Czy można zrozumieć Auschwitz? Wokół przedstawienia „Album Karla Höckera”
Alicja Rosé
Kim tak naprawdę byli oficerowie, ludzie pracujący w obozach koncentracyjnych? Amerykański reżyser Paul Bargetto wraz z grupą teatralną Trans-Atlantyk starają się odtworzyć sytuacje ze zdjęć Karla Höckera, adiutanta Rudolfa Hössa, komendanta obozu Auschwitz-Birkenau.
Kilka lat temu pewien amerykański oficer przyniósł do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie zbiór fotografii. Album znalazł się w jego posiadaniu kilkadziesiąt lat wcześniej, leżał w szufladzie jakiegoś biurka we Frankfurcie. Dość prędko zorientowano się, że musiał należeć do Karla Höckera – adiutanta obozu Auschwitz. Najkrócej i najbrutalniej rzecz ujmując, można powiedzieć, że jest to album Karla Höckera i jego kolegów powstały w pracy i w czasie fajrantu.
Na zdjęciach nie ma śladu obozu, kominów, więźniów. Są oficerowie w mundurach, doskonale prezentujący się przed okiem aparatu, w różnych pozach i konstelacjach, najczęściej uchwyceni w trakcie rozmowy, czasem ważnej, jak widać po poważnych minach, czasem lekkiej i żartobliwej. Jest też kilku lekarzy w kitlach (błyskawicznie rozpoznajemy doktora Mengele po jego ironicznym, złośliwym uśmieszku), jest i pies. Część fotografii pochodzi z Solahütte. Był to drewniany dom w stylu bawarskim nad Sołą, kawałek za obozem, gdzie naczelnicy, adiutanci, pracownicy obozu w Auschwitz mogli odpocząć przez kilka dni w nagrodę za szczególne zasługi (takie jak choćby zastrzelenie kilku uciekających więźniów ciemną nocą). Wszystkie mają wartość porażającego dokumentu, nawet jeśli widzieliśmy już wiele fotografii z tego okresu. Takich świadectw jest oczywiście więcej. Pamiętników, relacji byłych więźniów, relacji komendantów. Są wspomnienia Rudolfa Hössa, naczelnika obozu Auschwitz. Wszystkie te dokumenty dają nam pewien obraz piekła, ale na pewno nie jest to pełny obraz. Tylko ci, którzy naprawdę doświadczyli tej gehenny, wiedzą, czym ona była.
Dlaczego więc album zdjęć Karla Höckera jest w jakiś sposób dokumentem wyjątkowym? Trudno powiedzieć od razu, w pierwszym momencie, gdy ogląda się zdjęcia na stronie Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie (które to na swoim portalu udostępnił „New Yorker”). Po pewnym czasie coś zaczyna nas jednak niepokoić.
Być może podobne odczucia miał Paul Bargetto, reżyser teatralny z Nowego Jorku, który razem z polskimi aktorami założył grupę teatralną Trans-Atlantyk i postanowił wspólnie z nią oraz z dramatopisarką Małgorzatą Sikorską-Miszczuk uchwycić sens owego niepokoju. Artyści podjęli więc próbę odtworzenia sytuacji ze zdjęć, wcielili się w role fotografowanych ponad 70 lat temu osób. Metoda wydaje się prosta. Przedstawienie oparte na dokumentach, relacjach, listach to przykład teatru dokumentalnego czy też teatru faktu. Cała grupa wyruszyła w długą podróż, przez ponad pół roku zagłębiała się w lektury, czytała relacje byłych więźniów, wspomnienia Rudolfa Hössa. Pojechała do muzeum obozu w Auschwitz. Zadawała sobie pytania i próbowała zrozumieć, kim byli ludzie ze zdjęć. Na podstawie tych podróży powstało przedstawienie teatralne, wystawiane początkowy w Instytucie Teatralnym w Warszawie. Później można było je oglądać podczas Festiwalu Malta w Poznaniu, Festiwalu Non-Fiction w Sopocie czy podczas Festiwalu Interpretacje w Katowicach.

„będziemy się zatrzymywali / przy tym słowie, / to słowo będzie / nas zatrzymywało”
Przedstawienie ma prostą konstrukcję. W tle sceny wyświetlane są zdjęcia, aktorzy zaś starają się je odtworzyć, ustawiają się w identycznych pozach, starają się zrobić te same miny. Jednak to, co się wydarza na scenie, gdy w tle za aktorami wyświetla się ogromna fotografia, wywiera silne wrażenie. Widownia nie jest bierna, jesteśmy częścią procesu albo możemy nią być, jeśli tylko spróbujemy się otworzyć, spojrzeć na całość bez uprzedzeń, wczuć się w historie rekonstruowane przez aktorów, aż wreszcie, pomyśleć o osobach ze zdjęć jak o ludziach, takich samych, jak my. Przedstawienie oscyluje między fikcją, faktem a terapią.
