Archive | November 2016

Israel Burning اسرائيل تحترق ، افضل فيديو شامل لحرائق اسرائيل

Israel Burning اسرائيل تحترق ، افضل فيديو شامل لحرائق اسرائيل

الحياة فى اوروبا


 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


TRZY KLOCKI W PUZZLACH – ROZMOWA Z PIOTREM PAZIŃSKIM

TRZY KLOCKI W PUZZLACH – ROZMOWA Z PIOTREM PAZIŃSKIM

Adam Pluszka


Trzy klocki w puzzlach

ADAM PLUSZKA: W skali od jeden do dziesięć, jak trudny jest hebrajski?

PIOTR PAZIŃSKI: Nie wiem, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Nie znam przecież wszystkich języków świata, trudno mi zatem skonstruować taką skalę.

Ale znasz angielski i zakładam, że co najmniej liznąłeś kilka innych, przez kilka lat zajmowałeś się multilingwistycznym Joyce’em.

Nie zajmowałem się multilingwistycznym Joyce’em, tylko angielskim Joyce’em, czyli „Ulissesem”. Nigdy nie zmordowałem „Finnegans Wake”. Język angielski znam pewnie lepiej niż hebrajski, mówię w nim płynnie, ale to wciąż zbyt mała próba. Ostrożnie powiem: hebrajski jest znacznie łatwiejszy od francuskiego. Może jak niemiecki. Nie, bez sensu są takie porównania.

Przy okazji prac nad doktoratem nie korciło cię, żeby przełożyć „Ulissesa” jeszcze raz?

Nie, nie korciło. Znam zalety i mielizny przekładu Macieja Słomczyńskiego, umiałbym to i owo poprawić, ale to stanowczo za mało, żeby myśleć o nowym przekładzie, który uniezależni się od tamtego. Tu potrzebny byłby nowy klucz językowy – obejmujący całą powieść, a nie tylko poprawiający po Słomczyńskim. Wiedziałbym, jak zrobić to z niektórymi środkowymi epizodami. Tutaj język Słomczyńskiego zestarzał się, jego pogawędki w pubach brzmią nazbyt peerelowsko. Znowuż pierwsze epizody, zależne od przedwojennego przekładu „Portretu artysty”, rażą pewną staroświeckością, której nie ma w oryginale. Są sztywne. Ale jak zrobić „Woły słońca”, czyli epizod ilustrujący rozwój angielszczyzny? Zrezygnować z tych wszystkich Pasków i Sienkiewiczów, skolacjonować z nowymi przekładami angielskiej klasyki? Uznać, że tu Słomczyński utrafił? Nie wiem. A jak przełożyć pierwsze zdanie drugiej części powieści, czyli pierwsze zdanie epizodu czwartego, tak żeby uratować literę M, jedną z trzech liter figury sylogizmu, która patronuje trzem częściom „Ulissesa”: „Mr Leopold Bloom ate with relish…”. „Miał pan Leopold Bloom upodobanie…”?, „Mr Leopold Bloom jadał z upodobaniem”? Nie wiem. Jak inaczej napisać po polsku Eumajosa? Albo Cyklopów? Nie mam pomysłu. Może powinien to zrobić ktoś, kto zna wyłącznie oryginał i nigdy nie czytał Słomczyńskiego?

Czekasz na przekład Macieja Świerkockiego?

Tak, oczywiście. Bardzo jestem ciekaw, co mu się uda.

Wrócę do zadanego pytania: hebrajski jest trudny?

