Archive | 2025/07/27

Żywioł akwatyczny

Dublin, ok. 1900, fot. J.J. Clarke / National Library of Ireland


Żywioł akwatyczny

Piotr Paziński


To właśnie Leopold Bloom, wewnętrznie poróżniony, niepewny i niestabilny – ani z niego Żyd, ani tradycyjny Irlandczyk, żaden wyznawca judaizmu, ale też nie rzymski katolik – jak nikt inny nadawał się na herosa irlandzkiego eposu


„Każdy podróżnik, który opowiada o własnych peregrynacjach – mówi Strabon w pierwszej księdze «Geografii» – jest blagierem i mitomanem”. Nie idzie o to, że jest po prostu kłamcą, w żadnym wypadku. W jego relacjach tkwi przecież ziarno prawdy, podróżnik rzeczywiście odwiedził dalekie kraje, widział to i owo, był tu i tam, przeżył niejedno, ale nie potrafi sobie odmówić przyjemności, jaką daje koloryzowanie, uzupełnianie przeżyć fikcją, a prawdy legendą. Tak postępował Odyseusz, awanturnik i niezrównany blagier, kiedy wykładał kolejnym ludziom dzieje swoich długich wędrówek (zręcznie je modyfikując, zależnie od słuchacza i chwili), tak również czynił człowiek, który go powołał do życia, a przynajmniej dla literatury. Homer, bo o nim mowa, grecki bard i największy z poetów. On to (znów podług Strabona) srebro nauki oblał złotem mitu, każąc Odysowi mówić „rzeczy do prawdy podobne” ku ukontentowaniu słuchaczy, ale też gwoli pożytku, jaki daje nauka odpowiednio przyprawiona zmyśleniem i pierwiastkiem fantastycznym. Taka nauka przemawia nie tylko do rozumu, ale do serca i wyobraźni, staje się bramą odkryć i nowych interpretacji. Homer wiedział to dobrze, a od niego dowiedzieli się jego uczniowie i uczniowie tych uczniów. Zapamiętali, że suchej nauce trzeba żywiołu opowieści, a sama opowieść (a nawet proces jej tworzenia) musi obrosnąć mitem.

Relacje podróżników i starożytne eposy obrastają w mity i cuda. Podobny bywa los powieści i ich interpretacji. Jak nie istnieją opowieści w stu procentach prawdziwe, jak niemożliwa jest poezja doskonale mimetyczna, tak samo nie ma wielkich dzieł literatury bez towarzyszącej im legendy, gdzie suchym biograficznym faktom towarzyszą rzeczy (i interpretacje) do prawdy podobne oraz moc zwyczajnej blagi. Składają się na tę osobliwą aurę, która sprawia, a przynajmniej powinna sprawiać, że tekst, na przykład tekst „Ulissesa”, jest wciąż czytany, studiowany, komentowany, odczytywany na nowo i na nowo przekładany – ze świadomością, że bez tego trafiłby na cmentarzysko nieczytanych książek, do rupieciarni tekstów umarłych i dawno przepadłych idei. Mit i legenda (ale nie zapominajmy o prawdzie) pomagają książce. Pozostaje dzięki nim żywa, jak żywe są przygody Odyseusza, utkane z prawdy, poezji i zmyślenia.

Quote icon

Tekst „Ulissesa” wciąż jest studiowany, komentowany, odczytywany na nowo i na nowo przekładany. Bez tego trafiłby na cmentarzysko

Czegóż nie napisano przez sto lat o „Ulissesie”! Czytano książkę Joyce’a (całkiem słusznie, bo już tytuł zachęca do tego) jako dublińską „Odyseję”, widziano w niej księgę życia i natury, parodię takowej księgi, sążnistą powieść społeczną i przeciwnie, kabalistyczny tekst-tkaninę. Jej rozpisane na osiemnaście epizodów wielkie cielsko mieściło w sobie całą jakoby ludzką wiedzę i historię, bywało biblioteką tekstów, zapisem wędrówek kilkorga everymanów po labiryncie hibernijskiej metropolii, pieśnią na cześć Irlandii i kroniką rozwoju angielszczyzny, laboratorium mitologii i stylów literackich, średniowiecznym traktatem filozoficznym, gdzie każdemu epizodowi przypisano kolor, dyscyplinę wiedzy i część ludzkiego ciała, i odwrotnie, rupieciarnią wszelkich mód, obsesji i dziwactw modernizmu. Do tego dodać wypada legendy towarzyszące powstawaniu powieści i jej recepcji. Najpierw emigracja młodego Jamesa Joyce’a z Irlandii, jego burzliwe życie na kocią łapę z Norą Barnacle, kilkuletnia harówka nad tekstem w latach I wojny światowej przetykana przeprowadzkami i podsumowana zgrabną notą, która sama przeszła do historii literatury: „Triest – Zurych – Paryż, 1914 – 1921”. Później szukanie wydawcy, awantury z zecerami we Francji i batalie z cenzurą w Ameryce, zarzuty o nieobyczajność, aura skandalu, pogróżki władz, szczelny krąg akolitów, którym mistrz objaśnił konstrukcję książki (sławna tabela Gilberta i Linatiego) i których wprowadził w gąszcz aluzji i kryptocytatów, oraz kłopoty ze „zwyczajnymi” czytelnikami odsyłającymi nieprzeczytane egzemplarze na paryski adres oficyny Shakespeare & Co. Moda na czytanie „Ulissesa” i moda na deklaracje, że się nie przeczytało, a każdy, kto twierdzi, że przeczytał, jest kłamcą.

Dodajmy do tego buńczuczne zapewnienia Joyce’a wypowiadanie z kamienną miną i z przymrużeniem oka, że „Ulisses” napakowany jest zagadkami, nad którymi legiony badaczy ślęczeć będą całe stulecia. I tak się stało: „Ulisses” doczekał się kilku już pokoleń badaczy, komentatorów, kapłanów i heretyków, jest przedmiotem studiów uniwersyteckich i niemałą atrakcją turystyczną w Dublinie, ma własne święto (16 czerwca), wydania w kilkudziesięciu językach oraz tysiące interpretacji i omówień. Jak pisał pół wieku temu Maciej Słomczyński, pierwszy tłumacz powieści na język polski, „Ulisses” jest „samotny, obcy wszystkiemu, co było przed nim, i przerażająco konsekwentny w zamiarze ośmieszenia i pogrzebania wszystkich książek, które przed nim napisano”. I nawet jeśli w tych słowach jest sporo przesady i egzaltacji tłumacza, który powieści poświęcił wiele lat życia (czy „Ulisses” rzeczywiście jest tak obcy literackim tradycjom i tak osobny, jak pragnęlibyśmy go widzieć?), to oddają one atmosferę, jaka od stu lat, chyba zasłużenie, towarzyszy dziełu Joyce’a na dobre i na złe. Piszący te słowa sam dostarczył czytelnikom dwie książki i kilka sążnistych tekstów o „Ulissesie”, więc to i owo ma na sumieniu. Bystre słowa ojca geografii o blagierstwie podróżników (czy wędrówka przez tekst nie jest również podróżą?) i jego uwagi o prawdzie, która w poezji przeplata się z mitem, bierze również do siebie, pisząc szkic do drugiego przekładu powieści na język polski.

