
Anne Goldschmid
Przy poprzednich książkach Andrzeja Koraszewskiego pisałam już o jego precyzji, ironii, nieufności wobec gotowych prawd, o tym, że sprawdza, wraca do źródeł, rozbiera argumenty i potrafi być równie bezlitosny wobec cudzych tez jak wobec własnych dawnych złudzeń. Pisałam też o jego bezkompromisowości, o potrzebie nazywania rzeczy po imieniu, o tym szczególnym rodzaju cierpliwości, który każe mu wracać do źródła, kiedy inni dawno już zadowolili się nagłówkiem. Wszystko to podtrzymuję. “Błękitny kamień Syzyfa” niczego z tamtego obrazu nie usuwa, przeciwnie, bardzo wiele tłumaczy. Tym razem jednak polityka, historia, Izrael, antysemityzm, komunizm, emigracja czy religia zostały splecione z dzieciństwem Andrzeja, jego rodziną, młodością, Joanną, Małgorzatą, ich wspólnym życiem, chorobami, starzeniem się, śmiercią i samotnością. Czytając wcześniejsze książki, znałam przede wszystkim autora.
Tutaj Andrzej właściwie wywrócił się na drugą stronę i pozwolił się czytać.
To może zabrzmieć dziwnie, ale dokładnie takie miałam wrażenie. Znamy się z rozmów wideo, czasem bardzo długich, a spotkanie twarzą w twarz jeszcze przed nami. Rozmawiamy o tekstach, polityce, Izraelu, Polsce, o czymś, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej i zdążyło już nas oboje zirytować. Znam jego głos, sposób reagowania, charakterystyczną ironię, tę niecierpliwość, która pojawia się wtedy, kiedy ktoś myli opinię z wiedzą albo efektowne zdanie z argumentem. Czasem Andrzej opowiada coś ze swojego życia, więc wiele nazwisk i wydarzeń z książki nie było mi zupełnie obcych. Wydawało mi się, że wiem o nim całkiem dużo, ale po przeczytaniu tej książki zobaczyłam, jak bardzo to poznanie było jednak fragmentaryczne.
“Błękitnego kamienia Syzyfa” nie umiem czytać jak zwyczajnej autobiografii i trudno mi pisać o nim z pozycji krytyka stojącego na zewnątrz, który po lekturze zajmuje się konstrukcją, tempem narracji czy proporcjami między wspomnieniem a komentarzem politycznym. Można oczywiście zauważyć, że pamięć prowadzi tu opowieść własnymi drogami, chronologia czasami się rozluźnia, a wielka historia wchodzi między prywatne sceny bez żadnej zapowiedzi. Mnie podczas lektury interesował przede wszystkim człowiek. Andrzej cofa się do dzieciństwa, domu rodzinnego, rodziców, szkoły, nauczycieli, pierwszych lektur i pierwszych prób rozumienia świata. Jedno nazwisko wywołuje kolejne, dawno przeczytana książka otwiera historię sprzed wielu lat, teraźniejszość miesza się z przeszłością i z czasem przestałam próbować układać wszystko w głowie według dat. Właśnie tak działa pamięć. Wraca przez zdanie, nazwisko, przedmiot, czyjś głos, nagłe skojarzenie. Jest nauczycielka Maria Baranowska, są rodzice, ludzie przewijający się przez dom, jest też młody Koraszewski, którego dzisiejszy Koraszewski nie traktuje z przesadną pobłażliwością. Bardzo to lubię. W wielu autobiografiach ludzi publicznych, które czytałam drażniło mnie to, że po sześćdziesięciu latach ich autorzy okazują się nadzwyczajnie przenikliwi już jako dwudziestolatkowie. Wszystko przewidzieli, wszystko rozumieli, tylko świat wtedy jeszcze za nimi nie nadążał. U Koraszewskiego tego nie ma. Potrafi spojrzeć na własne polityczne naiwności bez żadnej taryfy ulgowej, przyznać, że się mylił, że wierzył w rzeczy, które później oceniał zupełnie inaczej. To bardzo ważne, nie buduje sobie pomnika z własnej biografii.
