Archive | July 2025

Hamas Warns Against Cooperation with US Relief Efforts In Bid to Restore Grip on Gaza

Hamas Warns Against Cooperation with US Relief Efforts In Bid to Restore Grip on Gaza

Ailin Vilches Arguello


Hamas terrorists carry grenade launchers at the funeral of Marwan Issa, a senior Hamas deputy military commander who was killed in an Israeli airstrike during the conflict between Israel and Hamas, in the central Gaza Strip, Feb. 7, 2025. Photo: REUTERS/Ramadan Abed

The Hamas-run Interior Ministry in Gaza has warned residents not to cooperate with the US- and Israeli-backed Gaza Humanitarian Foundation, as the terror group seeks to reassert its grip on the enclave amid mounting international pressure to accept a US-brokered ceasefire.

“It is strictly forbidden to deal with, work for, or provide any form of assistance or cover to the American organization (GHF) or its local or foreign agents,” the Interior Ministry said in a statement Thursday.

“Legal action will be taken against anyone proven to be involved in cooperation with this organization, including the imposition of the maximum penalties stipulated in the applicable national laws,” the statement warns.

The GHF released a statement in response to Hamas’ warnings, saying the organization has delivered millions of meals “safely and without interference.”

“This statement from the Hamas-controlled Interior Ministry confirms what we’ve known all along: Hamas is losing control,” the GHF said.

The GHF began distributing food packages in Gaza in late May, implementing a new aid delivery model aimed at preventing the diversion of supplies by Hamas, as Israel continues its defensive military campaign against the Palestinian terrorist group.

The initiative has drawn criticism from the UN and international organizations, some of which have claimed that Jerusalem is causing starvation in the war-torn enclave.

Israel has vehemently denied such accusations, noting that, until its recently imposed blockade, it had provided significant humanitarian aid in the enclave throughout the war.

Israeli officials have also said much of the aid that flows into Gaza is stolen by Hamas, which uses it for terrorist operations and sells the rest at high prices to Gazan civilians.

According to their reports, the organization has delivered over 56 million meals to Palestinians in just one month.

Hamas’s latest threat comes amid growing international pressure to accept a US-backed ceasefire plan proposed by President Donald Trump, which sets a 60-day timeline to finalize the details leading to a full resolution of the conflict.

In a post on Truth Social, Trump announced that Israel has agreed to the “necessary conditions” to finalize a 60-day ceasefire in Gaza, though Israel has not confirmed this claim.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu is expected to meet with Trump next week in Washington, DC — his third visit in less than six months — as they work to finalize the terms of the ceasefire agreement.

Even though Trump hasn’t provided details on the proposed truce, he said Washington would “work with all parties to end the war” during the 60-day period.

“I hope, for the good of the Middle East, that Hamas takes this Deal, because it will not get better — IT WILL ONLY GET WORSE,” he wrote in a social media post.

Since the start of the war, ceasefire talks between Jerusalem and Hamas have repeatedly failed to yield enduring results.

Israeli officials have previously said they will only agree to end the war if Hamas surrenders, disarms, and goes into exile — a demand the terror group has firmly rejected.

“I am telling you — there will be no Hamas,” Netanyahu said during a speech Wednesday.

For its part, Hamas has said it is willing to release the remaining 50 hostages — fewer than half of whom are believed to be alive — in exchange for a full Israeli withdrawal from Gaza and an end to the war.

While the terrorist group said it is “ready and serious” to reach a deal that would end the war, it has yet to accept this latest proposal.

In a statement, the group said it aims to reach an agreement that “guarantees an end to the aggression, the withdrawal [of Israeli forces], and urgent relief for our people in the Gaza Strip.”

According to media reports, the proposed 60-day ceasefire would include a partial Israeli withdrawal from Gaza, a surge in humanitarian aid, and the release of the remaining hostages held by Hamas, with US and mediator assurances on advancing talks to end the war — though it remains unclear how many hostages would be freed.

For Israel, the key to any deal is the release of most, if not all, hostages still held in Gaza, as well as the disarmament of Hamas, while the terror group is seeking assurances to end the war as it tries to reassert control over the war-torn enclave.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Trump: Izrael zgodził się na rozejm w Gazie. Koniec wojny już w najbliższych dniach?

Benjamin Netanjahu i Donald Trump (Fot. REUTERS/Kevin Mohatt)


Trump: Izrael zgodził się na rozejm w Gazie. Koniec wojny już w najbliższych dniach?

Marta Urzędowska


Donald Trump ogłosił, że Izrael zgodził się na dwumiesięczny rozejm w Strefie Gazy, w czasie którego wypracowany zostanie trwały pokój. “Ameryka będzie współpracować ze wszystkimi, by zakończyć tę wojnę” – zapewnił prezydent USA.
„Moi przedstawiciele odbyli dziś długie i produktywne spotkanie z Izraelczykami na temat Gazy – ogłosił Donald Trump we wtorkowym wpisie w swoim serwisie społecznościowym Truth Social. – Izrael zgodził się na warunki niezbędne, by sfinalizować 60-dniowe zawieszenie broni, w czasie którego będziemy współpracować ze wszystkimi stronami, by zakończyć tę wojnę. Katarczycy i Egipcjanie, którzy ciężko pracowali, by pomóc zaprowadzić pokój, przedstawią ostateczną propozycję. Mam nadzieję, że – dla dobra całego Bliskiego Wschodu – Hamas ją przyjmie, bo lepszej oferty nie dostanie, dostanie tylko gorszą” – zagroził amerykański przywódca.

Realna szansa na rozejm? Trump spotka się z Netanjahu i będzie “bardzo zdecydowany”

Oświadczenie Trumpa pasuje do pojawiających się od kilku dni doniesień, że rosną szanse na rozejm w Strefie Gazy. W enklawie trwa wojna rozpoczęta przez Hamas atakiem na Izrael z 2023 r., w którym terroryści zabili 1,2 tys. osób, a 250 porwali do Gazy. W izraelskich odwetowych nalotach i operacjach lądowych zginęło już ponad 56 tys. Palestyńczyków, enklawa została niemal zrównana z ziemią, a sytuacja humanitarna dwóch milionów jej mieszkańców jest dramatyczna, bo Izrael poważnie ogranicza dostarczanie na miejsce jedzenia, wody i leków.

Dziś wygląda na to, że pojawiła się realna szansa na zawieszenie broni. Trump nie tylko zapewnia, że Izraelczycy już zgodzili się na rozejm, ale w najbliższych dniach spotka się w tej sprawie w Waszyngtonie z premierem Benjaminem Netanjahu i zapowiada, że podczas tej rozmowy będzie „bardzo zdecydowany”.

Według Trumpa również Netanjahu jest za szybkim zawieszeniem broni. – On tego chce, mówię wam, naprawdę tego chce – zapewniał Amerykanin we wtorek 1 lipca. – Myślę, że w przyszłym tygodniu będziemy mieli deal.

Pojazdy izraelskiej armii (widoczne w chmurze pyłu) operujące na granicy Strefy Gazy Fot. REUTERS/Amir Cohen

Wcześniej Waszyngton w tej samej sprawie odwiedził izraelski minister ds. strategii Ron Dermer, który spotkał się z przedstawicielami administracji Trumpa.

Izrael i Hamas nie potwierdzają, że są bliskie rozejmu. Wcześniej stanowiska radykalnie się różniły

Według źródeł CNN Katarczycy przekazali już obu stronom nową propozycję rozejmu, ale na razie nie wiadomo, na co dokładnie zgodzili się Izraelczycy i co myśli o niej Hamas.

Poprzednie próby dogadania się przynosiły albo krótkie rozejmy, albo w ogóle kończyły się fiaskiem. Izraelczycy żądali od terrorystów kapitulacji i rozbrojenia, co Hamas zawsze wykluczał, domagając się z kolei pełnego wycofania izraelskiej armii i trwałego zakończenia wojny, co zdecydowanie odrzucał Izrael.

Nie jest też jasne, co proponowany przez Trumpa rozejm oznacza dla izraelskich zakładników nadal przetrzymywanych w Gazie. Na miejscu pozostaje ok. dwudziestu żyjących osób i ok. trzydziestki ciał zabitych zakładników. W poprzednich negocjacjach Hamas proponował zwolnienie dziesięciu osób, Izrael domagał się zwolnienia wszystkich.