Hebrajski uchodzi za nieprzystępny ze względu na swój alfabet, ale przecież są to zwyczajne 22 litery alfabetu semickiego, który po pewnych przekształceniach dał system znaków znany z greki, no i z łaciny. Alef, bet, gimel, dalet. Alfa, beta, gamma, delta. A, b, c, d. Brzmi znajomo, prawda? Owszem, hebrajski zapisuje się od prawej do lewej, ale to rzecz, do której można łatwo przywyknąć, wymaga tylko pewnej konwersji uwagi, przełamania przyzwyczajeń wzroku. Trudniejsza sprawa to brak minuskuły – a w związku z tym naturalnych dla oka wyćwiczonego na alfabecie łacińskim wyróżników w tekście – oraz samogłosek. Technicznie rzecz biorąc, wszystkie litery alfabetu hebrajskiego – od alef do taw – to spółgłoski, samogłoski zapisuje się, albo się ich nie zapisuje, za pomocą znaków diakrytycznych. W tekście książki przeważnie ich nie ma, a to one w dużej mierze odpowiadają za gramatykę i za słowotwórstwo, i oczywiście za wymowę (językoznawcy powiedzieliby: wokalizację) poszczególnych słów. Trzeba więc je znać, żeby wiedzieć, jak się je czyta. Zupełnie jak w tytule „kabalistycznej” płyty Madonny: „MDNA”. W słowniku naturalnie te samogłoski – zapisywane za pomocą kropek, kresek i ptaszków umieszczanych pod, względnie nad literą – są i umożliwiają naukę języka. Ponieważ większość hebrajskich słów ufundowana jest na 2–3-literowych rdzeniach spółgłoskowych, od samogłosek zależy słowotwórstwo. Z drugiej jednak strony już sam rdzeń, niczym trzy klocki w puzzlach, denotuje zakres semantyczny całej rodziny wyrazów. Rdzeń „s-f-r” znaczy tyle, co „opowiadać”, „głosić”. Wyrasta z niego całe kłącze słów: „siper” (opowiadać), „sipur” (opowiadanie), „sefer” (książka), „sofer” (pisarz), „sifrija” (biblioteka) itd.

„Szofar” też?

Nie, to akurat inny rdzeń. „Sz-p-r”. Od tego rdzenia wywodzi się cała rodzina słów oznaczających to, co piękne, przyjemne, urokliwe, upiększane itd.

Wszystko to skomplikowane.

Czytanie hebrajskiego tekstu, wyłuskiwanie rdzeni, składanie ich na nowo i tłumaczenie przypomina układanie puzzli. Nie jest to trudne zajęcie, zwłaszcza dla wzrokowca.

Czytanie hebrajskiego tekstu, wyłuskiwanie rdzeni, składanie ich na nowo i tłumaczenie przypomina układanie puzzli. Nie jest to trudne zajęcie, zwłaszcza dla wzrokowca

Zaczekaj. Dobrze rozumiem, że nie znając jakiegoś słowa, można nie wiedzieć, jak je przeczytać?

Owszem. Oto najbardziej znany przykład: zbitkę „m-d-b-r” można przeczytać jako „medaber” (mówię) albo „midbar” (pustynia). Wychodzi więc dwuznaczność, którą z pożytkiem eksploatuje hebrajska egzegetyka. Ale zasadniczo słowa mają jednoznaczną – czyli jeden-do-jeden – wokalizację. Ot, po prostu trzeba wiedzieć, że „s-f-r” to „sefer”. Ale czy taka wiedza nie jest konieczna w angielskim albo francuskim, gdzie wymowa tak bardzo odbiega od zapisu i również bywa niekonsekwentna, jak np. „mood” i „blood”?

Coś jak polskie diakrytyki: paczki-pączki, laska-łaska, sad-sąd?

To trochę inaczej działa. W przykładach, które podałeś, podmianie ulega jedna z liter tematu. L to nie Ł. A to nie Ą. Hebrajskie rdzenie (tematy) są stałe, ale mogą zostać na różne sposoby „ożywione” – samogłoskami oraz innymi spółgłoskami, które pełnią funkcję operatorów. Wróćmy do przykładu z rdzeniem „s-f-r”: „Książka” to „SeFeR”; „MeSaPeR” – „opowiadam” w czasie teraźniejszym rodzaju męskiego; „SiPuR” – „opowiadanie”; „SoFeR” – „pisarz”; „SiFRiJa” – „biblioteka”, „książnica”, „SiFRuT” – „literatura”. A więc mamy trzy podstawowe klocki, pomiędzy które wchodzą inne, jedne będące spółgłoskami, inne samogłoskami. Teraz jaśniej?

Przepraszam, ale muszę o to zapytać, zawsze mnie to ciekawiło, a że rozmawiamy… Kabała. Nic z tego nie rozumiem. Za mało się staram, czy tego nie da się pojąć?

Kabała znaczy tyle, co „tradycja”, ale też „przyjmowanie”. Jest terminem zbiorczym na określenie mistycyzmu żydowskiego, tradycji i praktyki religijnej, która towarzyszy Żydom od niepamiętnych czasów i jest obok kazuistyki prawnej i interpretacji rabinicznej jednym z zasadniczych obszarów zainteresowań judaizmu. Nie można streścić kabały w jednym zdaniu, bo to tak, jakby ktoś pytał o streszczenie filozofii.