A „Ulisses” trwa. Spod komentarzy i glosariuszy, spod uczonych doktoratów i turystycznych folderów wyłania się kolos samego tekstu, wciąż – choć minął wiek od jego publikacji i sto osiemnaście lat od dublińskiej włóczęgi Blooma i Dedalusa – nieodgadniony i nieogarniony niczym Ocean, który (u Strabona) opływa suchy ląd. Posłuchajcie!

Quote icon

Spod komentarzy i glosariuszy, spod uczonych doktoratów i turystycznych folderów wyłania się kolos samego tekstu, nieodgadniony i nieogarniony

***

Narracja „Ulissesa” nie przypadkiem rozpoczyna się nad morzem. Trudno ten fakt przeoczyć (kto z czytelników nie pamięta zgniłozielonych wód Zatoki Dublińskiej i pachnących morszczynem fal koloru smarków, obmywających brzegi wokół wieży Martello w pierwszym epizodzie, albo morskich okładek pierwszego wydania?), ale łatwo o nim zapomnieć w miarę zagłębiania się w powieść, bez reszty zaabsorbowaną miastem i miejskimi peregrynacjami bohaterów. Takiemu czytaniu sprzyja zresztą topografia Dublina. Jego śródmieście, a tam koncentruje się życie i toczy większa część akcji „Ulissesa”, położone jest w głębi lądu, na obu brzegach rzeki Liffey, matki wszystkich rzek, która kiedyś wyda ze swego łona szalony Joyce’owski poemat „Finnegans Wake”. Jeżeli Liffey jest kręgosłupem Dublina, to serce hibernijskiej metropolii – przynajmniej według dublińskich gazet, których styl Joyce sparodiował w epizodzie „Ajolos” – bije nieopodal, w kłębowisku szyn tramwajowych (dziś nieistniejących) na O’Connell Street, skąd tramwaje rozjeżdżają się na wszystkie strony świata. Prawda, w Dublinie czuć morskie powietrze, na balustradzie mostu przysiadają mewy, rzeką płyną do Anglii barki z piwem Guinnessa, niemniej morskość miasta pogrążonego w stagnacji i snach o minionej potędze jest, przyznajmy, dosyć umowna. Gubi się i wytraca w labiryncie ulic, przeważnie nie słychać o niej w sklepach, w pubach i przybytkach uciech, a więc tam, dokąd kapryśny Joyce prowadzi swoich bohaterów.

A jednak morze, a z nim homerycki epos, choć najchętniej daje znać o sobie na peryferiach, z dala od dusznego śródmieścia, w dzielnicach nadmorskich, jak Sandycove z wieżą Martello czy położony po drugiej stronie zatoki, oznaczony latarnią morską przylądek Howth, dawne miejsce schadzek Bloomów, jest w „Ulissesie” obecne. Groźne i podniecające, opiekuńcze i tkliwe, przenika gibraltarskie tęsknoty Molly i wspomnienia jej męża z czasów, gdy byli razem szczęśliwi. Przypływa, odpływa, pulsuje, drąży myśli Stephena, niesie ze sobą pamięć przeszłości. Pierwsza randka Bloomów na przylądku Howth, droga, którą przybył do Irlandii żydowski ojciec Leopolda, europejska eskapada Dedalusa na studia do Paryża, wielka XIX-wieczna emigracja Irlandczyków do Ameryki, ku lepszemu życiu, i opowiadane w pubach celtyckie legendy o herosach spod Troi, synach dzielnego Milezjusza, którzy przed wiekami przypłynęli na okrętach na Zieloną Wyspę, żeby wziąć ją w posiadanie, założyć pierwsze kolonie i dać początek dumnej nacji ze starożytnym rodowodem – niezmordowany żywioł akwatyczny żywi je wszystkie, podsyca i zaraz przemienia w baśń, w opowieść, wreszcie w mit. Mit tyleż trwały i odwieczny, co kapryśny i zmienny, przybierający wciąż nowe formy niczym morski starzec Proteusz z opowieści Menelaosa z czwartej pieśni „Odysei”.

Zhellenizować Irlandię (postulat Bucka Mulligana rzucony prowokacyjnie podczas porannej dysputy z Dedalusem) znaczy: przywrócić ją morzu. Na przykład napisać epos o własnym mieście i kraju, posłużywszy się w tym celu greckim eposem o wędrówkach Odyseusza, a właściwie przekładając epos na irlandzkie realia. Czy nie po to Joyce sięgnął po „Odyseję”? Przypomnijmy fakty: tekst „Ulissesa”, opisujący jeden dzień z życia kilkorga mieszkańców Dublina 16 czerwca 1904 roku, dzieli się na trzy części, Telemachię, Odyseję i Nostos, odpowiadające trzem częściom homeryckiego eposu. Części składają się z epizodów, a tych ogółem jest osiemnaście. Ich nazwy, porzucone na późnym etapie pisania powieści, ale zachowane w czasopismach, w notatkach Joyce’a i w jego korespondencji, istotne dla konstrukcji książki i przydatne do jej interpretacji (dlatego wciąż posługują się nimi badacze i komentatorzy), wywodzą się właśnie z „Odysei”. Każdemu epizodowi, napisanemu odmiennym stylem literackim i ujmującemu świat z innej nieco perspektywy, umownie opowiada jedna przygoda Odysa lub kogoś z jego bliskich. Każdy bohater „Ulissesa” ma własny odpowiednik w eposie Homera. Leopold Bloom jest Odysem, jego żona Molly – Penelopą, Stephen Dedalus – Telemachem, rezydujący w pubie irlandzki nacjonalista – cyklopem Polifemem, dwie ponętne barmanki – Syrenami itd. Jedne atrybucje bywają ścisłe, inne niekoniecznie, ale żaden to powód do niepokoju. Liczy się pomysł i kryjąca się za pomysłem idea transpozycji jednego świata i opisującego go mitu na świat inny, oddalony od tamtego o tysiąclecia i o setki mil morskich.