Później pojawia się Małgorzata i od tego momentu książka zaczyna się dla mnie zmieniać. Najpierw młoda kobieta przy maszynie do pisania, bardzo inteligentna, rzeczowa, logiczna, pozbawiona potrzeby robienia na kimkolwiek szczególnego wrażenia. Ich znajomość zaczyna się od rozmowy, od książek, od pytań, od sprawdzania, co ten drugi wie i czy ma coś ciekawego do powiedzenia. Później ta rozmowa właściwie nigdy się nie kończy. To z tego powodu książka tak mnie poruszyła. Miłość przez wielkie “M” została w niej opisana niemal mimochodem. Andrzej po prostu o niej opowiada. Nie próbuje jej upiększać ani robić z niej postaci większej niż była, a mimo to z każdej kolejnej strony coraz wyraźniej widać, kim była dla niego. Ona sama wychodzi z tych stron, czasem jednym zdaniem, czasem komentarzem do przeczytanego tekstu, reakcją na wydarzenie polityczne, żartem. Znika na chwilę i wraca tak naturalnie, jak ktoś, kto od bardzo dawna mieszka w tym samym domu. Im dalej czytałam, tym mocniej miałam poczucie, że przez ogromną część tej opowieści podstawową jednostką życia jest “my”. To “my” bardzo szybko musi się mierzyć z historią. Rok 1967, lęk o Izrael, polska propaganda, radio, wojna sześciodniowa, a chwilę później Marzec 1968 i cała jego obrzydliwość. Historia u Koraszewskiego schodzi jednak z poziomu politycznych nazwisk do poziomu ludzi. Przyjaciel mówi, że zrozumie, jeżeli ktoś przestanie się z nim spotykać, bo jest Żydem. Małgorzata pyta, czy Andrzej powiedział rodzicom o jej pochodzeniu. Nagle państwo wchodzi między ludzi i próbuje ustalać, kto jest swój, kto jest obcy, i z kim wypada się przyjaźnić, a z kim lepiej już nie. Takie sceny zostają w pamięci dłużej niż kolejne historyczne omówienie Marca. Późniejsze życie na emigracji, Szwecja, Londyn, BBC, polska opozycja, książki wysyłane do kraju, ludzie, którzy dziś funkcjonują w historii pod dużymi nazwiskami, a u Andrzeja pozostają także zwykłymi ludźmi, czasem śmiesznymi, czasem irytującymi, lub po prostu bliskimi. Koraszewski ma tę zaletę, że nie pozwala postaciom z własnej biografii zastygnąć w kamiennych pomnikach. Ktoś może być ważnym intelektualistą ale równocześnie męczyć go swoim charakterem, ktoś może później wejść do podręczników, a w danej chwili jest po prostu człowiekiem przy stole, z którym można się pokłócić albo z którego można się śmiać.
I przez cały ten czas Małgorzata jest obok. W domu, w trakcie pracy, w podróży i w decyzjach. Czasem na pierwszym planie, częściej gdzieś w środku codzienności. Z czasem powstaje między nimi własny język, coraz mniej czytelny dla reszty świata. To chyba jeden z najbardziej intymnych wymiarów tej książki, właśnie dlatego, że nie został specjalnie wystawiony na pokaz. Małgorzata jest przy zakupie domu, w rozmowach o książkach, przy wiadomościach, przy kolejnych tekstach. Z czasem wystarcza jedno spojrzenie, jedno zdanie lub nawet jego brak. Kiedy człowiek żyje z kimś przez dziesięciolecia, tworzy się wspólny słownik, którego nie trzeba już objaśniać.