Paul Bargetto znalazł znakomitych aktorów, ich gra jest inteligentna. Widać, że nie są tylko narzędziami w rękach reżysera, lecz także współtworzą przedstawienie, które jest wynikiem przemyśleń każdego z nich. Pierwsza fotografia przedstawia właściciela albumu z doktorem Mengele. Aktorki przyglądają się zdjęciom, jakby widziały po prostu dwóch mężczyzn: „Jakie ma usta…”, komentuje pierwsza. „Kobiece usta, do całowania”, zwierza się druga i dodaje: „Höcker wydaje mi się delikatny. Ale też zdecydowany, odpowiedzialny”. Na ile jesteśmy w stanie przyjrzeć się zdjęciom bez odniesienia do minionej rzeczywistości? Jak w wierszu „Jedwabne” Adama Zagajewskiego: „Jedwabne suknie i pończochy, / jedwabne stroje dawnych dam – / ale to słowo będzie już teraz / brzmiało inaczej, / będziemy się zatrzymywali / przy tym słowie, / to słowo będzie / nas zatrzymywało”. Nie jesteśmy w stanie uciec od pewnych skojarzeń. Aktorzy musieli wykonać podwójną pracę – najpierw zapoznać się dobrze z całą historią, a potem ją zapomnieć.

Możemy zobaczyć, jak podekscytowany Höcker dzwoni do żony, aby jej powiedzieć, że dostał awans. Będzie adiutantem obozu w Auschwitz, a żonie jest przykro, bo znów nie przyjedzie na święta… Przynajmniej tak wygląda jedna z możliwych interpretacji, jaką proponuje teatr Trans-Atlantyk. Widzimy, jak Höcker tresuje psa, w którego wciela się aktor biegający z wywieszonym językiem po sali.
Rudolf Höss w swoich wspomnieniach przedstawił sylwetki poszczególnych zwierzchników i adiutantów obozu. Jak mantra przewija się tu zdanie, jakim to każdy z nich był dobrym, porządnym człowiekiem, dobrym mężem, dobrym ojcem swoich dzieci. Dopiero gdy jeden z nich, Alfred Hasselberg, SS-Sturmbannführer, zostawił psa zimą na dworze, przez co ten niemal zamarzł, „jego podwładni – ci sami, którzy w poprzednich tygodniach zabili tysiące Polaków i Żydów – nie mieli wątpliwości, że Hasselberg jest złym człowiekiem” [1]. I to jest chyba właśnie ten moment, który niepokoił grupę teatralną Trans-Atlantyk, i który zaniepokoił również mnie.
„Myślałem wtedy, że robię coś dobrego”
Istnieje wiele prac starających się opisać i zrozumieć mechanizm Zagłady. Nie zamierzam ani ich tutaj powtarzać, ani stawiać żadnej nowej, spektakularnej tezy na temat mechanizmu czy przyczyn powstania nazistowskiego totalitaryzmu. Może raczej powiem coś, o czym warto pamiętać, a co staje się silnym uczuciem, a jednocześnie kluczowym elementem przedstawienia. Naczelnicy, adiutanci, lekarze, sekretarki – wiele osób, pracujących w obozie Auschwitz-Birkenau – kierowali się w swoim postępowaniu przede wszystkim… miłością. Siłą sprawczą ich działania była miłość. Miłość, a nie – jak moglibyśmy przypuszczać – nienawiść. Wszyscy ci ludzie, ogromna ludzka machina, działali na rzecz specyficznie zdefiniowanego dobra. Nie myślę tutaj o miłości romantycznej, nie jest to bynajmniej agape, jest to raczej eros, ogromna siła. Z naszej perspektywy widzimy zaślepienie, agresję, nienawiść. W większości przypadków jednak ludzie zatrudnieni w obozach działali w swoim przekonaniu na rzecz dobra swojego kraju, by zrealizować ideę, by zadowolić Führera, którego traktowali niczym ojca.
„Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane” – stare przysłowie przemówiło do mnie. Tylko i wyłącznie w imię miłości człowiek jest w stanie poświęcić swoje życie. Naczelnicy, adiutanci obozów w Auschwitz, Treblince, Sobiborze mieli nieraz wątpliwości, ale uczyli się wyłączać ludzkie odruchy w przekonaniu, że tak właśnie muszą postąpić, że nie mają innego wyjścia, bo ostateczny cel jest tak istotny, nie ma innej drogi. „Ja nie mogłem przyznać się do wątpliwości”. Ich posłuszeństwo i przekonanie o działaniu w słusznej sprawie przeważyły. Jon Ronson, brytyjski reporter, wiele lat po słynnym doświadczeniu Zimbardo, badającym dynamikę relacji między więźniami i strażnikami, dotarł do dwóch uczestników tamtego eksperymentu. Przyznali, że mieli świadomość, co Zimbardo chce udowodnić, i starali się mu tylko jak najbardziej w tym pomóc. „Myślałem wtedy, że robię coś dobrego” – usłyszał Ronson [2]. Aktorzy Trans-Atlantyku też mieli opory przed wcielaniem się w oficerów SS, ale gdy reżyser zapytał, czy mogliby to zrobić dla niego, dla kogoś bliskiego, z miłości, „out of love”, ich podejście do pracy nad przedstawieniem nabrało nowego znaczenia i treści.
Czytaj dalej tu: Czy można zrozumieć Auschwitz? Wokół przedstawienia „Album Karla Höckera”
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
