
Odpowiedź Izraela na porozumienie z Iranem
Vanessa Berg
Rozczarowujące porozumienie z Iranem raczej nie zmieni sposobu, w jaki Izraelczycy myślą, walczą i przygotowują się na to, co nadejdzie.
Dla Izraelczyków najbardziej niepokojącym elementem międzynarodowej dyplomacji często nie jest to, co wiadomo, lecz to, czego nie wiadomo.
Jeżeli Stany Zjednoczone i Iran rzeczywiście osiągnęły Memorandum Porozumienia mające zakończyć ostatni konflikt, wielu Izraelczyków natychmiast zada to samo pytanie: co dokładnie zostało oddane w zamian?
Na początku wojny cele Izraela były ambitne. Publiczna debata koncentrowała się nie tylko na powstrzymaniu bezpośredniego zagrożenia, ale na zasadniczej zmianie strategicznego układu sił, który od dziesięcioleci definiuje Bliski Wschód: ambicji nuklearnych Iranu, jego programu rakiet balistycznych, wspierania terrorystycznych organizacji zastępczych, a nawet przetrwania samego reżimu.
Jeżeli wynegocjowane porozumienie pozostawi znaczną część tej architektury nienaruszoną, rozczarowanie w Izraelu będzie nieuniknione – ale rozczarowania nie należy mylić z porażką.
Historia sugeruje, że Izraelczycy reagują na strategiczne niepowodzenia inaczej niż większość narodów. Rzadko postrzegają niekorzystne okoliczności jako trwały stan rzeczy. Zamiast tego traktują je jako problemy do rozwiązania.
Ta tendencja wynika z trzech głęboko zakorzenionych cech izraelskiego społeczeństwa.
1. Odmowa bycia „frajerem”
Niewiele pojęć jest bardziej centralnych dla izraelskiej kultury niż idea niebycia „frajerem” (frier, פראייר), której korzenie sięgają jidysz, gdzie określano tak osobę łatwowierną lub łatwą do oszukania.
Frajer to ktoś, kogo można wykorzystać – ktoś, kto ufa zbyt mocno, czeka zbyt długo albo pozwala innym decydować o swoim losie. Izraelczycy nie znoszą bycia frajerami.
Ten kulturowy instynkt został ukształtowany przez pokolenia doświadczeń. Raz za razem Izraelczycy przekonywali się, że obietnice składane na międzynarodowych forach często rozpływają się w zderzeniu z geopolityczną rzeczywistością. Gwarancje bezpieczeństwa mogą się zmieniać. Administracje przychodzą i odchodzą. Sojusze się przesuwają.
W rezultacie Izraelczycy mają tendencję do postrzegania międzynarodowych porozumień jako użytecznych, lecz niewystarczających. Nawet jeśli porozumienie amerykańsko-irańskie tymczasowo zmniejszy napięcia, niewielu Izraelczyków uzna, że problem zniknął. Zamiast tego będą pytać: co dalej?
Najbardziej prawdopodobną reakcją nie będzie rezygnacja, lecz adaptacja. Izrael niemal na pewno pogłębi działania wywiadowcze, rozbuduje zdolności cybernetyczne, przyspieszy innowacje technologiczne, wzmocni partnerstwa regionalne i dopracuje opcje militarne. Każda luka pozostawiona przez dyplomację stanie się wyzwaniem do pokonania dzięki pomysłowości i przygotowaniu.
Pytanie, które zada sobie wielu Izraelczyków, nie będzie brzmiało, czy porozumienie rozwiązuje problem, lecz czy nie byliby głupcami, zakładając, że tak właśnie jest. A Izraelczycy od dziesięcioleci udowadniają, że nie mają najmniejszej ochoty odgrywać takiej roli.
Przypomina mi się historia początków Żelaznej Kopuły, niegdyś uznawanej za cud światowej klasy, a dziś będącej czymś niemal oczywistym w izraelskich realiach. Na początku lat dziewięćdziesiątych Mordechaj Josipow wyemigrował do Izraela z Uzbekistanu. Pewnego letniego poranka w 2004 roku czekał na kuzyna, który odwoził swojego wnuka do przedszkola w Sderot (kilometr od granicy ze Strefą Gazy), gdy nagle doszło do eksplozji.