Potem pojawia się Joanna i fragmenty o niej czytałam wolniej. Historii choroby dziecka nie da się streścić bez spłaszczenia czegoś bardzo ważnego. Joanna choruje na białaczkę, pisze pamiętnik, ale nadal pozostaje inteligentna, dowcipna, próbuje funkcjonować w rzeczywistości, w której normalność niestety coraz bardziej znika. Jest leczenie, są okresy nadziei, jednak później choroba wraca. Andrzej pisze, że śmierć Joanny wykopała między nim i Małgorzatą a resztą świata przepaść. To zdanie zostało ze mną, bo bardzo dokładnie opisuje coś, co ludzie nieznający takiej straty mogą rozumieć tylko z daleka. Po śmierci bliskiego człowieka świat bezczelnie trwa dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Joanna nie zostaje później zamknięta w jednym rozdziale. Jest obecna przez następne dekady, czasem bez słów, ale stale. Wraca przy cudzym cierpieniu, przy myśleniu o śmierci, przy kolejnych stratach. Andrzej i Małgorzata wiedzą już, że są rzeczy, które nigdy nie mijają. Człowiek uczy się z nimi istnieć. To dlatego tak mocny jest fragment o wcześniejszym “Błękitnym kamieniu”, małej książce złożonej z fragmentów pamiętnika Joanny, własnych zapisków Andrzeja i wierszy napisanych po jej śmierci. Joanna, wiedząc już, że umiera, powiedziała szkolnej przyjaciółce, że chciałaby mieć błękitny kamień nagrobny z napisem “Hon log och dog”, “Uśmiechnęła się i umarła”. Ten błękit pojawił się więc w jego pisaniu wiele lat wcześniej, związany z córką i z jedną z największych tragedii jego życia. Kiedy wraca później w tytule “Błękitnego kamienia Syzyfa”, niesie już ze sobą całą tę wcześniejszą historię.
Życie trwa i właśnie to “trwa” zaczyna mieć w tej książce coraz większy ciężar. Jest praca, BBC, polityka, przemiany w Polsce, upadek komunizmu, powrót do kraju, Dobrzyn, dom, sad, ogród i Wisła. Ten dom z czasem przestaje być zwykłym miejscem zamieszkania. Staje się centrum wspólnego życia i wspólnej pracy. To tam powstają “Listy z naszego sadu”. Dzisiaj patrzę na tę nazwę zupełnie inaczej niż przed lekturą. Wcześniej była dla mnie nazwą strony i projektu, który znam od lat. Teraz widzę w niej dwoje ludzi. Andrzej i Małgorzata codziennie czytają, wybierają, porównują, rozmawiają o tym, co dzieje się na świecie. Polityka nie jest dla nich zainteresowaniem, ale częścią ich codzienności, częścią wspólnego myślenia. Poranne sprawdzanie wiadomości, tekst, który trzeba przeczytać, coś, co warto przetłumaczyć albo opublikować, komentarz drugiej osoby, która natychmiast widzi słabszy punkt argumentu. Po latach trudno nawet powiedzieć, gdzie kończy się praca jednego, a zaczyna drugiego.
Dlatego tak ważne miejsce zajmuje tutaj Izrael. Te fragmenty były mi szczególnie bliskie i chcę to powiedzieć precyzyjnie. We Francji zajmowałam się sprawami Izraela również zawodowo, w Polsce przez lata byłam przede wszystkim autorką wierszy i właśnie w nich Izrael oraz sprawy żydowskie stale powracały. Jestem Żydówką. Ten rodzaj niepokoju, który pojawia się u Andrzeja i Małgorzaty pod koniec lat sześćdziesiątych, znam także z historii własnej rodziny. Moi rodzice zostali zmuszeni do emigracji z Polski po antysemickiej kampanii 1968 roku. Na szczęście sama tego nie pamiętam, nie było mnie jeszcze na świecie, ale dorastałam z wiedzą o tym, co ich stąd wypchnęło i jak szybko państwo może ludziom powiedzieć, że po prostu przestali być u siebie. Późniejsze powroty antysyjonizmu, kolejne zmiany języka i przepisywanie starej nienawiści na nowe słownictwo czytam także przez tę rodzinną pamięć. Gniew, który u Andrzeja narasta po 7 października, jest mi bardzo dobrze znany. Izrael i sprawy żydowskie nigdy nie były dla mnie obcym tematem oglądanym z bezpiecznej odległości.