Quote icon

Zhellenizować Irlandię znaczy: przywrócić ją morzu. Na przykład napisać epos o własnym mieście

Powiedzmy to jeszcze raz trochę innym językiem: oto w „Ulissesie” Joyce zarzuca na Dublin osnowę substancjalną zapożyczoną skądinąd, z „Odysei”, która staje się mityczną i narracyjną matrycą dla nowej opowieści, osadzonej w innej rzeczywistości historycznej i społecznej, jednym słowem – jest przemieszczona w czasie i przestrzeni. A skoro tak, to w dublińskiej powieści zachodzi nie tylko powtarzalność pewnych sekwencji wydarzeń wziętych z eposu Homera, nie tylko występuje gra podobieństw i powinowactw między tamtymi a tymi bohaterami, ale odwzorowaniu ulega topografia, jak gdyby przesunięto sieć współrzędnych geograficznych. Jak to możliwe? Ujmując rzecz nieco teoretycznie, należałoby mówić o odwzorowywaniu antycznych struktur mitycznych dla ukazania ich symbolicznej żywotności tu i teraz, w innej epoce rozwoju kultury, dla której pozostają wciąż czytelne. Względnie w Koheletowym duchu rozprawiać o odwiecznej powtarzalności zjawisk. Można, jak Bloom objaśniający Molly (w epizodzie „Kalipso”) zasadę transmigracji dusz, dodać też odrobinę wiedzy tajemnej: „Niektórzy ludzie wierzą, że po śmierci żyjemy dalej w innym ciele, że żyliśmy przedtem. Nazywają to reinkarnacją. Że wszyscy żyliśmy na Ziemi przed tysiącami lat albo na jakiejś innej planecie”. Albo przeciwnie, powtórzyć za Joyce’em, że wszystko jest wyłącznie parodią modernistycznej rupieciarni idei, gdzie nauki przyrodnicze tak chętnie spotykają się z ezoteryką i irracjonalizmem, a nauki społeczne co rusz nawiązują do starych mitów.

Tu uprzedźmy zarzuty o nazbyt koturnowe traktowanie „Ulissesa”. Zdarzyło się nam słyszeć, że traktujemy powieść Joyce’a zbyt serio, tymczasem jest ona niczym więcej jak inteligentnym żartem, kampowym (na wiele lat przed kampem) pastiszem całej zachodniej kultury, i tej najwyższych lotów, z Homerem, Pismem Świętym i Shakespeare’em na czele, i tej z powieści groszowych, okultystycznych broszur i piosenek z kabaretów. Bloom – pantoflarz i safanduła, drobny akwizytor reklamowy i zdeklarowany mieszczuch – jakiż z niego Odyseusz? Jego przybrany syn Dedalus, poeta i mędrek czytujący w bibliotece „Summę teologiczną”? To jest materiał na Telemacha? A przesiadujący po pubach wiecznie podpici dublińczycy? To mają być achajscy marynarze?

A tak w ogóle po cóż ta „Odyseja” w „Ulissesie”, czy nie starczy sama powieść, oszałamiająca bogactwem odcieni irlandzka angielszczyzna Joyce’a, jego poczucie humoru, zmysł parodysty i zjadliwa ironia, z jaką traktuje wszelkie świętości? „Nie będę służył rzeczy, w którą przestanę wierzyć, bez względu na to, czy będzie się zwała domem, ojczyzną czy Kościołem: i będę się starał o wyrażenie siebie w jakiś sposób, w życiu lub w sztuce, tak nieskrępowanie, jak tylko potrafię, i tak całkowicie, jak tylko zdołam”. Czy nie tak powiada (w „Portrecie artysty z czasów młodości”) Stefan Dedalus, literackie alter ego Jamesa Joyce’a? Jasne, idzie o literacką zabawę, wie to każdy, kto śmiał się do rozpuku, czytając na głos erudycyjne tyrady profesora MacHugh na temat kultury antycznej w epizodzie „Ajolos” albo próbował nadążyć za uczonymi dysputami dwóch ignorantów-amatorów, Blooma i Dedalusa, wyrażonymi w protokolarnym stylu „Itaki”. Zarazem (czytelniczki i czytelnicy wybaczą) idzie o coś równie ważnego: o gruntowną wiwisekcję i rewizję kultury (ale nie w duchu modnego dzisiaj wymazywania), o powrót do jej źródeł, choć nie w tym celu, by je potwierdzać i samemu się w nich utwierdzać, ile po to, by ukazać, jak bardzo są niepewne.

Quote icon

Chodzi tu o gruntowną wiwisekcję i rewizję kultury, o powrót do jej źródeł, choć nie w tym celu, by je potwierdzać

Odwołanie do homeryckiego mitu jest więc tyleż próbą przywrócenia kosmicznego ładu i uzasadnienia własnego rodowodu (to chyba miał na myśli T.S. Eliot, gdy chwalił Joyce’a, że zastąpił powieściową narrację metodą mitologiczną, która stanowić będzie „krok na drodze uczynienia ze świata miejsca możliwego dla sztuki”), co drobiazgową anatomią naszych początków spowitych mgłami i powrotem do fundamentów europejskiej kultury, równie chybotliwych co pokład pod stopami żeglarza. Do tego potrzebny był Joyce’owi żywioł akwatyczny. Przeniesienie „Odysei” i mitu o powrocie do Itaki na irlandzki grunt wymagało przystosowania Dublina do przygód antycznego herosa, który poruszał się w obrębie tego, co Grecy uznawali za świat, a przynajmniej względnie cywilizowane centrum. Teraz to Dublin, który przecież nie istniał w czasach Homera, miał pełnić rolę świata i stać się nośnikiem własnego mitu. Dublin rozszerzył się do rozmiarów Morza Śródziemnego, albo też Morze Śródziemne skurczyło się do rozmiarów Dublina. W tym celu pisarz musiał założyć, że homerycka (i dublińska) geografia nie przynależy jedynie do sfery mitycznej, ale jest całkiem realna; więcej – że „Odyseją” (a więc i „Ulissesem”) można się posługiwać jak podręcznikiem żeglugi.