Uderzenie rakiety Hamasu pozostawiło pośrodku asfaltowej ulicy, przed przedszkolem Lilach, w dzielnicy niskiej zabudowy mieszkaniowej, lej wielkości dużej patelni. Odłamki metalu przeszyły ciała trzyletniego Afika Zahaviego i jego matki Ruthie, gdy około ósmej rano szli w kierunku szkoły. Afik zmarł w drodze do szpitala, natomiast Ruthie przeżyła i mogła opowiedzieć swoją historię.
Czterdziestodziewięcioletni dziadek Ilanit oraz trzyletni Afik byli pierwszymi ofiarami rakiet wystrzelonych w stronę Izraela przez palestyńskich bojowników ze Strefy Gazy. Ich śmierć skłoniła izraelski rząd do rozpoczęcia projektu, który doprowadził do powstania innowacyjnego systemu obrony przeciwrakietowej znanego dziś jako Żelazna Kopuła.
Izraelczycy odmówili bycia frajerami wobec działań Hamasu. Podjęli działania, by zmienić rzeczywistość, i z takim samym zdecydowaniem będą podchodzić do zagrożenia ze strony Iranu.
2. Izraelski optymizm
Dla osób z zewnątrz Izraelczycy często wydają się zaskakująco optymistyczni jak na ludzi żyjących w jednym z najbardziej niestabilnych regionów świata. Ich optymizm nie jest naiwny. Jest wypracowany.
Od 1948 roku Izrael stoczył wiele wojen, przyjął fale terroryzmu, przetrwał kryzysy gospodarcze, doświadczył dyplomatycznej izolacji i wielokrotnie mierzył się z zagrożeniami, które zdaniem wielu obserwatorów mogły przytłoczyć państwo. A jednak Izrael trwa. Każde pokolenie Izraelczyków dorasta w otoczeniu przykładów pozornie niemożliwych przeszkód, które ostatecznie zostały pokonane.
Nikt nie uosabiał tego sposobu myślenia bardziej niż nieżyjący już wybitny izraelski mąż stanu Szimon Peres. W swojej książce No Room for Small Dreams („Nie ma miejsca na małe marzenia”) opisywał izraelski optymizm nie jako myślenie życzeniowe, lecz jako praktyczny sposób mierzenia się z rzeczywistością. Wskazywał trzy kluczowe składniki: kreatywne myślenie, odwagę brania odpowiedzialności i determinację.
Izrael narodził się dzięki niekonwencjonalnym rozwiązaniom niekonwencjonalnych problemów. Założyciele państwa odziedziczyli bagna, pustynie, skromne zasoby, wrogich sąsiadów i niemal zerowy margines błędu. Konwencjonalne myślenie było luksusem, na który nie mogli sobie pozwolić. Gdy bagna pełne malarii zagrażały pierwszym osiedlom, pionierzy sprowadzili z Australii eukaliptusy, aby pochłaniały nadmiar wody.
Nawet słynne izraelskie pojęcie balagan (trwały stan nieporządku) często służy jako inkubator kreatywności. W społeczeństwie, gdzie struktury bywają niedoskonałe, ludzie uczą się improwizować, dostosowywać i wynajdywać nowe rozwiązania. Jeśli porozumienie dyplomatyczne stworzy nowe ograniczenia, Izraelczycy nie zaakceptują ich biernie. Zaczną szukać niekonwencjonalnych sposobów ich obejścia. Tak było zawsze.
Izraelska kultura często zakłada, że jeśli coś trzeba zrobić, ktoś musi wystąpić naprzód i to zrobić. Tendencję tę można dostrzec w całym społeczeństwie. Widać ją w ekosystemie startupów, który niezmiennie należy do najbardziej innowacyjnych na świecie. Widać ją w wojsku, gdzie od młodszych rangą oczekuje się inicjatywy, a nie ślepego przestrzegania procedur. Widać ją również w ruchach młodzieżowych, takich jak izraelscy skauci, gdzie młodzi ludzie otrzymują wyjątkowo wysoki poziom odpowiedzialności już od najmłodszych lat.
Efektem jest kultura, która rzadko czeka na idealne warunki. Izraelczycy mogą narzekać. Mogą bez końca się spierać. Mogą nie zgadzać się co do strategii. Jednak w obliczu wyzwania zazwyczaj zakładają, że ostateczna odpowiedzialność spoczywa na nich samych.
Niewiele historii lepiej oddaje izraelską wytrwałość niż wysiłki Peresa zmierzające do stworzenia fundamentów izraelskiego programu nuklearnego.