Andrzej prowadzi czytelnika od roku 1967 przez kolejne podróże do Izraela, fascynację krajem i próby zrozumienia społeczeństwa budowanego przez ludzi pochodzących z bardzo różnych części świata, aż po coraz większe rozczarowanie sposobem, w jaki Izrael jest przedstawiany przez Zachód. Podoba mi się, że sam przyznaje, iż ogląda z Małgorzatą tylko fragmenty rzeczywistości, pocztówki z kraju, którego nie sposób zrozumieć podczas kilku wizyt czy nawet przez przeczytanie wielu książek. Jest fascynacja, jest sympatia, ale nigdy nie ma udawania wszechwiedzy. Ważnym momentem jest Durban w 2001 roku, konferencja ONZ przeciw rasizmowi, która w jego opisie staje się jednym z symboli przywracania antysyjonizmu jako języka akceptowalnego. Andrzej i Małgorzata zaczynają jeszcze uważniej patrzeć na to, skąd czerpią swoje wiadomości. Zmienia się ich poranny przegląd prasy. Coraz częściej zaczynają od źródeł izraelskich, bo rośnie nieufność wobec sposobu, w jaki konflikt opisują media zachodnie. Potem przychodzi 11 września, islamizm, kolejne wojny, Rosja i następne ideologie, które zmieniają wyłącznie nazwy, ale prowadzą do bardzo podobnych rezultatów.
Czytając to wszystko razem, zobaczyłam jeszcze wyraźniej coś, co przy wcześniejszych książkach Andrzeja opisywałam głównie jako cechę jego publicystyki. Potrzeba sprawdzania nie jest wyłącznie warsztatem. Przez lata stało się to ich wspólnym sposobem patrzenia na świat. Andrzej i Małgorzata czytają, spierają się, czasem dochodzą do wspólnego wniosku, czasem zatrzymują się i zostawiają pytanie bez odpowiedzi. W części dotyczącej Gazy pojawia się moment, kiedy zastanawiają się nad rzeczywistym poparciem palestyńskiego społeczeństwa dla kultu przemocy i potrafią powiedzieć: tego uczciwie nie wiemy. Bardzo cenię takie momenty, bo łatwo jest mieć opinię, dużo trudniej zostawić miejsce na niewiedzę. Szczególnie w czasach, kiedy właściwie każdy ma gotową odpowiedź po przeczytaniu jednego nagłówka.
Potem przychodzi 7 października 2023 roku i ton książki się zmienia. Jest masakra, są zakładnicy, Hamas, reakcja świata, demonstracje i media, które bardzo szybko zaczynają przesuwać ciężar opowieści z tego, co wydarzyło się 7 października, na oskarżenia wobec Izraela. Andrzej pisze coraz ostrzej. Jest w nim gniew, czasami wściekłość, którą doskonale rozumiem. Widzę też, jak wszystko, co wydarzyło się przez poprzednie dziesięciolecia, nagle wraca jednocześnie: Marzec, antysemityzm ukrywany pod słowem “antysyjonizm”, Durban, media, instytucje międzynarodowe, to nieustające zdumienie, jak szybko świat potrafi przejść od współczucia Żydom do tłumaczenia im, że przesadzają z własnym strachem. Andrzej pisze, że po 7 października została już tylko obrona przed kłamstwem. Po przeczytaniu całej książki to zdanie ma dla mnie dodatkowy ciężar, bo obrona przed kłamstwem była także częścią ich wspólnej pracy, częścią ich “my”.
I wtedy Małgorzata umiera. Nagle, bez długiego pożegnania, zostawiając gotowy tekst na ekranie. Od tego momentu wszystkie wcześniejsze strony czyta się inaczej, bo przez tę książkę zdążyłam się do jej obecności przyzwyczaić. Do tego, że zaraz coś powie, skomentuje, ostudzi emocję, podważy zbyt szybki wniosek. Andrzej sam pisze później, że Małgorzata pilnowała rzeczowości i chłodziła jego emocje, a przyjaciel zauważa, że po jej śmierci w jego tekstach pojawia się więcej gniewu. Potem tego głosu już nie ma, a zostaje dom, w którym wszystko nadal o niej przypomina. Andrzej siedzi w fotelu, w którym zmarła, robi notatki jej piórem, nosi jej rękawiczki. Długo były za małe, w końcu się rozciągnęły i może je zakładać. Czasami, przygotowując jedzenie, automatycznie wyjmuje dwa talerze. Rozmawia z kotami, czasem sam ze sobą, żeby usłyszeć ludzki głos. Przechodzi z pokoju do pokoju i dotyka przedmiotów, które uruchamiają pamięć. To są dla mnie jedne z najmocniejszych stron tej książki, właśnie przez zwyczajność tych gestów. Żałoba nigdy nie rozgrywa się w nich w wielkich scenach. Jest w talerzu wyjętym odruchowo dla osoby, której już nie ma, w piórze leżącym na biurku, w rękawiczkach, które zachowały jeszcze coś z jej obecności.