Swój pomysł Joyce zawdzięczał dwóm autorom: Strabonowi, najsławniejszemu geografowi starożytności, i popularnemu na początku XX wieku francuskiemu filologowi Victorowi Bérardowi, tłumaczowi Homera i autorowi pracy „Les Phéniciens et l’Odyssée” (Fenicjanie i Odyseja). Dzieło Bérarda przyszły pisarz studiował w Paryżu – proszę wyobrazić sobie moje poruszenie, gdy sto lat później na marginesach przechowywanego w paryskiej Bibliothèque nationale egzemplarza odkryłem ręczne dopiski dokonane w języku angielskim i charakterem pisma do złudzenia (?) przypominającym pismo Joyce’a: „Much truer than what Odysseus says in his book…”. Ostatnie dwa słowa, zanotowane w pośpiechu, znamionującym rodzaj metafizycznego olśnienia, z takich, które zapowiadają wielkie odkrycia, są niewyraźne, jakby rozmyła je morska woda. Obydwa traktaty, Strabona i Bérarda, stanowią istotne głosy w dyskusji na temat Homera, homeryckiego mitu i tego, czy „Odyseję” wolno traktować jako materiał źródłowy. Strabon, inaczej niż ci, którzy w Homerze chcieli widzieć tylko poetę, a nie pisarza przejmującego się realiami, twierdził, że autor „Iliady” i „Odysei” był pionierem nowej dyscypliny wiedzy – geografii. Zaproponował, by odróżniać w eposach dwie uzupełniające się warstwy – faktów (czyli srebra) oraz mitu (złota). „Homer zwykł doprawiać rzeczywiste fakty składnikami mitycznymi, przydając swemu stylowi smaku i czyniąc go ozdobnym. Szło mu jednak o to samo, o co idzie historykowi czy osobie, która opowiada o prawdziwych wydarzeniach. Na przykład wziął wojnę trojańską, fakt historyczny, i przystroił swoimi mitami; to samo uczynił z wędrówkami Odyseusza”. Z wędrówkami, czyli z topografią Śródziemnomorza. Odys mógł opowiadać „rzeczy do prawdy podobne”, ale sam nie wymyślił wyspy Króla Wiatrów, Cieśniny Mesyńskiej, Słupów Herkulesa… Więcej, Odyseusza może nigdy nie było, ale świat przedstawiony przez anonimowego żeglarza podającego się za władcę Itaki istniał naprawdę.

Quote icon

Dublin rozszerzył się do rozmiarów Morza Śródziemnego, albo też Morze Śródziemne skurczyło się do rozmiarów Dublina

Hipotezę Strabona, że wszystkie miejsca, w których toczy się akcja „Odysei”, można odszukać na Morzu Śródziemnym, dziewiętnaście wieków później przejął Bérard. Zidentyfikował je, przeprowadzając (dzisiaj kwestionowaną przez badaczy, ale cóż z tego) szczegółową analizę homeryckiego słownictwa, geografii i uwarunkowań historycznych. Frapowały go zwłaszcza język i okoliczności powstawania eposu. Już Strabon twierdził, że Homer wiedzę o Morzu Śródziemnym zaczerpnął wprost od żeglarzy albo powtarzał rzeczy wiadome im od pokoleń, obrosłe w marynistyczne mity i cuda. Bérard tę piękną myśl rozwinął, powiadając, że oto mity założycielskie, relacje podróżników i legendy, których początki zawsze kryją się w mroku i które w czasach Homera (a może jeszcze dawniej?) przekazywano sobie z ust do ust w portowych tawernach, opowieści wielokrotnie zniekształcane, adaptowane do każdej epoki, dziś odciśnięte w imionach, nazwach portów, zatok, wysp i cieśnin, w zmieniającej się przez stulecia linii śródziemnomorskiego wybrzeża, w niesionej z pokolenia na pokolenie wiedzy o zdradliwych prądach i groźnych głębinach, w języku i w falach morza ciemnego jak wino – złożyły się na przygody Odyseusza. Echolalie z dzieciństwa ludzkości. Albo szum wielkiego miasta, w którym wciąż słychać tamte głosy.

Cóż więc znaczy: stworzyć dublińską „Odyseję”? Powiedzieliśmy, że wraz z transpozycją mitu odwzorowaniu ulega jego topografia. Dublin staje się Morzem Śródziemnym, a jego mapa, utkana z rzeczywistości i z mitu, z prawdziwych ulic i z fikcyjnych zdarzeń – odległą reminiscencją mapy homeryckiej. Odległą w czasie, to jasne, ale i w przestrzeni, przeniesioną daleko od Śródziemnomorza, z dala od centrum, na odległe peryferie helleńskiego świata, na wyspę Ierne, o której Strabon miał do powiedzenia ledwie tyle: „[…] wyspa nie tylko że leży za Brytanią, ale ze względu na niskie temperatury jest tak podłym miejscem do życia, iż tereny znajdujące się za nią uchodzą za niezamieszkane”. Tak jakby Joyce chciał nam powiedzieć: omphalos, pępek świata, punkt kardynalny (w epizodzie „Telemach” utożsamiony z górującą nad zgniłozielonymi wodami Zatoki Dublińskiej wieżą Martello) dziś jest w Dublinie, a jutro gdziekolwiek indziej. Zauważmy przy tym, że ta rzucona na peryferie starożytna mapa żeglarska opisuje żywioł wysoce niestabilny: pływające miasto. Jak to możliwe? Starczy przywołać dziesiąty epizod powieści, „Błędne Skały”. Joyce pokazał w nim Dublin podczas wczesnopopołudniowej krzątaniny, w nieustającym ruchu przechodniów i pojazdów, czasem wpadających na siebie, czasem mijających się o kilka kroków, najdalej o przecznicę. Jego techniką narracyjną jest labirynt, dyscypliną wiedzy – mechanika, symbolem anatomicznym – krew, która bez ustanku krąży arteriami ludzkiego ciała. Ale tytuł odsyła do Symplegad – pływających skał, które Odys ominął, obierając drogę między Scyllą i Charybdą. Czyli do żeglugi. Jak wspominał Frank Budgen, angielski malarz, kompan z czasów zuryskich, jeden ze świadków powstawania powieści, „Joyce pochłonięty pracą nad «Błędnymi Skałami» przypominał inżyniera posługującego się kompasem i suwakiem logarytmicznym, geometrę z liniałem i sznurem mierniczym, czy, niech porównanie będzie bardziej w duchu «Ulissesa» – oficera na statku, który łapie słońce, odczytuje log i oblicza obecny kurs”. Za sprawą jego pisarskiego geniuszu Golfsztrom, który obmywa Irlandię, wdarł się do miasta i poprzestawiał to i owo w dziedzinie mitu, geografii i języka.