Na razie optymistyczne zapewnienia płyną niemal wyłącznie z Waszyngtonu – Izrael i Hamas nie potwierdzają oficjalnie, że są bliskie rozejmu. Jedynie ambasador Izraela przy ONZ Danny Danon przekonywał we wtorek w rozmowie z BBC, że Izrael jest „absolutnie gotowy na zawieszenie broni”. Jednocześnie zastrzegł, że jeśli Hamas nie zgodzi się na porozumienie, „jedyną opcją będzie większa presja militarna”.

Rozejm w Strefie Gazy. Hamas bardziej skłonny do ustępstw, bo Izrael i USA osłabiły Teheran

Amerykański prezydent nie bez powodu chwali się, że lada dzień zakończy ciągnącą się od blisko dwóch lat wojnę. Tydzień temu skutecznie zakończył inną, jeszcze groźniejszą bliskowschodnią eskalację. Przez blisko dwa tygodnie trwała izraelsko-irańska wymiana ciosów rozpoczęta atakiem Izraela na Iran, podczas którego Izraelczycy zniszczyli Irańczykom wojskowe i nuklearne obiekty i pozabijali najważniejszych dowódców i naukowców od atomu. Do wojny na chwilę włączyli się Amerykanie, bombardując trzy ważne irańskie ośrodki nuklearne potężnymi bombami, zdolnymi niszczyć także ukryte pod ziemią instalacje, choć do końca nie jest jasne, jak duże są zniszczenia.

Choć przez chwilę wydawało się, że amerykański atak może nasilić eskalację, a nawet wciągnąć USA w bliskowschodnią awanturę, sytuację udało się uspokoić – Irańczycy odpowiedzieli jedynie symbolicznie, Amerykanie ogłosili, że kończą konfrontację, a Trump w wyjątkowo ostrych słowach zmusił obie strony do zawieszenia broni.

Osłabienie Iranu to jeden z powodów, dla których dziś może być łatwiej o rozejm w Gazie. Teheran to najważniejszy sojusznik i sponsor Hamasu, a dziś ma za dużo własnych problemów, żeby upominać się o palestyńskich podopiecznych. Może to oznaczać, że hamasowcy będą bardziej skłonni do ustępstw, szczególnie że w ub. roku kilkumiesięczną wojną Izrael mocno osłabił też ich drugiego sojusznika, libański Hezbollah.

Palestyńczycy w drodze po pomoc humanitarną w Chan Junis w Strefie Gazy Fot. REUTERS/Hatem Khaled

Źródła w izraelskiej armii przekonują w rozmowie z CNN, że także Izraelczycy są dziś bardziej gotowi do zawarcia porozumienia, bo choć nie udało im się w pełni pokonać terrorystów, Hamas jest dziś tak osłabiony i zdziesiątkowany, że izraelska armia nie jest już w stanie skutecznie polować na niedobitki grupy.

Izrael nasila ataki. Eksperci od pomagania alarmują: Pomoc sprzeczna ze standardami

Na razie sytuacja na miejscu pozostaje daleka od spokoju. W ostatnich dniach izraelska armia wydała nakazy ewakuacji dla mieszkańców miasta Gaza i innych obszarów na północy enklawy, po czym rozpoczęła serię ataków, w których zginęło kilkadziesiąt osób, wśród nich ponad dwadzieścia w zbombardowanej w poniedziałek nadmorskiej kawiarni.

W ostatnich tygodniach regularnie dochodzi też do ataków na Palestyńczyków gromadzących się w okolicach ośrodków dystrybucji pomocy humanitarnej. Chodzi o centra, w których dystrybucję prowadzi Gaza Humanitarian Foundation (GHF), wspierana przez USA i Izrael organizacja pośrednicząca w dostarczaniu pomocy prywatnymi kanałami, przy udziale izraelskiej armii. Izrael pozwolił na taką formę pomagania kiedy zablokował pomoc świadczoną tradycyjnymi kanałami, za pośrednictwem ONZ. Według Izraelczyków taka zmiana to jedyny sposób, by pomoc nie trafiała w ręce Hamasu.

Z izraelską oceną nie zgadzają się czołowe organizacje pomocowe, które we wtorek wystosowały wspólny apel, w którym proszą o zlikwidowanie GHF. Przekonują, że taka forma pomagania jest sprzeczna z międzynarodowymi standardami i niebezpieczna. Tłumaczą, że potrzebujący Palestyńczycy są zmuszeni do przychodzenia pod ośrodki pomocy, często na niebezpieczne, zmilitaryzowane tereny, gdzie dochodzi do groźnych incydentów – od maja zginęły w nich setki osób. Apel podpisali przedstawiciele ponad 170 organizacji, wśród nich światowi liderzy w pomaganiu, jak Oxfam czy Save the Children.


Redagowała Ludmiła Anannikova


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel owes Trump, but that can’t mean Hamas’s survival

Israel owes Trump, but that can’t mean Hamas’s survival

Jonathan S. Tobin


The president wants an end to the war in Gaza so he can make more regional deals in the region. But as much as Jerusalem must defer to him, there must be limits to that gratitude.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu visits the scene where a ballistic missile fired from Iran hit and caused damage at the Weizmann Institute in Rehovot, June 20, 2025. Credit: Itai Ron/POOL.

President Donald Trump’s decision to order a strike on Iranian nuclear targets was yet another example of how he has proven to be a reliable friend of the State of Israel. If, as both Jerusalem and the Pentagon say, Tehran’s quest for a bomb have been set back at least two years—and can again be smashed by subsequent Israeli and American military efforts as needed—then it’s clear that the president has altered the strategic equation in the region in favor of the Jewish state and against its enemies. He has also continued to supply Israel with the arms it needs, rather than slow-walk them, and to encourage its campaign to destroy Hamas in Gaza, rather than to hamstring its efforts, as the Biden administration did.

Put in context to his groundbreaking pro-Israel decisions during his first term, the president added to a record that eclipses the support offered by any other administration since the founding of the modern-day Jewish state in 1948. All of which means that Prime Minister Benjamin Netanyahu is obligated to Trump above and beyond the normal deference owed to Israel’s superpower ally.

A price too high?

Yet exactly how far should Netanyahu go to pay that debt when the president demands that he go along with plans that may or may not be in his country’s best interests?

It may be that in the coming days, weeks and months, the world will find out the answer to that question.

It is now being widely reported that Israel has agreed to the terms of another ceasefire-hostage release deal with the Hamas terrorists that is being pushed by the president. If leaks about America’s offer to the Islamist group are true, it will mean the release of 10 of the remaining living hostages (without being first humiliated by revolting ceremonies in which they would be forced to thank their kidnappers) and 18 bodies of deceased captives in exchange for the release of Palestinian Arab terrorists and a 60-day halt to fighting.

If that’s all there is to it, that’s a deal that Netanyahu, who will visit Washington next week, can live with, as can even the most right-wing members of his government. But as the prime minister has stated, he believes that any deal must not obligate Israel to end the war on Hamas without forcing the surrender of all remaining hostages and bodies, as well as the leaders of the end of the Islamist terror group’s rule in Gaza and the exile of all of its leaders. Should the United States force an end to the conflict without that happening, no amount of rhetoric from Trump or Netanyahu will prevent Hamas from claiming victory. And despite all the losses they have sustained since starting this war while committing unspeakable atrocities on Oct. 7, 2023, such boasts will be largely accurate.

Will the post-Oct. 7 war against Hamas end in that fashion? We don’t yet know.

In keeping with the eliminationist beliefs that have been at the core of the Palestinian national movement since its inception in the 20th century, Hamas could well refuse to accept the terms that Trump’s envoys have exchanged with them, and with Egyptian and Qatari intermediaries that have been part of the negotiations. Even if they do, their intransigence—and ideological and religious commitment to violence and the shedding of Jewish blood—could prevent any talks during the 60 days of a ceasefire from blossoming into a long-term agreement that could be represented as the end of the war.

The willingness of Hamas to postpone the achievement of its commitment to Israel’s destruction and the genocide of its population is not the only variable here. There are other factors to consider.

Pressure on Netanyahu

One is the constant domestic pressure on Netanyahu from both the families of some of the hostages and his political opponents to end the war and to achieve the release of all the captives, regardless of whether it means allowing Hamas to snatch victory from the jaws of defeat.

Just as important as the back-and-forth among Israelis about whether it’s time to end the fighting without first securing the defeat of Hamas is what Trump wants out of all this. The president has openly expressed a desire to end the war in Gaza and to use that, along with the crippling of Iran and its terrorist proxies, to expand the Abraham Accords. That is the X factor in the negotiations that could well force Netanyahu to make concessions he wouldn’t otherwise be inclined to give up.

To date, Netanyahu has reiterated that he won’t allow that to happen. But if Hamas is prepared to act in accordance with its best interests as opposed to its bloodthirsty ideology and Trump demands it, would he be forced to give in?

