Archive | September 2016

TNL in Jerusalem #39 – Caroline Glick vs. ‘Biased’ Israeli Media

TNL in Jerusalem #39 – Caroline Glick vs. ‘Biased’ Israeli Media

thelandofisrael      thelandofisrael



TNL Episode #2: Caroline Glick vs. ‘Biased’ Israeli Media
In this second episode of the Season Premier of “Tuesday Night Live in Jerusalem”, Ari and Jeremy welcome world famous journalist Caroline Glick.
“We wanted her to provide a breath of fresh air from the pollution that inundates media about Israel”, explains Ari. “Without employing the dogma and rhetoric which characterizes the disproportionately biased Israeli media, Caroline Glick has the unique ability to weave together world events to present an accurate and enlightening holistic understanding of Israel and the entire world with a very refreshing backdrop of Jewish pride, dignity and strength.”
Among many other prestigious accomplishments, Caroline Glick is the deputy managing editor of The Jerusalem Post, the chief diplomatic correspondent for the Hebrew-language Makor Rishon newspaper, a senior fellow for Middle East affairs at a Washington D.C.-based center for security policy, and the creator of the brilliant parody on Israeli politics, Latma.

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Izrael. Mały, ale wariat

Wyborcza.plIzrael. Mały, ale wariat

Paweł Smoleński


Żołnierz izraelski podczas ćwiczeń na Wzgórzach Golan, 13 września 2016 r.Żołnierz izraelski podczas ćwiczeń na Wzgórzach Golan, 13 września 2016 r. (FOT. ARIEL SCHALIT / AP)

CaHaL to jedyne wojsko świata, które samo wyciąga się za włosy z bagna, a rekruta uczy, że czasem trzeba odmówić wykonania rozkazu.

Lot nr 139 z Tel Awiwu do Paryża ma międzylądowanie w Atenach. Na pokład airbusa A300 Air France wsiada kilku pasażerów: dwójka Niemców w pierwszej klasie i dwóch Arabów w ekonomicznej. Chwilę po starcie wyciągają broń.

Po kilkugodzinnym postoju w Bengazi w Libii airbus leci do Entebbe w Ugandzie. Staje na pasie z dala od terminalu. Do czwórki terrorystów z Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny i niemieckich Komórek Rewolucyjnych dołącza kilku kolejnych. Dzielą pasażerów na Żydów i nie-Żydów, u co starszych ożywiając wspomnienie Holocaustu; wyjątkowo podle zachowują się niemieccy rewolucjoniści. Stawiają żądania: Izrael ma zwolnić więzionych palestyńskich bojowników.

Porywaczom sprzyja Idi Amin, obrażony na Izrael, choćby za odmowę sprzedaży wojskowych odrzutowców. Dyktator Ugandy wysyła do Somalii prywatny samolot po kolejnych terrorystów, a zakładników pilnują ugandyjscy żołnierze.

Izrael jest zaszokowany, wściekły oraz bezradny. Na pokładzie airbusa jest prawie 250 pasażerów i 12 osób załogi. Na kryzysowych naradach padają różne pomysły, łącznie z atakiem jachtowym przez Jezioro Wiktorii lub błyskawicznym podbojem całej Ugandy. Lecz niebawem pojawia się plan. Tak precyzyjny i brawurowy, że jego autorów rodacy nazwali “Radą Fantastów”.

Z Izraela startują “nosorożce”, wojskowe herculesy C-130E, oraz dwa boeingi. Muszą tak manewrować, by nie wykryły ich arabskie radary. Herculesami lecą spadochroniarze brygady Golani, komandosi jednostki specjalnej Sajjeret Matkal, sprzęt wojskowy, ale też limuzyna, świeżo pomalowana na czarno. Takim mercedesem jeździ Idi Amin, który lada chwila ma powrócić z zagranicznej podróży.

Z brzucha lądującego herculesa pierwszy wyjeżdża mercedes. To kilkadziesiąt bezcennych sekund zaskoczenia. Cały rajd trwa trzy minuty. Ginie dwóch zakładników, sześciu terrorystów, 45 żołnierzy ugandyjskich i dowódca akcji, brat dzisiejszego premiera, Joni Netanjahu (Bibi, również żołnierz Sajjeret Matkal, cztery lata wcześniej odbijał samolot linii Sabena na lotnisku w Lod).

– To była emblematyczna akcja – opowiada Michael Bar-Zohar, żołnierz wojny Jom Kippur, dziennikarz, polityk i doradca polityków, współautor książki “Nie ma zadań niewykonalnych”. – Kryła się za nią filozofia naszego wojska: jesteśmy małym krajem otoczonym morzem nieprzyjaznych sąsiadów, więc armia, choć w sumie niewielka, musi być skuteczna, umieć walczyć zarówno w polu, jak i z atakującymi nas na całym świecie terrorystami. Musi działać wbrew szablonom i mieć żołnierzy, którzy podejmą się niemożliwego.