***

Dobrze wiadomo, że „Ulisses” wysysa z czytelników siły. W miarę jak dzień Blooma skłania się ku końcowi, a nad Dublinem zapada wieczór i noc, powieść wydłuża się i rozszerza, pruje, zawęźla na nowo, zmienia się w pole bitwy o materię języka, który pochłania kolejne obszary bytu. Styl, zwłaszcza w epizodach wieczornych, robi się coraz bardziej zawiły, zmęczony, niekiedy na skraju wyczerpania. Narracja plącze się, rozpada, błąka, pogrąża we śnie, więcej w niej przywidzeń i powidoków, więcej blagi niż faktów. Nocny „Eumajos”, szesnasty, może najmniej doceniany epizod „Ulissesa”, wypełniony po brzegi nieprzytomnym potokiem słów narratora, który ciągnie opowieść, próbując przy tym pokonać własne znużenie, przypływa i odpływa, kołysze się jak morskie fale, zagarniając do swego wnętrza rozmowy bohaterów, ledwie słyszalne, utkane z gadaniny i ciszy. Rozmowy pełne luk, pomylonych nazwisk, fałszywych tożsamości i przeinaczonych faktów. Sztuką epizodu jest nawigacja, symbolem – żeglarze, scenerią – nocna knajpa dla dorożkarzy i miejskich włóczęgów, czytelna aluzja do portowych tawern, w których opowiadano przygody Odyseusza.

Quote icon

„Ulisses” wysysa z czytelników siły

Lektura „Eumajosa” może najlepiej unaocznia, na czym polega transpozycja mitu. Na starej osnowie substancjalnej rozpięto wątek nowej opowieści, która również składa się z rzeczy do prawdy podobnych, utkana z głosów, pogłosek i echa. Mit – mówi nam Joyce – jeżeli w ogóle powraca, zawsze będzie odrobinę rozchwierutany. Dlatego przesunięcie i nałożenie antycznej struktury symbolicznej na współczesną Joyce’owi Irlandię jest pełne ironii i pastiszów, osnowa opowieści – dopasowana niedokładnie, wątek – cały w supłach i zgrubieniach. Ale przecież chodzi nie tylko o mit. Miasto słyszalne w „Ulissesie”, miasto, którego literacki wizerunek stworzył Joyce, istniało naprawdę. „Mity w opowieściach Homera – przywołajmy jeszcze raz Strabona – nie są wymysłem poety, ale śladami prawdziwych wydarzeń i ludzi”. Przyjrzyjmy się sprawie bliżej i zapytajmy o prawdziwość opowiadanej przez Joyce’a historii. Jaki jest status bohaterów „Ulissesa”? W powieści znajdziemy kilka typów postaci. Są tu ludzie, którzy naprawdę żyli w Dublinie w 1904 roku, a w powieści występują pod prawdziwymi nazwiskami: uczestnicy debaty w bibliotece z epizodu „Scylla i Charybda”, aptekarz Sweny czy właściciel pubu Davy Byrne. Są bohaterowie fikcyjni, których charakterystyczne cechy każą podejrzewać, iż stanowią wierne portrety dublińczyków: członkowie rodziny Dedalusów (Joyce’ów), lekarz i poeta Buck Mulligan (Oliver Gogarty) czy Obywatel (Michael Cusack). Są postacie stanowiące konglomeraty cech pożyczonych od osób z kręgu bliższych i dalszych znajomych rodziny Joyce’ów. Są wreszcie bohaterowie całkiem fikcyjni. Przede wszystkim Molly i Leopold Bloomowie.

Dwa wymiary się przenikają, tworząc jedną opowieść. Spójrzmy na biblioteczny epizod „Scylla i Charybda” i dysputę o pierwowzorach postaci z dramatów Shakespeare’a. Ci, którzy ją kiedyś czytali, na pewno pamiętają młodego poetę, który przekonuje znawców Shakespeare’a, że w sztukach „największego twórcy po Bogu” można doszukać się aluzji do prywatnego życia stradfordczyka, a król Hamlet, zamordowany ojciec Hamleta księcia Danii, to autoportret. Epizod, pisany w 1918 roku w Zurychu, miał służyć za dowód, że uczestnicy autentycznej debaty z 1904 roku, sportretowani w „Ulissesie”, mylili się, mówiąc, że literatura nie czerpie z rzeczywistości. Tak oto Joyce w kostiumie Dedalusa odgrywał się na adwersarzach, którzy nie byli zachwyceni faktem, że znaleźli się w książce pod własnymi nazwiskami. Ale w opowieść wplótł też postać fikcyjną, której losy na jeden dzień (trwający stulecie) złączyły się z losami autentycznych dublińczyków: „Cierpliwa sylwetka czekała, słuchając”. Z wejściem Blooma w opowieści pojawia się ahistoryczny naddatek należący do poezji i mitu.

Kim dla „Ulissesa” jest Bloom, marzyciel i miejski włóczęga, niespełniony biznesmen, lokaj swojej żony i ojciec, który wciąż opłakuje zmarłego syna? Kim prócz tego, że jest inkarnacją i jednocześnie karykaturą Odyseusza? Odpowiedź da się zawrzeć w jednym słowie: obcy. „Czy wszyscy już tu jesteśmy? Wejdź, Bloom” – mówi (w epizodzie „Hades”) jeden z uczestników pogrzebu Dignama. Dla zgromadzonych żałobników jest oczywiste, że Bloom, który skądinąd zaraz zajmie puste miejsce w powozie, wypełniając go swoją krępującą obecnością, do zbioru „wszyscy” nie należy, choć jest przecież znajomym, człowiekiem, którego od zawsze spotyka się na ulicy, niekiedy zamienia się z nim kilka słów, jego żonę podziwia się na koncertach, a jemu samemu współczuje się straty dziecka. A jednak Bloom – na pogrzebie, w redakcji „Evening Telegraph”, w pubie Barneya Kiernana, podczas wieczornej popijawy w szpitalu położniczym, wszędzie – pozostaje obcy. Bardziej niż mieszkańcem Dublina, jest dodatkiem do Dublina, nadliczbowym elementem, człowiekiem z krwi i kości, a jednocześnie istotą nie z tego świata. Przybyszem skądinąd. Skąd właściwie?

Quote icon

Bloom, bardziej niż mieszkańcem Dublina, jest dodatkiem do Dublina, nadliczbowym elementem, człowiekiem z krwi i kości, a jednocześnie istotą nie z tego świata

Urodzony z ojca emigranta, Bloom, ochrzczony w kościele katolickim, o judaizmie swoich przodków wiedzący niewiele, dla Irlandczyków jest przede wszystkim Żydem. Kim jest we własnym poczuciu? Żydem, Irlandczykiem, człowiekiem dwóch tożsamości czy uwięzionym między dwiema tożsamościami, z których żadna do niego nie pasuje i ściśle do niego nie przylega? Kimkolwiek się czuł, jego losy odzwierciedlają dzieje żydowskiej asymilacji i jej ambiwalencji, wykorzenienia epoki nowoczesnej. Spytany, czemu Bloom jest Żydem, Joyce odpowiedział: bo Żydów w Irlandii w roku 1904 właściwie nie było, stanowili zaniedbywalną mniejszość. Właśnie dlatego Bloom, wewnętrznie poróżniony, niepewny i niestabilny – ani z niego Żyd, ani tradycyjny Irlandczyk, żaden wyznawca judaizmu, ale też nie rzymski katolik – nadawał się na herosa irlandzkiego eposu. I miał na tym polu poprzednika – Odyseusza. Jak to możliwe?

