, że miasto nie ma uprawnień do wykonania takiego aresztowania, a kompetencja należałaby do władz federalnych. Cała ta zapowiedź była zatem wyłącznie politycznym widowiskiem, urządzonym kosztem relacji z jedynym państwem żydowskim. A przecież można bez antysemityzmu krytykować Netanjahu, wojnę, osadnictwo i każdą decyzję izraelskiego rządu. Mamdani nie zatrzymuje się jednak na działaniach konkretnego gabinetu. Kwestionuje żydowski charakter państwa, łagodzi sens przemocowych haseł i bez porównania łatwiej odnajduje stanowczość wobec Izraela niż wobec Hamasu. Jest to antysemityzm skrojony na potrzeby współczesnej skrajnej lewicy. Nie mówi o biologii ani religijnej winie Żydów, wystarczy, że odmawia im politycznego prawa przyznawanego innym narodom. W jego najbliższym otoczeniu także pojawiły się treści, których nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Żona burmistrza, Rama Duwaji, polubiła wpisy opublikowane po ataku Hamasu, przedstawiające 7 października jako “opór” oraz “przełamywanie murów apartheidu”. Według ujawnionych materiałów zareagowała także pozytywnie na treść podważającą doniesienia o przemocy seksualnej podczas masakry. Mamdani odpowiedział, że żona jest osobą prywatną. Owszem, nie pełni żadnej funkcji w ratuszu i nie odpowiada za jego decyzje. Jednak publiczne okazywanie aprobaty materiałom gloryfikującym dzień masowego mordowania Żydów pozostaje wyborem moralnym. Określenie jej jako osoby prywatnej nie wyjaśnia, dlaczego takie poglądy są najwyraźniej tolerowane w najbliższym świecie człowieka zarządzającego miastem z największą społecznością żydowską poza Izraelem.
Francja oraz inne państwa Zachodu przez dziesięciolecia pozwalały osiedlać się ludziom pochodzącym z krajów, w których nie znali demokracji, wolności słowa ani ochrony jednostki przed arbitralną władzą. Otrzymywali tutaj bezpieczeństwo, szkołę, opiekę medyczną, pomoc społeczną i możliwość awansu. Wielu przyjęło zasady nowych ojczyzn i stało się ich lojalnymi obywatelami. Sam humanitarny gest nie był błędem. Katastrofa zaczęła się wtedy, gdy Zachód utracił odwagę wymagania wzajemności. Lojalność wobec wspólnoty uznano za podejrzane żądanie, integrację zaczęto mylić z przemocą kulturową, a krytykę radykalnych poglądów natychmiast przenoszono na kolor skóry krytykowanej osoby. W takim klimacie można wejść do polityki dzięki swobodom demokratycznym i później używać urzędu przeciwko wartościom, które tę karierę umożliwiły. Bagayoko otrzymuje francuski ratusz i honoruje Barghoutiego. Guiraud zdobywa Roubaix, a dla Samuela Paty’ego znajduje wyłącznie partyjną wymówkę. Mamdani obejmuje urząd w Nowym Jorku, po czym przemienia go w dodatkową trybunę swojej wojny z Izraelem. Demokracja sama wybiera ludzi, którzy traktują ją instrumentalnie, a następnie boi się ich uczciwie ocenić, żeby nie zostać oskarżoną o nietolerancję. Karta wyborcza nikogo nie czyni demokratą, daje mu władzę, której może użyć również przeciwko demokratycznemu porządkowi. Właśnie na tym polega to ponure oszustwo dzisiejszej skrajnej lewicy. Wychowała się w wolnym świecie, korzysta z jego praw, pieniędzy i instytucji, a następnie wygłasza mu pogardliwe kazania za to, że w ogóle śmie mieć własne zasady. Dawna lewica chciała wydobywać człowieka z biedy i włączać go do wspólnoty obywatelskiej. Jej następcy potrzebują biedy jako zaplecza, podziału jako metody i islamizmu jako partnera, przed którym zawsze można wykonać kolejny uniżony ukłon. Saint-Denis oraz Roubaix pokazują już skutki na poziomie francuskich miast. Nowy Jork dowodzi, że polityczna infekcja przekroczyła Atlantyk. I jakże poniżający jest fakt, że Zachód sam otworzył przed tymi ludźmi drzwi, oddał im własne urzędy i jeszcze oczekuje wdzięczności za możliwość obserwowania, jak jego wartości są przez nich opluwane. Francja nie upada w jednym dramatycznym momencie. Rozkłada się powoli, odkąd kapitulację nazywa tolerancją, tchórzostwo humanitaryzmem, a ludzi używających demokracji przeciwko demokracji przedstawia jako jej najnowsze i najpiękniejsze oblicze.
Źródła:
https://www.theguardian.com/us-news/2025/jul/16/zohran-mamdani-israel-gaza-intifada
https://jewishinsider.com/2026/03/zohran-mamdani-wife-rama-duwaji-social-media-oct-7/
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