That’s likely the assumption in Trumpworld. It’s also something that many of Netanyahu’s supporters fear.

There’s no question that the U.S. president is willing to pressure Israel, whether publicly or privately, when he thinks that it’s in his interests. His profane demand that Israeli planes be turned around before striking Iran again when Tehran violated the ceasefire is an example.

Expanding the Abraham Accords

It’s also necessary to reiterate the obvious fact that, as much as the interests of the two allies are aligned, they are not identical. Perhaps the president thinks that holding Israel back from finally finishing the job against Hamas in Gaza can lead to what he wants: an expanded Abraham Accords with, as its centerpiece, Saudi Arabia formally recognizing the State of Israel.

That’s something Netanyahu has also stated as the main goal of his diplomatic plans. If it happens, it would be a remarkable achievement considering that the desert monarchy is the guardian of Islam’s holiest places and, for the first seven decades of Israel’s existence, was the lynchpin of the Arab and Muslim world’s unflinching hostility to the existence of the Jewish state.

It also fits perfectly into Trump’s transactional vision for the Middle East, in which all nations act in their self-interest, and prioritize trade and good relations with the West while turning their backs on rogue terrorist regimes like that of Iran.

While the prospect of such a game-changing diplomatic event has been endlessly talked up by both the Trump administration and Netanyahu’s government as not merely possible but inevitable, some skepticism about this is warranted.

If, as we have every reason to believe, not only the nuclear threat but the power of Iran to create mayhem in the Middle East has been seriously degraded, that effectively removes a key incentive for the Saudis to recognize Israel.

Their shift toward a productive, albeit under-the-table relationship with Israel dates back to the Barack Obama administration’s attempt to appease Iran. Far from being motivated by the royal family’s conversion to Zionism from the extreme Wahabi strain of Islam that was the driving force behind its rise to power in the Arabian peninsula, it was fear of being left at the mercy of the Shia mullahs in Tehran that led them to reach out to the Jewish state as a military ally. The ties between Israel and the Saudis have grown since then as Crown Prince Mohammed bin Salman’s efforts to modernize his nation have moved in tandem with a decision to stop funding Islamist fundamentalists around the globe. That’s an unfortunate practice that has been taken up by Qatar, despite Trump’s embrace of that emirate as a supposed U.S. ally.

But if the Saudis now have fewer reasons to fear Iran, that also means they are bound to be less interested in full peace with Israel.

What the Saudis want

The cost-benefit analysis of normalization of relations with Jerusalem for the Saudis is not as simple as optimists about an expanded Abraham Accords like to pretend. There are real risks for the Saudis to give their seal of approval to Israel as a permanent addition to the Middle East. It goes against the Saudis’ faith and ideology, as well as the prevailing anti-Jewish sentiments of most Muslims and Arabs. That’s true even if many of their governments have come to the logical conclusion that peace with Israel is to the benefit of everyone except the Palestinian Arabs and their supporters, who still cling to fantasies about its annihilation.

The Saudis like their sideline relationship with Israel just fine since it gives them the benefits of a strategic alliance without the cost of undermining its stature as the regime most associated with Muslim legitimacy. The only thing that might tempt them to risk normalization would be if the United States were to give what they requested when Riyadh told the Biden administration in March 2023 what its price for such a move would be.

The Saudis asked for the moon. They not only wanted the United States to formally guarantee their security; they also wanted aid to start their own nuclear program. Neither request is ever likely to be granted, as Congress is unlikely to pass such a treaty, and no conceivable American administration would go along with letting them go nuclear.

Since then, the Saudis have publicly spoken about adding to their wish list by demanding that Israel agree to start a diplomatic process that could lead to the creation of a Palestinian state. Riyadh is opposed to such an outcome since another failed Arab state in the regime would likely fall into the hands of Islamist fundamentalists—something not in their interests. But since Oct. 7, greater pressure has been exerted on the Saudis to at least pretend to support the Palestinians.

The administration believes the Saudis may be willing to agree to normalization without granting their extravagant requests. But that brings us back to the first step toward expanding the Abraham Accords: a deal that would end the war in Gaza.

It’s important to remember that the war aims of the Israeli government—the defeat of Hamas and the return of all of the hostages—are still mutually exclusive. As has been obvious since the terrorist invasion of southern Israel, getting all the remaining live hostages back will require Netanyahu to let Hamas survive in Gaza. He has rightly stated that means giving the terrorists the opportunity to rebuild and rearm, and to make good their pledges to commit more assaults like those that occurred on Oct. 7.

The future of Gaza and Israel

Like the wildly unrealistic plans for a state in Judea and Samaria to be given to the Palestinian Authority and its corrupt Fatah leadership, which was embraced by the Biden administration and European nations, the prospect of a withdrawal from Gaza without the eradication of Hamas is inconsistent with any idea of preserving Israeli security.

It’s also inconsistent with Trump’s vision for Gaza’s future, which, whether or not the idea of the coastal enclave being turned into a resort is possible, relies on Hamas being destroyed. That would be true of even far less grandiose schemes. No progress toward peace of any sort is imaginable until the end of the terrorist organization is secured.

That’s something that Trump—and his foreign-policy team—have periodically shown signs of understanding despite promoting ceasefire agreements with the terrorists. It is to be hoped that Trump is prepared to assure Netanyahu that Israel will be free to resume the war against Hamas if its demands for their surrender of Gaza are not met by the time the proposed 60-day halt in the war is concluded. If so, Netanyahu will likely go along with it.

However, if Trump’s appetite for putative peace deals is great enough for him to buy into the idea that there is no point in continuing the fight against Hamas, then Netanyahu will eventually be forced to make a difficult choice.

The president has reason to think Israel owes him a lot for what he has done. But that gratitude cannot take the form of agreeing to measures that are not merely antithetical to its security but the realities of its post-Oct. 7 existence. Netanyahu is loath to say “no” to Trump. Doing so could spoil an essential relationship with an irreplaceable ally, further isolate the Jewish state abroad and put him in a difficult political position at home. No one in Israel wants to find out how Trump, despite his consistent support for Israel, will react to being thwarted when he thinks a deal is on the table.

Friends of Israel have to hope it never comes to that.

Hamas may prove again to be too wedded to its insane dreams of annihilating Israel to agree to the sort of deal Trump might propose. And the president may, despite the expectations of so many of his Jewish detractors and the noises coming from him and the White House about wanting the war to end now, be too sensible ever to go along with something that will let Hamas survive. But if not, it will be up to Netanyahu to hold his ground, however difficult that might be.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Key US Lawmaker Warns Ireland of Potential Economic Consequences for ‘Antisemitic Path’ Against Israel

Key US Lawmaker Warns Ireland of Potential Economic Consequences for ‘Antisemitic Path’ Against Israel

Corey Walker


US Sen. James Risch (R-ID) speaks during a Senate Foreign Relations Committee hearing, Washington, DC, May 21, 2024. Photo: Graeme Sloan/Sipa USA via Reuters Connect

Senate Foreign Relations Committee Chairman James Risch (R-ID) issued a sharp warning Tuesday, accusing Ireland of embracing antisemitism and threatening potential economic consequences if the Irish government proceeds with new legislation targeting Israeli trade.

“Ireland, while often a valuable U.S. partner, is on a hateful, antisemitic path that will only lead to self-inflicted economic suffering,” Risch wrote in a post on X. “If this legislation is implemented, America will have to seriously reconsider its deep and ongoing economic ties. We will always stand up to blatant antisemitism.”

Marking a striking escalation in rhetoric from a senior US lawmaker, Risch’s comments came amid growing tensions between Ireland and Israel, which have intensified dramatically since the Hamas-led attacks on southern Israel on October 7, 2023. Those attacks, in which roughly 1,200 Israelis were killed and more than 200 taken hostage, prompted a months-long Israeli military campaign in Gaza that has drawn widespread international scrutiny. Ireland has positioned itself as one of the most vocal critics of Israel’s response, accusing the Israeli government of disproportionate use of force and calling for immediate humanitarian relief and accountability for the elevated number of Palestinian civilian casualties.

Dublin’s stance has included tangible policy shifts. In May 2024, Ireland formally recognized a Palestinian state, becoming one of the first European Union members to do so following the outbreak of the war in Gaza. The move was condemned by Israeli officials, who recalled their ambassador to Ireland and accused the Irish government of legitimizing terrorism. Since then, Irish lawmakers have proposed further measures, including legislation aimed at restricting imports from Israeli settlements in the West Bank, policies viewed in Israel and among many American lawmakers as aligning with the controversial Boycott, Divestment, and Sanctions (BDS) movement.