I nadal jest praca.
To właśnie tutaj książka poruszyła mnie najmocniej, bo znam Andrzeja dzisiaj. Widzę człowieka, który nadal czyta ogromne ilości tekstów, szuka materiałów, zapisuje je, wybiera, pisze, śledzi wiadomości i wraca do tematów. Potrafi w jednej rozmowie przesłać artykuł, którego jeszcze nie zdążyłam przeczytać, przypomnieć tekst sprzed wielu lat i natychmiast połączyć go z tym, co wydarzyło się rano. Przed lekturą widziałam w tym głównie jego temperament. Teraz widzę również dalszy ciąg tego, co robił z Małgorzatą.
“Póki jestem, musi trwać to, co robiliśmy razem.”
To zdanie jest dla mnie jednym z najważniejszych w całej książce. Dlatego nie chcę pisać, że Andrzej “pracuje za dwoje”. Byłoby w tym coś za bardzo łatwego. On sam nazwał to znacznie trafniej: kontynuuje to, co robili razem. “Listy z naszego sadu” przetrwały, świat jest nadal sprawdzany, materiały nadal trafiają na stronę, teksty nadal powstają, choć po drugiej stronie biurka nie ma już jej fizycznie – jest obecna inaczej. Kiedy to przeczytałam, pomyślałam sobie, ile drugiego człowieka wchodzi przez kilkadziesiąt lat w nasze własne myślenie. Ktoś mówi “ja”, ale po pół wieku wspólnego życia w tym “ja” jest już mnóstwo wspólnych już reakcji, gestów i sposobów patrzenia. Wiemy, co druga osoba powiedziałaby na zbyt mocne zdanie, gdzie by się zatrzymała, czego by nie zaakceptowała, z czego by się roześmiała. I nawet kiedy jej nie ma, ta wiedza nie znika.
Dla mnie “Błękitny kamień Syzyfa” jest przede wszystkim książką o miłości.
O miłości bardzo długiej, zupełnie pozbawionej potrzeby demonstrowania samej siebie. O takim rodzaju bliskości, który z czasem przestaje potrzebować wielkich deklaracji, bo jest już wbudowany w sposób rozmowy, pracy, milczenia, reagowania na wiadomość przeczytaną przy drugim komputerze. Andrzej nie pisze wielkich zdań o uczuciu do Małgorzaty, a ja przez całą książkę to uczucie widzę. Właśnie dlatego jest tak mocne. Jest obecne w ostatnich spacerach, kiedy coraz trudniej jej chodzić, w powrocie do domu, w kawie przyniesionej do biurka, w tym, że po kilkudziesięciu latach wystarcza samo spojrzenie. Jest później w przedmiotach, których Andrzej nie potrafi traktować jak zwykłych rzeczy. W pracy, którą kontynuuje. W tytule strony, którego po jej śmierci nie zmienia, bo “Listy z naszego sadu” pozostają listami z ich sadu.
W książce jest też bardzo dużo starości i chyba również dlatego tak mnie poruszyła. Starość bez lukrowania. Ciało zaczyna przeszkadzać, są operacje, choroby, ból, ograniczenia, coraz krótsze spacery. Małgorzata po nieudanej operacji biodra nie może już chodzić tak jak wcześniej. Andrzej opisuje własne ciało również z ironią – dobrze wie, że biologii nie interesują nasze dalsze plany. A jednak umysł nadal jest zajęty. Jest tekst do poprawienia, materiał do przeczytania, coś do sprawdzenia. Po śmierci Małgorzaty ta aktywność nabiera jeszcze innego znaczenia, bo staje się także formą trwania ich wspólnej pracy. Dopiero pod koniec tytuł naprawdę odsłania wszystkie swoje warstwy. “Błękitny kamień” pojawił się u Andrzeja znacznie wcześniej, w książce związanej z Joanną. Po latach ten kamień wraca już jako kamień Syzyfa. Błękit ma kilka znaczeń. Andrzej pisze o nim jako o kolorze boskim, zaraz potem pojawia się również błękit izraelskiej flagi, Izraela obecnego w jego życiu i pisaniu od dziesięcioleci. Jest w tym także wcześniejszy błękit Joanny, więc jeden kolor łączy nagle bardzo odległe miejsca tej biografii.