Mówiąc najogólniej, w żydowskim doświadczeniu religijnym Bóg najsilniej objawia się poprzez język – tekst Tory i wszystkich komentarzy, które z Tory wyrastają. Podług niektórych poznawalny jest wyłącznie w tekście, a nie np. w dziele stworzenia albo w bezpośrednim doświadczeniu mistycznym, jakiejś jedności z boskością. W pewnym sensie Bóg jest językiem (hebrajskim) i jest tekstem. Kabalista tedy wgryza się w tekst, bada go, studiuje, stara się dostrzec wewnętrzne asocjacje, ukryte sensy, analogie pomiędzy słowami, i z nich buduje sensy nowe. Wtenczas we własnym poczuciu znajduje się bliżej Boga. Kabalista siedzi w księgach i studiuje substancję języka. Ale to uproszczony obraz. Dla pobożnego kabalisty równie ważne jest przecież wypełnianie prawa i dobre uczynki, niekiedy także wpływanie na świat, żeby stał się miejscem lepszym do życia.

Czy możliwy jest kabalista ateista?

Tradycyjnie zapewne nie, no bo co to za kabalista, który w wersetach Tory i w słowach komentarzy nie dostrzega transcendencji? Zasadniczo wszyscy kabaliści byli pobożnymi Żydami i nie wątpili w istnienie Boga Izraela, Króla Świata i stwórcy nieba i ziemi, niechaj będzie błogosławiony on i jego święte imię. Studiowanie tekstu dla niego samego byłoby dla nich zajęciem jałowym, pustym przestawianiem liter. Ale wyobrażam sobie kabałę bez pewności istnienia transcendencji, a przynajmniej istnienia osobowego Boga, jakim go czyni religia. Kabałę, która, owszem, skupia się na tekście, ale nie twierdzi, że poza tekstem nic nie ma, względnie że świat jest z tekstem tożsamy i wobec tego wypełniony sensem, zamknięty we własnej immanencji i samowystarczalny. To coś poza to może być nicość albo pewien brak, na przykład świadomość bezpowrotnie utraconej tradycji. Kiedy w tekście, także świeckim, rozwierają się szczeliny wiodące na drugą stronę, ku nieobecności, ku temu, co było, a nie jest, ale nadal stanowi podszewkę rzeczy. To również jest kabała.

Wyobrażam sobie kabałę bez pewności istnienia Boga. Kabałę, która skupia się na tekście, ale nie twierdzi, że poza tekstem nic nie ma. To może być pewien brak, świadomość bezpowrotnie utraconej tradycji

czytaj dalej tu. TRZY KLOCKI W PUZZLACH..


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


SKARBY LETNISKA. CO MOŻNA ZNALEŹĆ W STARYCH DOMACH?

SKARBY LETNISKA. CO MOŻNA ZNALEŹĆ W STARYCH DOMACH?

Krzysztof Bielawski


Dokumenty, butelki, czapka z getta… Miłośnicy historii Otwocka zaprezentują przedmioty znalezione w ruinach przedwojennych budynków.

Otwock to podwarszawskie uzdrowisko z charakterystyczną, drewnianą zabudową. W 1939 r. w miasteczku mieszkało około 14 tys. Żydów, a miejscowe sanatoria i pensjonaty przyciągały tysiące kuracjuszy.

Drewniane wille – potocznie zwane „świdermajerami” – stopniowo znikają z krajobrazu Otwocka. Niektóre rozpadają się w wyniku braku konserwacji, inne ustępują miejsca nowym budynkom. Czasem na strychach czy w ruinach domów można znaleźć przedmioty, pozostawione przez dawnych mieszkańców.

Kolekcję takich „skarbów” będzie można obejrzeć w sobotę, 26 listopada 2016 r. o godz. 12.00 w bibliotece w Warszawie-Miedzeszynie przy ul. Agrestowej 1. Wśród licznych artefaktów znajdą się także judaika.

fot. archiwumotwockie.pl

– Zaprezentujemy około dwudziestu dokumentów związanych z żydowskimi mieszkańcami Otwocka, m.in. kartkę pocztową do rabina Lejnera i kartkę z życzeniami na żydowski Nowy Rok – mówi Tomasz Brzostek z Fundacji Ochrony Dziedzictwa Kulturowego – Pokazane zostaną też czapka i spodnie, pochodzące najprawdopodobniej z getta.
Spotkanie Skarby Letniska organizują: portal www.archiwumotwockie.pl, Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy Dzielnicy Wawer oraz Fundacja Ochrony Dziedzictwa Kulturowego. Wstęp wolny.