W 1956 roku, jako dyrektor generalny izraelskiego Ministerstwa Obrony, Peres pomagał koordynować kampanię synajską. Podczas spotkań z francuskimi urzędnikami dostrzegł okazję, którą większość uznałaby za nierealną: przekonać Francję do pomocy Izraelowi w stworzeniu programu energetyki jądrowej. Ku jego zaskoczeniu Francuzi się zgodzili.
Jednak przekształcenie tej zgody w rzeczywistość okazało się znacznie trudniejsze. Projekt spotkał się ze sprzeciwem izraelskich przywódców, obawami Stanów Zjednoczonych oraz intensywną kontrolą ze strony Związku Radzieckiego. Następnie, gdy we wrześniu 1957 roku ostateczne porozumienie było już na wyciągnięcie ręki, francuski rząd zaczął się rozpadać.
Po latach negocjacji brakowało już tylko zgody politycznego kierownictwa Francji. Peres biegał od gabinetu do gabinetu, przekonując sceptycznych urzędników i gorączkowo zbierając niezbędne podpisy, zanim rząd upadnie. Gdy kryzys się pogłębiał, nawet Dawid Ben Gurion uznał, że misja Peresa najprawdopodobniej zakończy się „na niczym”. Mylił się.
Peresowi udało się zdobyć zgodę ustępującego premiera dosłownie w ostatniej chwili. Chociaż rząd faktycznie już się rozpadał, porozumienie celowo podpisano i opatrzono datą z dnia poprzedzającego jego upadek, torując drogę francuskiej pomocy. Tym podpisem zasiano ziarno izraelskiego programu nuklearnego.
Po latach Peres wspominał ten epizod z charakterystycznym pragmatyzmem:
„Ta data czy tamta – jakie to ma znaczenie?” – mówił. „Jakie ma to znaczenie między przyjaciółmi?”
3. Błogosławieństwo w przebraniu
Istnieje jeszcze jedna możliwość, którą wielu Izraelczyków po cichu dostrzeże: jeśli porozumienie okaże się rozczarowujące, może ono ostatecznie wzmocnić strategiczną niezależność Izraela.
Przez dziesięciolecia Izrael cieszył się wyjątkowym wsparciem Stanów Zjednoczonych. To partnerstwo pozostaje bezcenne. Jednak ostatnie wydarzenia przypomniały lekcję, którą wielu Izraelczyków już znało: sojusznicy mają interesy, a nie obowiązki.
Amerykańskie administracje się zmieniają. Amerykańskie priorytety się zmieniają. Amerykańscy wyborcy się zmieniają. A wraz z nimi zmienia się amerykańska polityka zagraniczna. Długoterminowe bezpieczeństwo Izraela nie może więc opierać się wyłącznie na założeniu, że Waszyngton zawsze będzie podzielał postrzeganie zagrożeń przez Jerozolimę lub jej harmonogram strategiczny.
Rozczarowujące porozumienie może przyspieszyć wysiłki na rzecz dywersyfikacji relacji Izraela na świecie, pogłębiania partnerstw regionalnych, rozwijania niezależnych zdolności oraz ograniczania zależności od pojedynczego zagranicznego partnera.
Historia sugeruje, że okresy strategicznego dyskomfortu często zmuszają państwa do stawania się silniejszymi. Historia Izraela, być może bardziej niż historia jakiegokolwiek innego kraju, pełna jest przykładów, gdy przeciwności losu stawały się nieoczekiwanym źródłem odporności. Paradoks może polegać na tym, że porozumienie mające ograniczyć Izrael ostatecznie popchnie go ku większej samodzielności.
Wielu obserwatorów będzie interpretować porozumienie amerykańsko-irańskie przez pryzmat dyplomacji. Izraelczycy spojrzą na nie raczej przez pryzmat adaptacji. Od pokoleń funkcjonują w rzeczywistościach, których sami nie wybrali.
Nie oznacza to, że z zadowoleniem przyjmują niekorzystne rezultaty. Oznacza to, że nie pozwalają, by niekorzystne rezultaty ich definiowały.
Porozumienie może zmienić strategiczny krajobraz. Może opóźnić realizację pewnych celów. Może stworzyć nowe wyzwania. Jest jednak mało prawdopodobne, by zmieniło fundamentalny charakter społeczeństwa, które wielokrotnie przekształcało niepowodzenia w szanse.
Izraelczycy nie należą do ludzi, którzy użalają się nad sobą – najprawdopodobniej już zastanawiają się, jak zdobyć irański uran, a przynajmniej od tego zacząć.
Link do oryginału:
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com