A Syzyf? Ja czytam go jako Andrzeja.
Człowieka, który wie, że kamień znowu spadnie. Wie, że kolejny tekst nie sprawi, że następnego dnia świat przestanie produkować kłamstwa, że żadna liczba argumentów nie wyleczy ludzi z potrzeby nienawiści, że śmierci Joanny nie można cofnąć, Małgorzata nie wróci do drugiego komputera, a kamień i tak znajdzie się znowu na dole. Mimo tego trzeba po niego zejść. I właśnie tu pojawia się jedna z najpiękniejszych scen tej książki. Syzyf schodzi ze zbocza i po drodze widzi kwitnące krzewy, ptaka kąpiącego się w wodzie zgromadzonej po deszczu, obserwuje harce małych lisów, stara się ich nie spłoszyć, szuka słowika, którego słyszy gdzieś nad sobą. Na dole leży kamień i za chwilę znowu trzeba będzie go pchać. To jest dla mnie bardzo ‘Koraszewskie’. Bez metafizycznego pocieszenia, bez obietnicy, że wszystko wydarzyło się po coś. Absurd pozostaje absurdem. Kamień spada. Człowiek traci ludzi, których kochał, starzeje się, ciało coraz gorzej współpracuje, świat nadal bywa potwornie głupi. Jednak po drodze nadal można zobaczyć coś, co na chwilę odrywa wzrok od kamienia. Jest coś do przeczytania, coś do napisania, człowiek, z którym warto porozmawiać. Można przez chwilę zobaczyć kwitnący sad i być szczęśliwym, wiedząc doskonale, co czeka na dole.
Będę do tej książki wracać. Do mojego nad tą książką wzruszenia. Jest na mojej półce wiele książek, które przeczytałam z zainteresowaniem, kilka takich, które uważam za bardzo ważne, ale bardzo niewiele takich, o których już po skończeniu wiem, że nie przeczytałam ich po raz ostatni. “Błękitny kamień Syzyfa” należy do tej ostatniej grupy. Zmienił mi sposób patrzenia na człowieka, którego już wcześniej znałam. Przy poprzednich książkach widziałam przede wszystkim jego umysł, tutaj zobaczyłam, z czego ten umysł wyrósł i jakie życie stoi za dzisiejszym sposobem myślenia Andrzeja. Zobaczyłam dzieciństwo, młodość, ludzi, którzy go ukształtowali, polityczne błędy i rozczarowania, Joannę i ranę, która nigdy się nie zamknęła, Małgorzatę i kilkadziesiąt lat wspólnej rozmowy, a potem samotność człowieka, który po tym wszystkim nadal rano otwiera komputer.
Kiedy będziemy rozmawiać o Izraelu, pewne jego zdania będę słyszała inaczej, pamiętając Małgorzatę z roku 1967. Kiedy Andrzej zirytuje się nierzetelnym artykułem, będę wiedziała, że przez dziesięciolecia obok niego siedziała osoba, która potrafiła tę złość schłodzić. Kiedy przyśle mi następny tekst albo link, zapewne przypomnę sobie jego własne zdanie, że póki jest, musi trwać to, co robili razem. I może właśnie na tym polega dla mnie sens całego tytułu. Kamień spada, Andrzej po niego wraca, a po drodze nadal patrzy na świat.
Z przyjaźnią i ogromnym wzruszeniem.
Anne Goldschmid, Paryż, 17 września 2026 r.
P.S. „Błękitny Kamień Syzyfa” e-booka jest już w sprzedaży i można go kupić tu; https://www.legimi.pl/ebook-blekitny-kamien-syzyfa-andrzej-koraszewski,b1711500.html. Premiera papierowego wydania odbędzie 1 października w dobrzyńskim Domu Kultury o godzinie 18:00. Potem książka będzie dostępna w sklepie Wydawnictwa „Stapis” i w innych miejscach.