Źródło: materiały informacyjne organizatorów


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Odziedziczone koszmary. O książce „Oskarżam Auschwitz” Mikołaja Grynberga [Z bieżącego pamiętnika]

Odziedziczone koszmary. O książce „Oskarżam Auschwitz” Mikołaja Grynberga [Z bieżącego pamiętnika]

Henryk Grynberg


Autor przyznaje, że dialogi są wybrane. Nie wyjawia, według jakiego klucza, lecz przypuszczalnie wybrał najinteligentniejsze i najboleśniejsze. Brzmią one prawdziwie i przekonująco, ale nie reprezentują wszystkich, a nawet wątpię, czy większość szczątkowych poholokaustowych rodzin – pisze o „Oskarżam Auschwitz” Henryk Grynberg.

Mikołaj Grynberg, o całe pokolenie młodszy ode mnie, nie jest moim krewnym, ale trochę się znamy, bo portretował mnie przy filmowaniu „Miejsca urodzenia” i portrety te widniały potem na afiszu, ulotce, kasecie, a nawet tylnej okładce mojego „Dziedzictwa” („Aneks” 1993), które skomponowałem z dialogów nagranych przed kamerą i poza nią. Jego książka „Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne” (Wydawnictwo Czarne 2014) również się składa z samych dialogów, jeśli nie liczyć paru minimalnych wprowadzeń do każdego z nich.

Grynberg_Oskarzam Auschwitz_okladka

Rozmówcy Mikołaja Grynberga, jak i on sam, są potomstwem ludzi, którzy „byli zwierzyną łowną”, „zostali na zawsze uszkodzeni”, „widzieli najgorsze rzeczy na świecie”, „uważali, że nie zasługują na to, by być szczęśliwi”. „Graliśmy normalnych”, „wyglądaliśmy na normalną rodzinę”, ale „nic nie było takie, na jakie wyglądało” – wyznają. Pytają retorycznie, „czy człowiek, na którego oczach zamordowano jego pięcioletniego syna, może być normalny?” i dochodzą do wniosku, że „nie sposób się od Holokaustu uwolnić”. „Wszyscy myślą, że wyzwolenie to szczęście… ale wyzwolenie to też moment, kiedy się orientujesz, że jesteś sam i że nie ma już twojego świata… a ty żyjesz”. Ta istotna konkluzja nie jest nowością, bo dosłownie to samo mówią narratorki „Szkicu węgierskiego” i „Niebieskookiej Marii” w mojej galerii portretów pod zbiorowym tytułem „Drohobycz, Drohobycz”.

„Jestem w komorze gazowej, zasypiam, później się budzę, a wszyscy nie żyją” – to koszmarny wspólny mianownik ocalałych w obu książkach, lecz ich potomkowie opowiadają o szczególnym koszmarze poholokaustowych rodzin mieszanych. Na przykład: „Rodzice nie mieli przyjaciół… nikt nie przychodził do nas, a i myśmy nigdzie nie chodzili”; „Mam z dwu stron dwie różne pustki: z żydowskiej, bo nikogo nie było, a z polskiej, bo mnie nie akceptowali”. Izolowani, wykorzenieni, zagubieni znaleźli się w próżni kulturowej: „siadałyśmy w święta we dwie do wigilijnego stołu”. Jeszcze gorszym koszmarem były małżeństwa, gdzie jedna ze stron (na ogół żona) ukrywała swoje pochodzenie: „Mama po wojnie była w stanie posttraumatycznym i nigdy z niego nie wyszła”. „Wiedziała, że za bycie Żydem jest straszna kara”. „Życie przeżyła jako nie ona”. „Jako już mocno starsza pani pojechała do Izraela i została tam półtora roku… to były jedyne chwile po wojnie, kiedy się nie bała”. A najbardziej koszmarne były związki małżeńskie z antysemitami. Bo „można być antysemitą i mieć swoją Żydówkę w domu”. Klasyczny przykład to Gomułka, główny aktor 1968 roku. „W 1968 świat mojej mamy kolejny raz opustoszał”. W szczególnych przypadkach antysemita nie wiedział, że się ożenił z Żydówką, bo i tak bywało, i „do końca jego życia była tą, za którą on ją uważał”.