Sięgnijmy jeszcze raz do dzieła Victora Bérarda o Fenicjanach i „Odysei”. Już sam tytuł winien wzbudzić czujność. Skąd Fenicjanie w greckim eposie? Bérard, jak pamiętamy, badał tyleż geografię Morza Śródziemnego, co język. Szukał źródeł imion i nazw własnych, analizował homerycką grekę, badał mity, rozprawiał o starożytnych żeglarzach. Aż postawił hipotezę, że osnowa substancjalna „Odysei” jest wcześniejsza, pochodzi od Fenicjan, którzy na przełomie drugiego i pierwszego tysiąclecia przed chrześcijaństwem radzili sobie na Morzu Śródziemnym znacznie lepiej od Greków. Oni przetarli śródziemnomorskie szlaki, poznali zdradliwe wody wokół Sycylii i błogie brzegi afrykańskiej wyspy, gdzie tubylcy żywią się kwiatami lotosu. To z ich opowieści, przekazywanych z ust do ust w portowych tawernach, złożył się narracyjny szkielet, który z czasem obrósł w legendy i mity, fenickie i greckie, te zaś, powtarzane w miastach Azji Mniejszej, gdzie wpływy fenickie mieszały się z greckimi, złożyły się w „Odyseję”, epos zhellenizowany i zaadaptowany na potrzeby greckiej mitologii, w którym odcisnęły się wcześniejsze warstwy śródziemnomorskiej kultury.

Fenicki epos – to zainspirowało Joyce’a. „Odyseja” ma poprzedniczkę, jak dramaty Shakespeare’a mają wcześniejsze źródła fabularne. „Odyseja” jest kontynuacją, kolejnym wcieleniem mitu, a jego fenicka postać wcale nie musiała być pierwsza, jak „Ulisses” nie musi być ostatni. Joyce, jak przed nim Homer, jest tylko jednym z wielu jego wyrazicieli. A Odys? I na to Bérard miał pomysł. Skoro tworzywem, z którego wykonano genialny epos, były opowieści fenickich żeglarzy, cóż szkodzi uznać, że Odyseusz, największy grecki heros, wcale nie był Grekiem, ale nieznanym z imienia Fenicjaninem? Tak oto w samym centrum kultury zamieszkał obcy: Semita wśród Greków i Żyd wśród Irlandczyków. „Jewgreek is greekjew”. Wykorzeniony z dotychczasowej tradycji, świeżo zadomowiony w nowej, właśnie dominującej – żydowski Odys pozostaje obcy w obydwu literackich wcieleniach: starożytnego żeglarza, który podaje się za herosa, oraz nowożytnego miejskiego włóczęgi, który uważa się za podróżnika. Bohater mitów i ich dekonstruktor, będący tyleż racją dostateczną zaistnienia opowieści, co zasadą poróżnienia opowiedzianego świata.

Quote icon

W samym centrum kultury zamieszkał obcy: Semita wśród Greków i Żyd wśród Irlandczyków

Jego obcość działa jak kamerton. W kakofonii dźwięków składających się na cywilizację pozwala usłyszeć już niepamiętane, które przed wiekami stanowiły jej osnowę, a dzisiaj tu i ówdzie pobrzmiewają w zachowanych tekstach, przyniesione skądinąd – przez obcych, cudzoziemców, uchodźców – prawdziwych bohaterów tej historii. Jego akwatyczna tożsamość, koszmar nacjonalistów, integrystów i piewców „naszości” (wspomnijmy wściekłość, jaką Bloom wywołuje w biesiadujących w pubie Barneya Kiernana akolitach Obywatela) jest punktem poróżnienia, niedookreślenia, zmusza nas wszystkich do namysłu nad własną tożsamością i pozycją w świecie, stale ją kwestionując. Nie tylko byliśmy i jesteśmy obcymi wśród innych, ale mamy obcych w sobie samych. W najpewniejszym, najbardziej intymnym miejscu naszej kultury skrywa się Inny, pożyczone imię albo idea, drobina języka, sylaba, fonem, z głębin dochodzi niespokojny szum morza niosący głos dawnych ludów.

***

„Ostatnie słowo (ludzkie, zbyt ludzkie) – pisał w lutym 1921 roku Joyce do Franka Budgena – zostawię Penelopie. Jest to niezbędna kontrsygnatura na paszporcie Blooma do wieczności. Mam na myśli ostatni epizod – «Penelopa»”. Miał rację, monolog Molly Bloom stanowi zwieńczenie „Ulissesa”. Powieść, początkowo rozłożysta i wielogłosowa, przekształca się w piramidę i wznosi ku górnym rejonom nieba. W ostatnich epizodach („Eumajos”, „Itaka”) narrator patrzy na świat z perspektywy boskiej: gdzieś w dole jest miasto i świat i błąka się Bloom. „Penelopa” wprowadza do „Ulissesa” polifonię. Śpiewaczka Molly, hiszpańska Żydówka z Gibraltaru, podaje alternatywne dzieje swojego męża, które dotarły do nas, jak dzieje Odyseusza, pełne luk, niedopowiedzeń i świadomych krętactw. Akwatyczny monolog („nie ma nic jak natura dzikie góry potem morze i wzburzone fale”), wpleciony w gęstą materię powieści, podsumowuje peregrynacje Blooma. Słychać tu „Kalipso”, „Błędne Skały”, „Eumajosa” i „Itakę”, cały długi dzień rozpisany na setkach stronic odbija się w ciemnej wodzie. Dzięki nocnym słowom Molly, które pulsują jak morze, „Ulisses” otwiera się ku początkowi, zmienia w cykl, w opowieść bez końca, przypływa, odpływa, pulsuje, drąży myśli, żeby nigdy się nie zatrzymały.



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hamas’s strategy pressures Israel, fuels antisemitism and starves Palestinians

Hamas’s strategy pressures Israel, fuels antisemitism and starves Palestinians

Jonathan S. Tobin


The breakdown of the ceasefire-hostage release talks is a direct result of the growing signs of a Gaza famine manufactured by the terrorists, not the Jewish state.

Palestinians carry bags of flour after humanitarian aid trucks arrived via the Israeli-controlled Kerem Shalom border crossing into Khan Yunis, in southern the Gaza Strip, July 24, 2025. Photo by Abed Rahim Khatib/Flash90.