While Irish leaders have defended their approach as grounded in international law and human rights, critics in Washington, including Risch, have portrayed it as part of a broader pattern of hostility toward Israel. Some US lawmakers have begun raising the possibility of reevaluating trade and diplomatic ties with Ireland in response.

Risch’s warning is one of the clearest indications yet that Ireland’s policies toward Israel could carry economic consequences. The United States is one of Ireland’s largest trading partners, and American companies such as Apple, Google, Meta and Pfizer maintain substantial operations in the country, drawn by Ireland’s favorable tax regime and access to the EU market.

Though the Trump administration has not echoed Risch’s warning, the remarks reflect growing unease in Washington about the trajectory of Ireland’s foreign policy. The State Department has maintained a careful balancing act, expressing strong support for Israel’s security while calling for increased humanitarian access in Gaza. Officials have stopped short of condemning Ireland’s actions directly but have expressed concern about efforts they see as isolating Israel on the international stage.

Ireland’s stance is emblematic of a growing international divide over the war. While the US continues to provide military and diplomatic backing to Israel, many European countries have called for an immediate ceasefire and investigations into alleged war crimes.

Irish public opinion has long leaned pro-Palestinian, and Irish lawmakers have repeatedly voiced concern over the scale of destruction in Gaza and the dire humanitarian situation.

Irish officials have not yet responded to The Algemeiner’s request for comment.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pamiętnik znaleziony w starym łbie II

Pamiętnik znaleziony w starym łbie II

Andrzej Koraszewski


Wojna sześciodniowa na Bliskim Wschodzie spowodowała długotrwałe turbulencje w Europie Wschodniej.
.
Zamieszkaliśmy w mieszkaniu cioci Mani na Pięknej. Pokój, kuchnia, łazienka i my we dwoje. Ciocia Mania to osobny rozdział.
.
Małgorzata nie darzyła jej sympatią. Żydo-komuna w całej krasie. Powojenne życie spędziła w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Komunistką była przed wojną (światową), podczas wojny była w ZSRR, gdzie towarzysz Stalin uleczył ją z komunizmu. Małgorzata nie chciała się nawet interesować, dlaczego polazła do bezpieki, a Anna tylko się krzywiła. Tak czy inaczej, ciocia Mania wzięła przedwczesną emeryturę i pojechała turystycznie do Izraela. Małgorzata miała opiekować się mieszkaniem, więc przynajmniej chwilowo objęliśmy mienie pobezpieczniackie.

Ciocia Mania szczęśliwie zniknęła z horyzontu, a my w jej mieszkaniu nadrabialiśmy bezsensownie stracone pięć lat obcowania. Tymczasem wokół nas szalała burza. Przełożony Mani, generał Mieczysław Moczar, parł do przejęcia sterów w Partii. Moczar był ministrem MSW i filarem „frakcji partyzantów”, czyli partyjnego betonu. Wykorzystując narzucony przez Moskwę antysyjonizm, nasilił wojnę z partyjnymi „liberałami”. Nas bezpośrednio ta wojna na górze w żaden sposób nie dotykała. Do rodziców mieszkających w Poznaniu nie jeździłem — nazbyt zajęty Małgorzatą i ciągle nową pracą.

Dopiero później dowiedziałem się, że moczarowcy prowadzili akcję pozyskiwania byłych oficerów Armii Krajowej i ojciec dostał niezwykle uprzejme zaproszenie do ZBoWiD. Miły pan roztoczył uroki bycia członkiem, państwowego uznania odznaczeń z czasów wojny i okupacji oraz wynikających z tego tytułu profitów materialnych. Ojciec wysłuchał w milczeniu tych zalotów, pokiwał głową i powiedział: – „Ciekawe.” Znałem to jego „ciekawe”, nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Jak potem relacjonowała moja matka, która obawiała się konsekwencji jego spokojnego wybuchu, zapytał, czy proponują mu stowarzyszenie się z ludźmi, którzy mordowali jego kolegów, którzy nękali go przez lata przesłuchiwaniami, którzy skazali akowców na poniewierkę. „Pięknie panu dziękuję za tak urocze zaproszenie i proszę panu ministrowi przekazać, że może pocałować mnie w dupę.” Nie wątpiłem, że relacja była wierna, bo on właśnie taki był — i to nie był pierwszy raz. Za każdym razem obiecywał matce, że się poprawi, ale to był beznadziejny przypadek.

Atmosfera w kraju była duszna, ale jeszcze nie straszna. Pierwsze ucieczki Żydów z kraju były ledwie zauważalne. Środowisko Małgorzaty patrzyło na mnie trochę podejrzliwie, bo partyjny, ale powoli zaczynali mnie akceptować. Wcześniej nie było mnie widać, bo praca i piekło w domu nie pozostawiały wiele miejsca na udział ani w towarzyskich, ani w publicznych spotkaniach. Teraz przez nasze mieszkanie na Pięknej przewalał się tłum ludzi.

Matka, której musiałem się meldować raz w tygodniu telefonicznie, ogromnie się cieszyła z tej zmiany w moim życiu i kazała sobie opowiadać o Małgorzacie. Opowiadałem niemal wszystko, włącznie z jej dramatyczną krótkowzrocznością od dzieciństwa. Ojciec był wicedyrektorem poznańskiej Fotooptyki. Zadzwonił dzień później i powiedział, że mamy przyjechać na dwa dni do Poznania. Odpowiedziałem, że nie mam szans na żaden urlop.
– Mój optyk musi zbadać jej wzrok.
– Po co, Małgorzata ma dobre okulary, nie ma problemów z czytaniem, w ogóle nie ma z wzrokiem problemów, poza tym, że jak jesteśmy w łóżku i jest bez okularów, to podobno mam trochę zamazaną twarz, ale mówi, że jej to nie przeszkadza.

Kątem oka zauważyłem, że Małgorzata przygląda mi się z dziwnym wyrazem twarzy.

To był okres, kiedy szkła kontaktowe były nowością. Na Zachodzie to był już solidny przemysł, w demoludach produkcję uruchomili tylko Czesi. Ojciec chciał ruszyć sprzedaż w Fotooptyce. Był w Pradze, potem wysłał dwóch optyków na szkolenie, dostał pierwszy transport tego towaru i powiedział, że Małgorzata ma przyjechać, bo on musi sprawdzić, czy jej to nie ułatwi życia. Powiedziałem, że porozmawiam z nią i zadzwonię później.

Kiedy opowiedziałem całą rozmowę, stwierdziła, że za żadne skarby nie pojedzie na spotkanie z moimi rodzicami beze mnie.
– Z nim nie wygrasz, on jest gorszy ode mnie.
– Mówiłeś im, że jestem Żydówką?
– A co to ma za znaczenie? Ja bym ich takim oznajmieniem albo przeraził, albo wystraszył. Przeraziliby się na myśl, że mogę ich podejrzewać o jakieś zastrzeżenia, a wystraszyliby się, że ja mogę nie być do końca pewien, że to bez znaczenia.

Rozmawialiśmy jeszcze przez dłuższą chwilę. Była przerażona, jakby się znowu szykowała jakaś wojna sześciodniowa, ale w końcu dała się przekonać. Dwa dni później spakowała torbę i wsiadła do pociągu do Poznania.

Kiedy wróciła, jeszcze na dworcu powiedziała, że najgorsze było zapukanie do drzwi i czekanie, aż ktoś otworzy. „Otworzyła twoja matka, złapała mnie, przytuliła, a potem odsunęła, żeby zobaczyć, co przytula.”
– No ale masz okulary, a nie szkła kontaktowe.
– Nie, bo nie było właściwych. Zbyszek powiedział, że sprowadzą i że mamy wtedy przyjechać oboje.
– Zbyszek?
– No tak, od razu kazali mi do siebie mówić po imieniu.
– I nie boisz się kolejnej wizyty?

Pokazała mi język i poszliśmy w kierunku przystanku tramwajowego.


 

Między marcem, będącym początkiem naszej miłości, a marcem ’68 zdarzyło się strasznie dużo. Wybuchła moja serdeczna przyjaźń z Natkiem Tenenbaumem, którego Małgorzata znała od dzieciństwa, Małgorzata zaszła w ciążę i zdecydowała się na aborcję, informując mnie, że nie zamierza mieć nigdy dzieci, bo ten świat nie nadaje się do sprowadzania nowego życia. (Po raz pierwszy zostawiłem swoje myśli dla siebie.) Byliśmy dwa razy w Poznaniu, atmosfera w kraju gęstniała z dnia na dzień.