Drugie pokolenie ma wiele cech wspólnych z bezpośrednimi dziećmi Holokaustu, które najlepiej znam. Dobrze charakteryzują je wypowiedzi zawarte w książce: „Nie ma się do kogo odezwać, bo wokół jest pusto… odziedziczona pustka”. „Mam w sobie wyrytą niewiarę w ludzi, takie coś, że nikomu w życiu do końca nie ufasz… że to, co widzę, nie jest tym, czym naprawdę jest”. „Nauczyłam się śmiać, ale to nie ze szczęścia…”. „Dobrze jest się ze mną śmiać, ale tak naprawdę nie nawiązuję bliskich relacji”. Specyficzną cechą drugiego pokolenia jest raczej to, że nie rozumiało pojęć rodzinnych: „Co to są «dziadkowie», skąd się oni biorą?” W australijskim przedszkolu nauczycielka zaalarmowała żydowską matkę-imigrantkę, że dziecko jest niedorozwinięte, bo nie wie, co to babcia, dziadek, wujek, ciocia, kuzyn (patrz „Ciąg dalszy”, Warszawa 2008, rozdz. „Milczenie”). „Bardzo mi brakowało tej wiedzy o poprzednich pokoleniach”. „Chciałabym choć raz przytulić się do moich babć”. Stąd usilne, często obsesyjne poszukiwania żydowskich korzeni. Mikołaj Grynberg, z wykształcenia psycholog, rozpoznaje i wskazuje zaburzenia psychiczne tego pokolenia wbrew sceptykom, którzy do niedawna nie wierzyli, że dzieci ocalałych cierpią, „jakby to one przeżyły Zagładę” i wręcz podejrzewali „usilne poszukiwanie zbiorowego urazu Holokaustu, który – gdyby go znaleźć – przywróciłby utracony sens osobistym kłopotom jednostek” (Zygmunt Bauman „Hereditory Victimhood: The Holocaust’s Life as a Ghost”, „Tikkun” 13/1998 i „Widmo Zagłady”, „Midrasz” 9/1999). Zresztą nie zawsze doświadczenia tego pokolenia są negatywne. Na pytanie: „Jak to jest być wychowaną przez ocalałych?”, pada również odpowiedź: „to jest przywilej i odpowiedzialność”; „miałam najlepszych na świecie rodziców”; „chroniłam [ich], żeby nikt nie mógł powtórnie ich zranić”.

Dziwne odrodzenie i grymasy pod adresem Izraela

Niekiedy rozmowy Mikołaja Grynberga ujawniają dziwności tak zwanego odrodzenia życia żydowskiego w Polsce: „Masz u siebie mezuzę?”, „A ty?”, „Miałem, a teraz nie mam”. Ortodoksyjny chłopiec jada tylko z koszernych naczyń, ale obowiązkową jarmułkę zakłada dopiero „tuż przed wejściem do gabinetu…”. Częstochowskie TSKŻ (Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów) boi się swojego własnego szyldu: „Szyldu nie wieszamy od 1968 roku”. Bo co było w 1968 roku? „Wpadli do środka, książki darli, płyty potrzaskali, nawet portret Pereca…”. W 1938 niszczono żydowskie sklepy, w 1968 resztki żydowskiej kultury. A teraz? „Teraz się ta bardzo polska młodzież pojawiła, różne anonimy dostajemy”. Anonimy nie są nowością, lecz powtórką i zmorą z 1968 roku. To materiał dla racjonalistów, którzy zawsze szukali ekonomicznych podstaw antysemityzmu. „Nasza obecność w tamtym kraju dobiegła końca i nie mamy po co udawać, że jest inaczej” – twierdzi potomek urodzony w Ameryce. Ktoś inny uogólnia, że w Europie „wszyscy mają coś na sumieniu” (a nieczystego sumienia nikt nie lubi, nie potrzeba więc przyczyn ekonomicznych ani nawet politycznych – wnioskuje niżej podpisany). A konkluzja jednego z rozmówców, że „nas z tym miejscem łączy ból odziedziczony po rodzicach”, brzmi jak odpowiedź na pretensje, że uczestnicy „marszu żywych” nie przyjeżdżają do Polski podziwiać krajobrazów. Pretensje takie zgłasza zresztą i autor książki, który mieszka w Polsce i broni tej swojej racji stanu – prawie tak samo jak ja pół wieku temu w Izraelu i Ameryce, a nawet jeszcze w kwietniu 1967 roku w Genewie, nim jesienią tegoż roku uciekłem z kraju (patrz „Uchodźcy”, Warszawa 2004).