Pictures of starving children are horrifying and motivate decent people to do anything to relieve their suffering. That sentiment is driving the current diplomatic offensive against Israel, in which much of Europe is demanding that the Jewish state end the war against Hamas on virtually any terms.

There is a growing consensus within the mainstream media and the foreign-policy establishment that what is going on in the Gaza Strip has become so grievous that the fighting must end immediately. With even some supporters of Israel saying that after nearly two years of inaccurate if not downright false claims of famine and “genocide” in the coastal enclave, there are now the first credible claims that hunger is spreading, the political and diplomatic situation is beginning to turn even more sharply in favor of Hamas.

Talks derailed by propaganda

Rather than this bringing the war that began with the Hamas-led Palestinian-Arab attacks on southern Israeli communities on Oct. 7, 2023, closer to a conclusion, it has, at least in the short term, made it even less likely. The breakdown of the talks for a ceasefire-hostage release deal between Israel and Hamas that has been pushed by the Trump administration is a direct result of the propaganda victory won by the terrorists. Their strategy to create a famine in spite of the fact that food and other supplies were available to feed the hungry didn’t just create suffering for their own people. It gave them leverage to continue the war they started on the morning of Oct. 7 to not only worsen the plight of Palestinians but also to bludgeon an exhausted and beleaguered Israel into submission.

We don’t know whether that will mean a ceasefire deal that will be skewed even more in Hamas’s favor and essentially allow them to remain in charge of much or all of the Strip. Nor can we be sure if it is a sign that Hamas intends to continue fighting in Gaza indefinitely, confident that the increased casualties and the pain of Palestinians caught in the crossfire of the conflict will only increase sympathy for their jihad to ultimately destroy the one Jewish state on the planet.

But we do know that those who have—either out of malice for Israel or ignorance of facts on the ground—aided Hamas’s efforts to manufacture a famine or have spread misinformation about the crisis to blame the Jewish state for what the terrorists have done are as much to blame for this dismal situation as the terrorists. Those in the United Nations and international community, and those tasked with aiding humanitarian disasters and the so-called human-rights organizations, coupled with media outlets playing along with Hamas’s strategy, aren’t just wrong. They bear a great deal of the responsibility for any starvation in Gaza and the failure of the negotiations.

Hamas digs in

Just days earlier, few doubted that an agreement to end the fighting was within reach and would likely be sealed within the week. But those expectations were derailed by the same factor—agony in Gaza—that had seemed to fuel the urgency to conclude a ceasefire.

What happened was that the food crisis that Hamas manufactured through tactics designed to hijack and/or obstruct the delivery of supplies to those Gazans who needed them succeeded not merely in increasing sympathy for the Palestinian cause and criticism of Israel.

It also gave the terrorists a reason to dig in their heels.

On the brink of what most observers assumed was a successful negotiation, Hamas was encouraged by the way their propaganda victory had caused 25 countries and the European Union to demand an immediate end to the war. France, which has been increasingly hostile to Israel since Oct. 7, then declared its recognition of a Palestinian state, rewarding the terrorists, albeit with a meaningless gesture toward a sovereign nation that doesn’t actually exist.

And with headlines screaming outrage about starvation in Gaza, Hamas has decided there’s no reason to concede anything in the negotiations.

They are clearly determined not merely to hold onto at least some of the hostages who were kidnapped on Oct. 7, but to also insist on paying no price for starting a war by committing unspeakable atrocities against Israel and then waging it by sacrificing Palestinian civilians. If Hamas emerges from any agreement still in control of the Gaza Strip, they not only have reason to declare victory. They will be in a position to rebuild the military forces that Israel shattered in the fighting, as well as the terrorist tunnels that made the fighting so difficult. The end result will be that the independent Palestinian state in all but name that was created by the Israeli withdrawal from Gaza in 2005 will be reconstituted with Hamas in a position to keep its promise to repeat the horrors of Oct. 7 until Israel no longer exists.

A manufactured famine

It’s important to understand what created the food shortage in Gaza.

Contrary to the misleading stories in the corporate media, it’s not because Israel is preventing food from getting into Gaza or because of a mythical effort to perpetuate a genocide there.

The main cause of the problem is, as Amit Segal reported this week in The Free Press, the price of food rather than its unavailability. As Hebrew University economics professor Yannay Spitzer has documented, the price of flour—“the most essential consumer good”—has undergone an 80-fold increase since the start of the war.

The cause of that out-of-control inflation of prices was not, however, an Israeli effort to prevent flour from entering Gaza. As has been proven by the comments of Gazans and the numerous photos and videos of the availability of foodstuffs in the Strip, the problem has been that Hamas has been stealing the aid that comes into Gaza and then either hoarding it for their own cadres and/or selling it at exorbitant prices to Palestinian civilians.

U.N. agencies that are driven by their support for the Palestinian war on Israel have been claiming that Israel doesn’t let convoys of aid trucks into Gaza. But the plain fact is that, as has repeatedly been the case since conflict began, more than 900 trucks packed with supplies intended for needy Palestinians have already entered Gaza and are in the hands of the United Nations. Yet their contents are not being distributed, something verified by the press. Israel has offered the world body five different routes for the distribution of the food, though none have been accepted or acted upon.

The Gaza Humanitarian Foundation (GHF), the organization created by the United States and Israel to make up for the failure of U.N. aid agencies to do their job in Gaza, is also seeking to provide more food and to hand it over to the world body’s agents. But again, the U.N. groups are doing nothing while working overtime to spread the blood libel that it is Israel that is causing Gazans to starve.

Hamas is also responsible for the problems that the GHF has encountered and the claims that Israel is slaughtering Palestinians who come to it for aid.

Again, as they have sought to do since the conflict began, Hamas terrorists have done their best to prevent anyone but themselves from being in charge of the distribution of products needed for the population’s survival. Since the GHF began its efforts to get around the logjam created both by Hamas hijackings of convoys and the stalling of U.N. agencies, the terrorists have deliberately created situations in which the crowds attempting to access the aid have either been attacked or seeded with the Islamist group’s operatives. That has resulted in repeated instances in which Israeli troops guarding the distribution efforts have come under threat and responded by firing into the air. Inevitably, that means some casualties to the mobs rushing toward them, which have been augmented by Hamas fire. The numbers of those hurt or killed in these unfortunate incidents are then inflated out of all proportion to reality, as has been true of all casualty numbers produced by the Hamas-run Gaza Health Ministry.

This has further damaged Israel’s image abroad, adding more fuel to the fire of a post-Oct. 7 global surge in antisemitism rooted in fraudulent smears about “genocide.” More than that, it has now led to something that up until now was largely untrue: a genuine shortage of food in Gaza.

This shortage is entirely the fault of Hamas.