Wreszcie Dejmek wystawił „Dziady” i zaczęła się draka. Nie byliśmy na tym ostatnim przedstawieniu, Natek był — i kiedy ich rozpędzali po przedstawieniu, milicjant złapał go za rękę i został z protezą w łapie. Zwrócił protezę, nawet przeprosił.

„Dziady” i Żydy

Publiczność na „Dziadach” była demonstracyjnie antyradziecka, a złość naszej zjednoczonej awangardy proletariatu obróciła się przeciwko Żydom. Nie da się ukryć — warszawska opozycja była strasznie zażydzona. Moskwa była rozsierdzona po zezłomowaniu jej samolotów i czołgów przez Izraelczyków, a tu jakieś Michniki, Szlajfery i Dajczgewandy wzbudzają w aryjskich studentach niechętny stosunek do ojczyzny proletariatu. Jacek Kuroń już wcześniej jakieś listy pisał z tym Zygmuntem Modzelewskim, krytykując naszą socjalistyczną ojczyznę, a osobliwie partyjne naczalstwo, za odejście od ideałów. (W 1965 dostałem drugą naganę partyjną za propozycję publikacji ich listu, argumentując, że list jest tak kretyński, że ludzie powinni to zobaczyć).

W skupionej wokół Kuronia grupie było kilku naszych znajomych, więc w świątek i piątek Janek Lityński referował nam o ich dyskusjach. My byliśmy już poza uniwersytetem, 8 marca 1968 o tym, co się dzieje, dowiedzieliśmy się z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Przyszły dni pełne napięcia i niepewności. Któregoś dnia idziemy z Natkiem Nowym Światem, mój przyjaciel dziwny jakiś, coś stęka, nie bardzo rozumiem, wreszcie do mnie dociera, że on mi mówi, że mnie zrozumie, jeśli się teraz od niego odsunę. Wbiło mnie w chodnik i czuję, jak się we mnie wszystko gotuje. Wycedziłem przez zęby: „Czy ty chcesz dostać w mordę?” Natek zrobił minę niewiniątka i powiedział z rozbrajającym uśmiechem, że nie.

Ubawiła nas scenka spod Politechniki — nie pamiętam już, kto opowiadał — jak z rynku na Polnej wyszła przekupka, a tuż koło niej milicjant okłada pałką studentkę. Pani przekupka rzuciła trzymane w rękach siatki na ziemię, podbiegła, zaczęła na milicjanta pluć i wrzeszczeć: „Ty bandyto, ty Gestapowcu, ty Żydzie”. Znacznie później o podobnych zbitkach opowiadał Janek Lityński, którego zwinięto do więzienia, gdzie znalazł się w celi z mordercą. Morderca był ogólnie sympatyczny, ale trochę nerwowy, więc jak mu coś nie pasowało, to strażnikom od Żydów wymyślał. Janek wyjaśniał mu cierpliwie, że to on jest Żydem, a strażnik to prawdziwy Polak. Morderca nie dał się przekonać i poinformował Janka, że nic nie rozumie. Nie wiem, czy dokładnie powtarzam, ale wywód mordercy brzmiał tak: „Bo widzisz, może ty jesteś Żyd, ale ty jesteś porządny człowiek, a ten sukinsyn, może nie jest Żyd, ale to taki Żyd jak…” — i cała reszta wywodu była po łacinie.

Ja w końcu marca, a może już w kwietniu, złożyłem podanie o łaskawe skreślenie mnie z listy członków Partii, motywując moją uprzejmą prośbę niechętnym stosunkiem do prześladowania moich profesorów (z Kołakowskim na czele) przez awangardę proletariatu. Prezes Agencji Robotniczej wezwał mnie do siebie i, apelując do sumienia i rozsądku, poprosił, żebym wycofał moje podanie. Przekonywał, że czasem trzeba położyć uszy po sobie i przeczekać. Powiedziałem, że to ciekawa koncepcja, ale raczej na wycofanie tego podania się nie zdecyduję. Dni mijały, były jeszcze dwa podejścia ze strony osób zbliżonych do kierownictwa Agencji, wreszcie, chyba po miesiącu, zaproszono mnie na zebranie partyjne, na którym zostałem oficjalnie wyrzucony z Partii i zwolniony z pracy. Poczułem ulgę i zacząłem się poważnie martwić, bo oszczędności mieliśmy na jakieś dwa tygodnie, a Małgorzaty pensja była połową mojej. Wydawnictwo, w którym leżała moja gotowa książka, zerwało umowę, a ponieważ było to omówienie badań, które robiłem z kolegą i książka miała mieć dwóch autorów, więc zgodzili się na usunięcie tylko mojego nazwiska, a kolega podzielił się uczciwie skromnym honorarium.

Przez kilka miesięcy było goło, ale wesoło. Jedliśmy skromnie, trochę dokarmiała nas Anna. Nikt się nie skarżył. Życie tętniło spotkaniami, dyskusjami i pieśniami. Nasi sąsiedzi na Pięknej to byli na ogół podwładni Moczara, ale u nas po winie nikt głosu nie ściszał. Natek czasami testował swoje nowe teksty u nas. Pamiętam, jak kiedyś wieczorową porą zaintonował swoją nową pieśń:

Kłócą się w Kłaju, kłócą w Warszawie
Kłócą od Bugu do Nysy —
Kto dziś największy w Polsce szubrawiec?
Kto dziś największy skurwysyn?
…hej, skurwysyn…

Wszak pretendentów liczne jest grono
A zasłużyli się wszyscy
By rzecz rozstrzygnąć, postanowiono
Zorganizować plebiscyt
…hej, plebiscyt…

Idą kanalie, walą kołtuny —
w równy stawiają się szereg
Kwiat najprzedniejszy “endokomuny”:
Kępa, Strzelecki i Gierek
…hej i Gierek.

Cóż to za mendy, bodaj ich grypa
Czemu pod flek biorą słabych?
To żurnalistów liczna ekipa;
Rej wiodą Gontarz i Hrabyk
…stary Hrabyk.

Każdy dziś gieroj, każdy się przyda
Wstępniak na jutro wysmażą
Ten pisze donos; ów kopie Żyda,
Tamten wymyśla pisarzom
…bo tak każą.

A skąd się tutaj wziął ten “literat”?
Niech was to nadto nie zdziwi,
To pan minister-pisarz-generał,
wczoraj partyzant, dziś — cywil
…dzisiaj — cywil.

Twarz ma “aryjską”, cały napletek
— Można nie patrzeć do spodni;
Ten ci jest Moczar, ten ci jest Mietek,
Ten jest skurwysyn przewodni
…hej, przewodni.

Z nim Witaszewski, rycerz “gazrury”
Raz jeszcze pragnie pójść w tango
Obok pan poseł Jeleniej Góry —
Bolo Piasecki z Falangą
…hej z Falangą.

Cóż to za postać, jakaż sapiencja
Cóż to za skurwiel, czy wie kto?
Przecież to Jego Magnificencja
Zygmunt Rybicki, prorektor
…hej, prorektor.

Wtem dziad się jakiś podnosi z krzesła
Ramol i prawie łysy
Wszyscy powstali, skandują: WIESŁAW! WIESŁAW! WIESŁAW!!!
Ten jest największy skurwysyn
…hej skurwysyn!

Następnego dnia sąsiad, dobry znajomy cioci Mani, zapukał do drzwi i zapytał, czy może wejść. Małgorzata zaprosiła go do kuchni, a pan Felek, nieco skrępowany, mówi, że ściany cienkie, że jak my sobie tu śpiewamy, to nie tylko on wszystko słyszy, ale i inni mogą coś usłyszeć i może nie być dobrze, bo należy pamiętać.

Małgorzata zapewniła, że będziemy śpiewać ciszej. On chyba chciał, żebyśmy w ogóle nie śpiewali, co nie wchodziło w rachubę. (Mój ojciec nazywał to „opozycją biesiadną” i po latach mam wrażenie, że była to dość precyzyjna definicja.)