W książce Mikołaja Grynberga nie zabrakło paru charakterystycznych grymasów pod adresem Izraela. „Uczyłem się, jak być dobrym syjonistą. Jak stamtąd wróciłem, to na prawo ode mnie była już tylko ściana” (s. 112) – mówi jeden z rozmówców. Typowy przejaw odziedziczonej po komunizmie demagogii, która przemalowała jedyną demokrację Bliskiego Wschodu na antypatyczną prawicę, natomiast arabski faszyzm na cacy lewicę. „Izrael jest tak silny, że wytrzyma nienawiść wszystkich, ale nie pchnie go to na właściwą (sic) ścieżkę” (s. 164) – narzeka dobrze sytuowany nowojorski lewicowiec. Zastrzeżenia ma i sam autor: „Posiedzieć tam trochę – tak. Być na stałe – nie. Nie utożsamiam się też z polityką tego kraju. Wiele rozumiem, sporo wybaczam… Może z czasem?” (s. 174). Zastanawiające poczucie wyższości moralnej („wybaczam”), ale i uchylona furtka („może z czasem”), przywodząca na pamięć żydowskich komunistów, którzy psioczyli na Izrael, zanim schronili się pod jego skrzydełka, gdy „antysyjonistyczni” towarzysze ich wytowarzyszyli. Izrael jest azylem, ale niekoniecznie panaceum na odziedziczone bóle: „W tym roku poczułam, że już nie daję rady… Wyjechałam do Francji i patrzyłam na niebieskie niebo” (s. 176). Nie ma wyjaśnienia, w którym „tym roku”, ale w 2014 siedem tysięcy Żydów uciekło spod „niebieskiego nieba” Francji pod bardziej niebieskie niebo Izraela.

Drobne pomyłki i parę poważnych błędów

Tytuł „Oskarżam Auschwitz” jest spóźniony, odstręczający i niewłaściwy, bo tematem przewodnim książki nie jest Auschwitz, lecz „odziedziczona pustka”. Słuszny podtytuł „Opowieści rodzinne” jest oczywiście bliskim krewnym moich „Szkiców rodzinnych” (Warszawa 1990). Dialogi nagrane i spisane przez Mikołaja Grynberga są wartkie, błyskotliwe, czasami rewelacyjne, lecz najwyższe walory literackie ma monolog, którego protagonista sobie zastrzegł, że nie będzie rozmawiał, tylko opowiadał i w rezultacie powstała pierwszoosobowa narracja jak w „Szkicach rodzinnych” czy „Drohobyczu, Drohobyczu”.

Autor przyznaje, że dialogi są wybrane. Nie wyjawia, według jakiego klucza, lecz przypuszczalnie wybrał najinteligentniejsze i najboleśniejsze. Brzmią one prawdziwie i przekonująco, ale nie reprezentują wszystkich, a nawet wątpię, czy większość szczątkowych poholokaustowych rodzin. Moja matka, która przeżyła na aryjskich papierach, i ojczym, który przeżył warszawskie getto i Mauthausen, cieszyli się życiem i wszystkim, co im się udawało zdobyć w Polsce, Izraelu i Ameryce. Wszędzie mieli wielu znajomych i przyjaciół, dla których wydawali sute uczty i bywali na takichże u nich. W Łodzi, gdzie mieszkali od 1945 do 1957 roku, chodzili na wszystkie zabawy taneczne do Klubu Żydowskiego, gdzie zawsze było pełno. Tu zasadnicza różnica: otóż w Łodzi Żydzi po Holokauście nie przestawali być Żydami, jak w Warszawie, gdzie mieszkała i cierpiała – lub nadal mieszka i cierpi – ogromna większość rodzin wybranych przez Mikołaja Grynberga, włącznie z jego własną, i gdzie rzeczywiście panował „strach rodzinny”, o którym zresztą było już parę innych książek. Czy w Warszawie było niebezpieczniej? Przeciwnie. Czy Żydzi w Warszawie byli bardziej strachliwi? Tak, bo w Warszawie (jak w każdej stolicy) panował naturalny „strach”, że się nie zrobi kariery lub straci stanowisko i pozycję towarzyską. W Waszyngtonie ta choroba stołeczna znana jest jako bureaucratic fear (strach biurokratyczny). W warszawskiej specyfice politycznej miała ona o tyle ostrzejszy przebieg, że „niearyjska żona”, początkowo bardzo pomocna w karierze, z czasem stawała się przeszkodą. Stołeczni Żydzi, zwłaszcza w rodzinach mieszanych, płacili szczególnie wysoką cenę tego strachu, przestając – dla rodzinnej kariery i pozycji – być sobą. Nie usprawiedliwia to w niczym antysemickiej presji, której padali ofiarą, ale jednak to był ich wybór.