The terrorist group’s refusal to lay down their arms and give up the hostages has always been the only hindrance to the cessation of hostilities. Yet by pursuing a policy of obstructing the distribution of aid and stealing as much of it as they can, the Islamists have driven food prices inside Gaza up to ruinous levels.

And there is nothing that Israel can do about it except to redouble its efforts to destroy what’s left of Hamas’s forces, and thereby prevent them from continuing to harass and intimidate Palestinians, who don’t wish to be dependent on the gunmen for food. As long as Hamas can continue to sabotage humanitarian efforts and U.N. groups that are implacably hostile to Israel and essentially in the pockets of Hamas—as they were on Oct. 7 and before that—are complicit in this Hamas plan, no humanitarian efforts or Israeli generosity to their foes can entirely prevent hunger from spreading there.

The price of giving in

The question then is whether the international pressure the crisis has generated—combined with the war weariness of Israelis and eagerness of the Trump administration for a deal that it can claim as a diplomatic victory for the president—will be enough to force Israel and the United States to return to the talks, and give Hamas everything it wants.

That might turn down the volume on the propaganda that is branding Israel a pariah state, as well as leading to increased incidents of antisemitism across the globe. It might also lead to the release of some, but almost certainly not all, of the Israeli hostages and some of the corpses of their victims that the terrorists are still holding for ransom.

It would also give the Israel Defense Forces a much-needed respite for an unspecified period. But that period of calm would only last as long as it takes for a rejuvenated and triumphant Hamas to be able—with the international aid that will pour into the Strip—to rebuild its armed forces enough to the point where it will return to a position where it will again be a deadly threat to the Jewish state. No one should doubt that this will happen, regardless of any pledges to the contrary or safeguards built into a ceasefire agreement. Or at least it will unless and until the United States is committed to supporting a resumption of Israel’s war against Hamas as soon as that becomes obvious.

But no one should think a U.S.-Israel surrender to Hamas will end the suffering of Gazans, who will remain in thrall to a terrorist group that will not hesitate to continue sacrificing them in the name of a “resistance” that won’t cease until the Jewish state is destroyed.

What is happening there ought to be listed along with human-made famines plotted by Communist tyrants Joseph Stalin and Mao Tse-Tung, which killed many millions of people in the history of self-inflicted catastrophes undertaken for political reasons. Yet this crime committed by Hamas is being blamed on Israel and the Jews because of lies spread by the media and buttressed by antisemitic tropes.

After 22 exhausting months of fighting Hamas, the impulse to give in to this propaganda war is understandable, if regrettable. The dilemma of those in Washington and Jerusalem, who must now consider whether or not they have the moral strength to resist the opprobrium that will be falsely slung at them while Hamas continues to starve its own people, is unenviable. But they should remember that the price of letting the terrorists get away not only with starting a war and committing unspeakable atrocities, but also for manufacturing a famine, will continue to be paid in the blood of countless Jews and Arabs if the terrorists achieve their objective.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


French Foreign Minister Says Recognizing Palestinian State Defies Hamas, Despite Terror Group’s Praise

French Foreign Minister Says Recognizing Palestinian State Defies Hamas, Despite Terror Group’s Praise

Ailin Vilches Arguello


French Foreign Minister Jean-Noel Barrot speaks to the media on the day he attends the European Union Foreign Ministers council in Brussels, Belgium, July 15, 2025. Photo: REUTERS/Yves Herman

French Foreign Minister Jean-Noël Barrot insisted on Friday that President Emmanuel Macron’s push to recognize a Palestinian state defies Hamas’s interests — even as the terrorist group welcomed the decision.

“Hamas has consistently rejected the two-state solution. By recognizing Palestine, France is rejecting the stance of this terrorist organization and affirming its support for peace over war,” the top French diplomat said in a post on X.

However, Hamas praised France’s latest announcement, calling it “a positive step in the right direction.”

France’s initiative is part of “a political development that reflects growing international conviction in the justice of the Palestinian cause and the failure of the Israeli occupation to distort facts or suppress the will of free nations,” said the Palestinian terrorist group, which has ruled Gaza for nearly two decades.

Hamas also said that such international steps “represent political and moral pressure” on Israel.

On Thursday, Macron announced that France will recognize a Palestinian state and issue a formal statement at the United Nations General Assembly in September as part of its “commitment to a just and lasting peace in the Middle East.”

“The urgent priority today is to end the war in Gaza and to bring relief to the civilian population,” the French leader said in a post on X.

Macron called for an immediate ceasefire, the release of all hostages still held by Hamas, and increased humanitarian aid for Gaza.

He also stressed the need to demilitarize the Iran-backed terrorist group, rebuild the war-torn enclave, and create a Palestinian state that recognizes Israel and ensures regional security.

“The French people want peace in the Middle East. It is our responsibility — as French citizens, alongside Israelis, Palestinians, and our European and international partners — to prove that peace is possible,” the French leader wrote.

However, despite Macron’s continued efforts, his controversial diplomatic initiative to recognize a Palestinian state faces widespread public opposition, with nearly 80 percent of French citizens rejecting the move.

A recent survey conducted by the French Institute of Public Opinion (IFOP) on behalf of the Representative Council of Jewish Institutions of France (CRIF) — the main representative body of French Jews — found that 78 percent of respondents opposed a “hasty, immediate, and unconditional recognition of a Palestinian state.”

According to IFOP’s survey, nearly half of French people (47 percent) believe that recognition of a Palestinian state should only be considered after the release of the remaining hostages captured by Hamas during the group’s invasion of southern Israel on Oct. 7, 2023.

The survey also revealed deep concerns about the consequences of such a premature recognition, with 51 percent of respondents fearing a resurgence of antisemitism in France and 50 percent believing it could strengthen Hamas’s position in the Middle East.

France’s policy move comes after Spain, Norway, Ireland, and Slovenia officially recognized a Palestinian state last year, claiming that such a move would contribute to fostering a two-state solution and promote lasting peace in the region.

On Friday, Palestinian Authority President Mahmoud Abbas praised France’s decision, calling it a “victory for the Palestinian cause.”

“This reflects France’s commitment to supporting the Palestinian people and their legitimate rights to their land and their homeland,” Abbas said.

Meanwhile, Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu condemned France’s announcement, describing it as a “reward for terrorism.”

“Such a move … risks creating another Iranian proxy, just as Gaza became,” the Israeli leader said in a post on X.

“A Palestinian state in these conditions would be a launch pad to annihilate Israel — not to live in peace beside it. Let’s be clear: the Palestinians do not seek a state alongside Israel. They seek a state instead of Israel,” he continued.

US Secretary of State Marco Rubio also denounced the move, calling it “reckless” and saying it “only serves Hamas propaganda.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com