Kuroń i wielu innych wylądowało w więzieniu. Wanda, nasza koleżanka ze studiów, bliska przyjaciółka Małgorzaty, a teraz również moja, mieszkała po sąsiedzku z Kuroniami. Kiedyś poszliśmy tam na małe przyjęcie, siedzimy, gadamy. Na mieście krążyły plotki, że Kuroń w więzieniu namawia współwięźniów na komunizm, więc mówię, że idiota — i natychmiast dostaję kopniaka pod stołem. Siedząca naprzeciwko mnie dziewczyna z fascynującą twarzą pyta z łagodnym uśmiechem, dlaczego tak sądzę. Mówię, że przez kilka lat pracowałem w Zarządzie Głównym Związku Zawodowego Metalowców, że robiłem badania w dziesiątkach fabryk, że wśród tych robotników, których zaufanie udało mi się pozyskać, nie spotkałem ani jednego, który miałby cień szacunku dla komunizmu — czy to tego praktycznego, którego doświadczaliśmy, czy teoretycznego — że wątpię, żeby w więzieniu spotkał wdzięcznych słuchaczy, a niektórzy mogą być bardzo niewdzięczni. Kolejny kopniak informował, że coś jest bardzo niedobrze. Nie pamiętam szczegółów, ale Wanda jakimś desperackim wyczynem zmieniła temat. Po wyjściu Małgorzata zapytała z pewnym wyrzutem: „Czy wiesz, kogo przekonywałeś, że Kuroń jest idiotą? To była Grażyna Kuroń.”

Grażyna wybaczyła mi, a ja ją uwielbiałem, ale zdania o komunizmie nie zmieniłem i z samym Jackiem ścięliśmy się kilka razy.

***

Te wszystkie aresztowania wystraszyły Małgorzatę i pewnego dnia oznajmiła stanowczo: „Bierzemy ślub”. Pierścionek kupiłem jej już dawno, rozwód z Krystyną też miałem załatwiony, ale o ślubie nie mówiliśmy, bo jakoś ten papierek nie był dla nas ważny. Ucieszony i rozbawiony pytam dlaczego. Okazało się, że moja praktyczna dziewczyna przeraziła się perspektywą, że ja siedzę w więzieniu, a ona nie może mi nawet paczek przynosić. Logiczne. Poszliśmy do urzędu cywilnego zamówić zabieg formalizacji związku.

Któregoś dnia rozmawiam z moją matką przez telefon, a matka mówi, że Małgorzata chciałaby mieć ślub kościelny. Trochę zirytowany pytam matkę, czy to ona Małgorzatę do tego namówiła. Moja matka, która od 1942 roku do kościoła nie chodziła po awanturze z księdzem z powodu aborcji, była po swojemu wierząca, ale nigdy ani mnie, ani mojej siostry do kościoła nie zachęcała. Słyszę w telefonie, że matka trochę się śmieje. Wreszcie mówi:

– Słuchaj, ty nie rozumiesz kobiet, jej się biała sukienka podoba. Ja jej mówiłam, że z tobą nie wygra, ale prosiła, żebym spróbowała.

No to tłumaczę:
– Pamiętasz, co mi od dziecka powtarzałaś? Kłamstwo to wielka sztuka, to trzeba umieć, a ty jesteś patałach, po tobie natychmiast widać, że próbujesz kłamać. I co, chcecie, żebym poszedł do kościoła i kłamał? Przecież ksiądz natychmiast zobaczy, że kłamię i podniesie na mnie głos, a ty wiesz, co się dzieje, jak ktoś próbuje do mnie mówić podniesionym głosem.

– Wiem, jesteś taki sam jak twój ojciec, z tej samej litewskiej gliny. Spróbuję to Małgorzacie jakoś wytłumaczyć.

Nie mówiłem Małgorzacie o tej rozmowie, ale dwa dni później powiedziała przy kolacji:
– Miałeś rację.
Spojrzałem na nią pytająco.
– No z tym ślubem kościelnym. Głupi pomysł, nie pomyślałam o tym, że wiąże się z kłamstwem.

Chyba przy tej samej kolacji rozmowa znowu zeszła na Żydów, a dokładniej – rozmawialiśmy o tym, dlaczego właściwie komunizm był tak atrakcyjny dla Żydów. Góra pięknych słów i obietnica braterstwa. Piliśmy herbatę, zamyśliłem się i powiedziałem, że Żyd jest człowiekiem dwugarbnym. Małgorzata zażądała wyjaśnienia, więc powiedziałem, że każdy człowiek chodzi z garbem kultury, w której wyrósł. Żyd ma dwa garby i często ma ochotę pozbyć się tego drugiego garbu, a to kończy się okaleczeniem, nierzadko powiązanym z łajdactwem.

Małgorzata często podczas dyskusji przy stole podpierała głowę z widelcem w garści. (Do końca jej życia zawsze mnie to bawiło i rozczulało). Siedziała z widelcem sterczącym od policzka w kierunku okna i powiedziała:
– To chyba trafna definicja, ale bądź tak dobry i niech ona zostanie tylko między nami.

Często odwiedzaliśmy Tenenbaumów. Natka – zawsze było wszędzie pełno, a Kama była uwięziona w domu z powodu dziecka. Drobna, z twarzą budzącą natychmiast bezgraniczne zaufanie, podobnie jak Małgorzata emocjonalnie oszczędna. Miała piękny, dziewczęcy głos, i kiedy śpiewała w duecie z Natkiem, to było coś niesamowitego. Kiedyś byliśmy tylko we czwórkę w ich mieszkaniu i zaśpiewali tylko dla nas:

Zaśpiewajmy pieśń ponurą,
umbara, umbara, umbara
Zaśpiewajmy pieśń ponurą,
umbara, umbara, umbara
W dupie mamy politbiuro,
oj Karmela, oj Karmela
Różne gierki, różne kruczki,
umbara, umbara, umbara
Różne gierki, różne kruczki,
umbara, umbara, umbara
I aparat wojewódzki,
oj Karmela, oj Karmela
W dupie mamy Partię całą,
umbara, umbara, umbara
W dupie mamy Partię całą,
umbara, umbara, umbara
Wraz z przewodniczącym – Mao,
oj Karmela, oj Karmela

Cytuję z pamięci, bo nie widzę tego w sieci. Słyszę ich głosy, widzę twarz Kamy.


W sierpniu 1968 Związek Radziecki z pomocą armii polskiej i armii NRD napadł na Czechosłowację, a my wzięliśmy ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego na Nowym Świecie. Nadal bezskutecznie szukałem jakiejś pracy. Coraz częściej żegnaliśmy przyjaciół na Dworcu Gdańskim — pewnego dnia pożegnaliśmy Tenenbaumów. Wyjechali do Szwecji. Czasem rozmawialiśmy o możliwości wyjazdu, ale żadne z nas nie miało na to ochoty. Małgorzata robiła swój doktorat, zgłosiłem się na egzamin na studia doktoranckie. Wesołowski objął katedrę po Baumanie, a Maria Hirszowicz, u której pisałem magisterkę, już wyjechała. Zgłosiłem temat: „Ewolucja związków zawodowych i rad robotniczych w krajach socjalistycznych od Lenina do Tito”. Wesołowski zadał mi kilka pytań, po kilku dniach otrzymałem informację, że egzamin zdałem, ale uniwersytet nie dysponuje specjalistą, który mógłby poprowadzić mój doktorat. Młodzi ludzie mogą nie wiedzieć, że koncepcja samodzielności gospodarczej przedsiębiorstw i silnych Rad Robotniczych była ideą stopniowej ucieczki od centralnego planowania, maskowaną leninowską ideą „kraju rad”. Dla rewizjonistów myślących o ekonomii był to pomysł na ostrożne przechodzenie od komunizmu do socjalizmu. Pomysł był zacny, ale bez szans.

Któregoś dnia dostałem zaproszenie do Pałacu Mostowskich. W pokoju, do którego miałem się zgłosić, przywitał mnie mężczyzna w średnim wieku, który przedstawił się jako kapitan Jakiśtam. Był niezmiernie uprzejmy. Zapytał mnie, jakie mamy plany. Odpowiedziałem, że różne, wiele zależy od wiatrów. Pan kapitan poczęstował mnie papierosem — skłamałem, że nie palę. Wyjął z paczki papierosa, ale go nie zapalił.
— Państwo jesteście małżeństwem mieszanym — powiedział głosem, który mógłby wskazywać, że to pytanie.
— Tak, damsko-męskim. A dlaczego pan pyta?
Kapitan wyjaśnił, że nie to miał na myśli, a ja żałowałem, że nie mam widelca, bo fajnie by się go obserwowało z widelcem sterczącym w sufit.
— Czy rozważaliście państwo wyjazd? — zapytał po chwili.
Powiedziałem, że byliśmy niedawno na Mazurach.
— Czyli nie planujecie państwo wyjazdu z kraju?
— Chwilowo nie.
Więcej pytań nie miał, co mnie ucieszyło, bo bardzo mi się chciało palić.