W książce jest również trochę drobnych pomyłek, zdradzających niezupełną znajomość przedmiotu. Piszemy więc nie grunner (s. 28) ani gruner (s. 218), lecz griner (jidysz), w angielskiej transkrypcji greener i oznacza to „nowoprzybyły imigrant, jeszcze niezorientowany”, a nie – „żółtodziób”. Nie kisz mi tuches (s. 31), lecz kisz mir in tuches (jidysz). Sienkiewicz nie był „strasznym antysemitą” ani w ogóle antysemitą, nawet jeśli pisał o „żydowinach” (s. 53). Nie „Bernarda Ber Marka” (s. 107), lecz „Bernarda Bera Marka”, bo Ber to było jego pierwsze imię zanim je przesłonił Bernardem. Żydowska organizacja charytatywna OSE działała od początku XX, a nie „od początku XIX wieku” (s. 138). Nie gewałt (s. 165), lecz giewałt, bo w jidysz „g” i „k” jest miękkie jak polskie. Błędne jest również tłumaczenie zdania: „Chciałem mieć swoje pieniądze… na colę czy wodę sodową” (s.169). Amerykański nastolatek, mówiąc „soda”, ma na myśli roztrzepaniec z lodów, a nie wodę sodową. Mazel tow! to nie po hebrajsku (s. 170). Mówi się ma-zal tow! (hebr.) lub mazł tow! (jidysz). Nie gezyntechajt, tylko giezyntehajt (dwa błędy w jednym wyrazie). Co ma znaczyć „ukryli się… w dachu” (s. 20) – nie wiem.

I parę poważnych błędów. Nie „sześć milionów ludzi zostało zagazowanych” (s. 143) – co najmniej połowę zgładzono w inny sposób i najwyższy czas o tym wiedzieć. „Holocaust industry” to nie „«przemysł» czerpiący zyski z opowieści o Holokauście” (s. 298), lecz pomówienie, bo takiego „przemysłu” nie ma i wstawienie wyrazu w cudzysłów nie wystarcza. Poważnym błędem jest również puenta wstępu do książki. Jego autorka Anka Grupińska przytacza tragiczny los nieżydowskiej rodziny, która poniosła ciężkie straty w Mauthausen i Buchenwaldzie z konsekwencjami psychicznymi, które po latach doprowadziły do dwóch samobójstw, po czym retorycznie pyta: „Czy naprawdę to zupełnie inne światy? Czy cierpienie nie ma zawsze wspólnej gleby?” i „czy dziedzictwo Zagłady jest naszym żydowskim, czy także naszym polskim – wspólnym, człowieczym dziedzictwem nieludzkiego czasu?”. Odpowiedzi są dosyć proste: a) tak, to są „inne światy”, b) nie, cierpienie nie zawsze ma „wspólną glebę”, c) koszmarna odziedziczona pustka nie jest „wspólnym, człowieczym dziedzictwem” ani nawet ogólnopolskim, natomiast retoryka powyższych pytań jest późną próbą równania reguły z wyjątkiem oraz rozwadniającej uniwersalizacji i co najdziwniejsze, zaprzecza niemal wszystkiemu, co w tych bolesnych rozmowach wypowiedziano i wypłakano.


* Tekst jest zapiskiem z bieżącego pamiętnika Henryka Grynberga. Dotychczas ukazały się „Pamiętnik” oraz „Pamiętnik 2” – oba w wydawnictwie Świat Książki.