Zaglądałem czasem na uniwersytet. Któregoś dnia kolega powiedział mi, że rozmawiał na mój temat z Janem Strzeleckim. Strzelecki był legendą — socjolog, partyjny rewizjonista, z bohaterską kartą z czasów wojny, socjaldemokrata, jakich wtedy było niewielu, a dziś chyba nie ma wcale. Jego Próby świadectwa objechały ze mną pół świata i zawsze mam je blisko pod ręką. Znałem go tylko z widzenia. Kolega zaprowadził mnie do niego. Strzelecki przywitał się, powiedział, że zna mój problem i że być może jego przyjaciel, który jest dyrektorem Fabryki Wyrobów Gumowych w Piastowie, może mi pomóc — że już z nim rozmawiał. Dał mi kartkę z numerem telefonu i na tym mój kontakt z człowiekiem, którego bezgranicznie podziwiałem, się skończył.

Następnego dnia zadzwoniłem. Powiedziałem sekretarce, że dyrektor Szawłowski czeka na mój telefon. Przełączyła. Kiedy powiedziałem, że dzwonię z polecenia doktora Strzeleckiego, Szawłowski powiedział, że wie, o co chodzi, i kazał przyjechać następnego dnia o pierwszej dwadzieścia.

Następnego dnia zostałem przyjęty do pracy w charakterze socjologa, z wynagrodzeniem skromnym, ale w naszej sytuacji zbawiennym. Kiedy zapytałem o obowiązki, dyrektor Szawłowski odpowiedział drwiąco:
— Kiedy zapytają mnie, jak tam u was, towarzyszu, ze stosunkami międzyludzkimi w zakładzie, odpowiem, że mam socjologa. Resztę proszę sobie wymyślić.
— A komu mam zdawać sprawę z tego, co robię?
— W zasadzie mnie, ale nie za często, bo mam dużo roboty. W sprawach praktycznych proszę się kontaktować z kadrowym.

Wziął słuchawkę, zadzwonił i wydał polecenie:
— Przyjdzie do was nowo zatrudniony socjolog, załatwcie wszystkie formalności, trzeba wydać kartę zegarową, zorganizować stanowisko pracy.

Stanowisko pracy dostałem przy zakładowej straży pożarnej. Wygospodarowali pokoik dwa metry na dwa. Miałem stół, krzesło i mały regał. Niewielkie okno było zakratowane, więc sprawiało to wrażenie celi. Pierwszego dnia usiadłem przy stole i zadałem sobie pytanie: kto może wiedzieć, co ma robić fabryczny socjolog? Nie znałem żadnego fabrycznego socjologa, nie znałem literatury o fabrycznej socjologii. Pomyślałem: „Pal diabli socjologię, trzeba obejrzeć fabrykę, bo takiej jeszcze nie widziałem.”

Zajrzałem do sąsiedniego pokoju, gdzie siedział komendant zakładowej straży pożarnej i palił. Powiedziałem, że jestem świeżo zatrudnionym socjologiem i chciałbym obejrzeć fabrykę — czy wie, kto mógłby mnie oprowadzić? Komendant zgasił papierosa, zajrzał do sąsiedniego pokoju i krzyknął, że wychodzi na godzinę.

Łaziliśmy wolno po fabryce, pytałem, co oni tu produkują, próbowałem zapamiętać rozkład poszczególnych wydziałów, ale najważniejsza była rozmowa z pierwszym prawdziwym człowiekiem, więc zapytałem, jak dawno tu pracuje, czy lubi, jak często zdarzają się pożary i jaki mają charakter, czy mieszka w Piastowie, co robi żona i czy mają dzieci. Stara sztuczka socjologa, który próbuje przełamać lody.

O pracy straży pożarnej powiedział, że to głównie prewencja.
— O iskrę łatwo, byle zwarcie i już. Iskra zgaśnie i po krzyku, ale jak padnie na łatwopalne, to może spalić halę albo i więcej. A wie pan, ludzie są bezmyślni. Położy coś koło maszyny, rozleje jakiś płyn i nieszczęście gotowe. Więc strażak to tu głównie potrzebny, żeby ludzi opierdalać.

Gadaliśmy sobie o tym i o tamtym, a na końcu zapytał:
— A wcześniej gdzie pan pracował?
Powiedziałem, że w prasie, ale wyrzucili mnie za pyskowanie.
Kiwnął głową i powiedział, że tu też trzeba uważać, z kim się rozmawia. Powiedziałem, że będę miał dużo kontaktów z kadrowym.
— A, pan Zbyszek. Niby miły człowiek…
Zauważyłem to „niby”, chociaż on się specjalnie nie starał, żeby było wyraźne.

Pierwszy ogląd fabryki miałem za sobą. Wróciliśmy do naszych stanowisk pracy. Podziękowałem, komendant uścisnął mi rękę i powiedział:
— Zaglądaj pan czasem, miło pogadać.



Rozmawialiśmy teraz z Małgorzatą o tym, co może sensownego robić socjolog w komunistycznej fabryce, która ma wykonać plan. W kapitalistycznej wiadomo — fabryka ma zarabiać, a wydajność rośnie, kiedy ludzie lubią przychodzić do pracy, kiedy dobrze się czują w swoim zespole, kiedy wiedzą, że są szanowani. Departament kadr kombinuje, jak wydobyć i wykorzystać ludzkie talenty. Jedni potrafią to robić, inni nie, ale socjolog faktycznie może się przydać.

Pracę magisterską pisałem, badając funkcjonowanie małych zespołów. Pracując w związkach zawodowych — i to w centrali — miałem i środki na badania, i dostęp do wszystkich fabryk przemysłu metalowego w Polsce. Ja tamtą pracę też dostałem po znajomości (w komunizmie wszystko było po znajomości albo wcale). Moim szefem był Janusz Helman, ekonomista, były stalinowiec, były attaché handlowy w konsulacie w Nowym Jorku, były agent wywiadu z zakazem wjazdu do USA, odpowiedzialny za porwanie z Ameryki polskiego emigranta. Człowieka porwano na MS „Batory”. Janusz został wydalony z USA, a po tej historii „Batory” miał zakaz zawijania do amerykańskich portów przez dziesięciolecia.

Janusz, kiedy go poznałem przez znajomą, był nawrócony. Też Żyd, jakby kto pytał, teraz partyjny rewizjonista, który założył w Zarządzie Głównym Związku Zawodowego Metalowców Zakład Humanizacji Pracy.

Kiedy dołączyłem do tego zespołu, Janusz miał jednego pomocnika — starszego pana, który przywitał się ze mną oficjalnie i wrócił do swoich papierków. O jego historii dowiadywałem się powoli, w miarę jak topniało jego zamknięcie w sobie i nieufność, oraz w miarę jak wzrastała moja ciekawość jego spojrzenia na świat.

Roman Zuchowicz zaczynał swoje życie zawodowe jako metalowiec w Zakładach Południowych, które po wojnie zmieniły nazwę na Hutę Stalowa Wola. Był w PPS. Podczas wojny organizowali nie tyle związek zawodowy, co tajny system robotniczej samopomocy, a po wojnie — już w listopadzie 1944 roku — natychmiast zaczęli organizować związek zawodowy. Mówił, że jeszcze przed wojną próbowali zorganizować związek, ale nie było chętnych, bo ludzie bali się utraty pracy.

Roman przez krótki czas był przewodniczącym Związku Metalowców w Hucie Stalowa Wola. Utracił dość szybko swoją pozycję, bo PPR starała się eliminować ludzi z PPS, więc przez kolejne dziesięć lat pracował tylko jako robotnik. Dopiero 1956 rok skłonił go do ponownej aktywności. Nie był ani tak sławny jak Lechosław Goździk z FSO, ani tak groźny, więc w tych burzliwych czasach został wybrany na przewodniczącego Zarządu Głównego Związku Zawodowego Metalowców. I znów nie był nim długo — chyba przez rok — żeby resztę zawodowego życia spędzić przy biurku, na podrzędnych stanowiskach, z żalem do siebie, że nie starczyło mu zdecydowania, żeby wrócić do huty.

Roman nie mówił, że związki zawodowe w socjalizmie są oszustwem. Mówił, że w fabryce do pracy związkowej idą ludzie, którzy mają dwie lewe ręce, że dobry fachowiec nie daje się do tej roboty wybrać, że tego, co ludzie o tych związkowcach myślą, robotnicy socjologowi nie powiedzą, ale nawet teraz czasem można zrobić coś dobrego, chociaż tak naprawdę to już nie są związki zawodowe.