Książka:
Mikołaj Grynberg, „Auschwitz oskarżam. Opowieści rodzinne”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Please keep calling us racists and misogynists

Please keep calling us racists and misogynists

Dennis Prager


Dennis PragerDennis Prager

Turns out that the whole Democratic Party lost hugely on Election Day. In addition to losing the presidency, Republicans retained control of the Senate despite far more Republican Senate seats being on the ballot; they held their already substantial majority in the House of Representatives; and now 33 of the nation’s 50 governors are Republican.

That’s two Republican governors for every Democrat.
One of the newly elected governors is Eric Greitens of Missouri. He is a former Navy SEAL and Rhodes scholar — and a committed Jew. Will he, too, be labeled a Republican racist, misogynist, xenophobe, homophobe, Islamophobe, bigot and the latest — transphobe?

That’s what the left has done for a half-century: libel and label conservatives.
This past week was a prime example. Within hours of the Republican defeat of Democrats on the local, state and congressional levels, in addition to the loss of the White House, the left doubled down on its usual outpouring of calumnies at Republican voters as deplorable human beings.
Please continue. It is clearly working on conservatives’ behalf. More and more Americans — and I predict more and more Black and female Americans — will see these smears for what they are: a cover for an inability to intellectually counter conservative arguments.

It seems universally believed on the left that conservative opposition to Hillary Clinton was due to her being a woman. See Peter Beinart’s piece in The Atlantic titled “Fear of a Female President,” which says, “Hillary Clinton’s candidacy has provoked a wave of misogyny — one that may roil American life for years to come.”

See the open letter written by Washington Post columnist Dana Milbank to his distraught 12-year-old daughter: “To my daughter: You are going to be okay.”

This is how his column begins:
“As I watched the returns at Donald Trump’s celebration here Tuesday night, the hardest part was trying to reassure my seventh-grade daughter at home, via phone and text, that she would be okay. She had expected to be celebrating the election of the first female president, but instead, this man she had been reading and hearing horrible things about had won, and she feared her own world could come apart.”
As a loving father, he might want to reflect on whether his own overwrought views contributed to his daughter’s fearing that “her own world would come apart” if a woman weren’t elected president.

Milbank made sure to inform his readers that he was a Jew by reassuring his daughter that she will feel better when she receives all of her family’s love at her upcoming bat mitzvah.

Of course, the reduction of Republican votes to misogyny, racism, xenophobia, etc., was hardly unique to Jewish leftists. In The Washington Post on the day after the election, Jill Filipovic, a young feminist writer, explained Hillary Clinton’s loss this way:
“[It was] a clear statement of what so many of my countrymen (and the people who put Trump in power are mostly men) value: white male supremacy above all.”

And in The New York Times, Susan Chira, a senior correspondent and editor on gender issues, made up a rule: “We do know that voters disproportionately punish women who are seen as dishonest.”

For eight years, many on the left have described criticism of Barack Obama as racist. Similarly, leftists explain opposition to Hillary Clinton as an expression of misogyny and sexism. For the left, it is not possible that conservative opposition to either has been rooted in public policy and moral differences that have nothing to do with race or gender.

Then there is another hysterical charge on the Jewish left, that a President Trump will make anti-Semitism respectable. This, too, is old news. In 1980, Coretta Scott King, the widow of Martin Luther King Jr., said, “I am scared that if Ronald Reagan gets into office, we are going to see more of the Ku Klux Klan and a resurgence of the Nazi Party.”

recomended by:
Leon Rozenbaum

But the scare tactics apparently aren’t working as well as they once did. More and more Americans are catching on to the left’s crying wolf regarding racism, misogyny, sexism and all the other terms of opprobrium hurled at conservatives. But leftists won’t stop, for two reasons: That’s all they have. And because they really do believe their libels about conservatives. Why wouldn’t they? It’s all they’ve ever read, heard or studied.

Incredibly, many Jews symbolically sat shivah at their synagogues last week. But for all the harm the left has done to universities, to Judaism, Jews, Israel, America and to Western civilization, they should have done teshuvah instead.


Dennis Prager’s nationally syndicated radio talk show is heard in Los Angeles on KRLA (AM 870) 9 a.m. to noon. His latest project is the internet-based Prager University (prageru.com).


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com