Uczył mnie cierpliwie, gdzie patrzeć, żeby dostrzec to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Opowiadał, jak inne są związki, kiedy się je buduje, i wtedy, kiedy stają się częścią systemu władzy — jak również o tym, jak wiele wniosły do historii, chociaż nikt już o tym nie chce pamiętać.

Chyba jednak dominowała gorycz, bo kiedyś, podczas podróży pociągiem gdzieś w okolicach Radomia, Roman pokazał widoczną za oknem linię elektroenergetyczną i powiedział, że zakładali tę linię zaraz po wojnie — i to jest to, co zostało, cała reszta była bez sensu.

A jednak Roman był związkowcem do szpiku kości i mógł o historii związków zawodowych opowiadać godzinami, chociaż robił to trochę językiem partyjnych broszur, na który miałem alergię. Był przekonany, że świetność związków zawodowych jest już minioną historią, ale słuchał z zainteresowaniem, kiedy ja — dla odmiany — mówiłem mu o Skandynawii. O której wtedy znałem jakieś opowieści z dziesiątej ręki, ale w sferach nadal wierzących, że socjalizm to dobra rzecz, tylko gdzieś daleko, skandynawska trzecia droga jaśniała jak jakaś drabina Jakubowa w tęczy po deszczu.

Moja praca magisterska traktowała o roli mistrza w zakładzie pracy. Zainteresowanie się rolą mistrza podrzucił mi ojciec, mówiąc, że dla dowódcy oddziału w armii najważniejszy jest dobór i jakość sierżantów. Dowódca nie ma stałego, bezpośredniego kontaktu z żołnierzami, więc jak masz marnych sierżantów, to nie masz dobrych żołnierzy. W fabryce jest dokładnie to samo — obejrzyj majstrów.

Tak więc metodologię moich badań omawiałem z ojcem i z Romanem, który teraz funkcjonował jako asystent studenta trzeciego roku socjologii, który zawalił dwa lata studiów. Porad socjologów słuchałem uprzejmie, ale bez zainteresowania. Janusz lubił mnie i cenił — zmieniał w szkicach publikacji kilka słów, dopisywał kilka zazwyczaj zbędnych zdań oraz swoje nazwisko. Mnie to nie przeszkadzało i w żaden sposób nie rzutowało na nasze relacje.

W Fabryce Wyrobów Gumowych moje wcześniejsze doświadczenie było przydatne, ale niewystarczające. Zastanawiałem się, co mam robić, żeby nie brać pieniędzy za udawanie pracy.
Poszedłem do kadrowego i zapytałem, czy można zrobić tak, żeby pracownicy rezygnujący z pracy i pracownicy nowo zatrudniani mieli również obowiązek kontaktu z socjologiem. Liczyłem na to, że od odchodzących uda mi się czasem wyciągnąć informację o wrednych majstrach i głupich kierownikach, a od przychodzących — o ich nadziejach innych niż tylko wypłata.

Najzabawniejsza była historia czterech inżynierów. Byli prosto po politechnice. Poszliśmy do stołówki, bo w moim gabinecie musielibyśmy rozmawiać na stojąco. Usiedliśmy przy stole i pytam, czy już obejrzeli całą fabrykę. Powiedzieli, że tak, ale trasy transportowe powinno się natychmiast przerobić.

Przeszliśmy na ty, oni pełni zapału, tłumaczą mi, że to, co jest, to rozplanowanie z czasów, kiedy robotnicy przewozili wszystko ręcznymi wózkami, że modernizacja hal nie powinna być kosztowna, że te trasy muszą być lepiej dostosowane do etapów produkcji.
Powiedziałem, że rozmawiają z kimś, kto się na tym zupełnie nie zna. Zróbcie szkic, a ja z tym pójdę do dyrektora.

Po dwóch dniach dostałem teczkę z planami. Idę do Szawłowskiego, pokazuję mu te plany, a Szawłowski mówi:
— Fajne chłopaki, szkoda ich, woda im się do uszu naleje i przestaną myśleć.
— To co, nie chce pan z nimi nawet porozmawiać?
Zajrzał do kalendarza. — Powiedz im, żeby przyszli jutro o dziewiątej. Spróbuję im przynajmniej powiedzieć coś miłego.


Rewolucja


Na początku stycznia 1969 roku, a może to było jeszcze w grudniu, Małgorzata nagle i niespodziewanie oznajmiła, że chce mieć nasze dziecko. Rozanielony wrzasnąłem, że się zrobi.
– Spokojnie – odpowiedziała moja emocjonalnie skąpa żona – najpierw muszę odstawić pigułki antykoncepcyjne, potem konsultacja z dobrym lekarzem, żeby się dowiedzieć, ile czasu trzeba odczekać, żeby uspokoiła się huśtawka hormonalna, a dopiero potem można zacząć próbować.

Biologia wygrała z filozofią, a mnie roznosiła radość. Małgorzata, jak raz zmieniła zdanie, porzuciła wszelkie zastrzeżenia i oboje nie mogliśmy się doczekać chwili, w której będzie się można kochać z nadzieją, że kolejnego okresu nie będzie.

Jej ciąża i narodziny Joanny odsunęły na bok zainteresowanie światem i polityką. Może nie całkiem – wiosną związki zawodowe w mojej fabryce zorganizowały dwutygodniową wycieczkę do ZSRR i poprosili mnie, żebym pojechał jako opiekun grupy w podróży na trasie Warszawa–Moskwa–Baku–Kijów–Warszawa. Trochę się wahałem, ale Małgorzata powiedziała: „Jedź”. Pojechałem.

Moja grupa nie była specjalnie interesująca, a obowiązki opiekuna niezbyt uciążliwe, ponieważ właściwym opiekunem był przydzielony z zewnątrz przewodnik, który miał wszystkie organizacyjne problemy w małym palcu (włącznie z poradami, co z Polski zabrać i jak upłynnić towar w Moskwie, oraz co warto w ojczyźnie proletariatu kupić, żeby po powrocie dobrze sprzedać). Mnie to nie interesowało, ale trochę zaniepokoiła mnie informacja o tym, czego nie wolno zabierać, „bo na granicy strasznie trzepią”. Przyjaciel prosił mnie, żebym zabrał coś dla jego przyjaciół w Moskwie, i to „coś” nie było tak całkiem niewinne.

Z tych dwóch tygodni w ZSRR pięć dni spędziliśmy w pociągach. Moja grupa skracała czas alkoholem, ja – rozmowami na korytarzu. Mieliśmy wtedy w Polsce kręćka na rosyjskie „zakazane piosenki”. Znałem ich sporo na pamięć i błyskawicznie okazało się, że wystarczyło wpleść w rozmowę kilka słów, i działało to jak hasło, na które natychmiast następował odzew: „Ty to znasz?”. Ciąg dalszy rozmowy zmieniał się radykalnie. Kiedyś długo i serdecznie rozmawiałem na korytarzu z przesympatyczną dziewczyną, a kiedy wróciła do swojego przedziału, jej koleżanka ostrzegawczo szepnęła mi do ucha: „Ona Jewrejka”.

W Moskwie urwałem się na całą noc do przyjaciół moich przyjaciół. Tłum młodych, cudownych ludzi, przegadaliśmy do świtu i płakać się chciało, że nie można dłużej.

Azerbejdżan, Baku – zupełnie nowa dla mnie architektura, my głównie na plaży, dwa epizody. Leżymy sobie na piasku, obok na kocach kilka dziewcząt, idzie grupa żuli i któryś pyta: „A wy, dziewuszki, otkuda?”. Pada odpowiedź: „Kołyma”. Chłopak zagrał na gitarze melodię, do której znałem słowa: „Bud’ prokljata ty, Kołyma”, dziewczyny wybuchły śmiechem.

Następnego dnia zagadałem do grupki dwóch dziewczyn i chłopaka. Chwila rozmowy o niczym, potem chłopak pochwalił się blizną na udzie. Powiedział, że w Czechosłowacji walczył z faszystami. Zapytałem, czy w to wierzył. Zaczął mnie zapewniać, że to z pewnością byli faszyści. Zacząłem opowiadać, czego chciał Dubczek – dziewczyny poszły się wykąpać. Rozmawialiśmy przez godzinę. Zakończył rozmowę pytaniem, na które nie miałem odpowiedzi: „Nu, czto, strielat’ siebia miał?”.


Joanna urodziła się w listopadzie. Nasz świat skurczył się gwałtownie do mieszkania na Pięknej i spacerów do pobliskiego parku w Łazienkach. Przez nasze mieszkanie nadal przewalał się tłum ludzi, ale nasz nowy świat miał tylko jedną jasną gwiazdę.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com