Entebbe to niejedyna “niemożliwa akcja”, która okazała się możliwa. Dość wspomnieć atak na ufortyfikowaną Zieloną Wyspę, kiedy płynący pod wodą komandosi zniszczyli egipskie radary, co pomogło Izraelowi wyjść obronną ręką z tak zwanej wojny na wyczerpanie. Albo bejrucki szturm na liderów Czarnego Września, palestyńskiego komanda odpowiedzialnego między innymi za masakrę izraelskich sportowców na igrzyskach w Monachium. Kilkunastu komandosów – niektórzy przebrani za kobiety – dostało się do apartamentowca w pobliżu portu i zastrzeliło trzech przywódców terrorystów.

– Znów rozważano kilka wariantów, łącznie z frontalnym atakiem kilkuset żołnierzy – opowiada Bar-Zohar. – Wówczas Ehud Barak, późniejszy premier, powiedział: “Zrobię to z kilkunastoma moimi chłopakami. Po co ryzykować wojnę? Po co mają ginąć cywile?”.

Ten ostatni argument jest kluczowy. Wojsko, które nie myśli o cywilach, nie tylko o własnych, nigdy nie będzie skuteczne.
Operacja “Gniew Boga”. Dowodził nią przebrany za kobietę późniejszy premier Izraela

***

Jest rok 1956, Egipt nacjonalizuje Kanał Sueski. Francja i Wielka Brytania szykują inwazję, żeby zachować kontrolę nad tym kluczowym łącznikiem mórz Czerwonego i Śródziemnego. Izrael angażuje się po uszy po stronie aliantów i boi się, że arabska mniejszość może sprawiać kłopoty. Ogłasza, że w arabskich wioskach i miasteczkach na terytorium Izraela – Zachodni Brzeg był wówczas częścią Jordanii – obowiązuje zakaz opuszczania domów. Ale jeszcze nie ma komórek i internetu, więc nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Grupa arabskich rolników akurat wraca z pól. Natykają się na oddział straży granicznej. Ginie 48 osób, w większości dzieci.

Niebawem żołnierze i dowódcy trafią pod sąd. Zostaną skazani na wiele lat więzienia (wyjdą sporo wcześniej), lecz najważniejsze w sprawie jest przemówienie sędziego Benjamina Halevy. Później skaże na śmierć księgowego Holocaustu Adolfa Eichmanna, ale teraz mówi nie jak prawnik, lecz jak poeta: o “czarnej fladze”, którą musi zobaczyć każdy żołnierz, kiedy każą mu wykonać zbrodniczy rozkaz. Żołnierz – dowodzi sędzia – ma obowiązek odmowy wykonania polecenia, gdy jest niemoralne.

Od tego czasu każdy rekrut musi wysłuchać wykładu o werdykcie sędziego Halevy. Masakra w Kfar Kasim to obowiązkowy punkt szkolnej nauki. Najwięksi politycy Izraela chylili głowę przed memoriałem ofiar.

– To jedyna armia świata – mówi Bar-Zohar – która instruuje, że trzeba odmówić wykonania rozkazu, jeśli jest niezgodny z sumieniem.
Ponad połowa Izraelek między 18. a 20. rokiem życia idzie do wojska. Z tego obowiązku zwalnia ciąża, małżeństwo, posiadanie dzieci i religia

***

Tyle że izraelscy żołnierze także później dopuszczali się czynów niegodnych. Znaczy to tylko, że sumienie wojska zależy nie tyle od edukacji, ile od wojny po prostu.

Bar-Zohar opisuje wojnę libańską z perspektywy szturmu na Beaufort, twierdzę trzymającą w szachu południowy Liban i Galileę już od XII wieku. Opowiada o nocnej i znów niemożliwej akcji komandosów przeciwko znakomicie ufortyfikowanym, liczniejszym Arabom, bo taki jest temat jego książki. Lecz przecież tamten czas naznaczył nie brawurowy atak, ale masakra palestyńskich cywilów w obozach Szabra i Szatila. Masakrowali arabscy chrześcijanie, ale na oczach bezczynnej izraelskiej armii.
Zresztą wielu kombatantów wojny libańskiej twierdzi, że szturm na Beaufort był bez sensu; wystarczyło otoczyć fortyfikacje i po prostu czekać na kapitulację. Dzień po wszystkim do ruin przybył premier Menachem Begin i oznajmił, że w akcji nie zginął i nie został ranny ani jeden izraelski żołnierz. Nie dość, że minął się z prawdą, to jeszcze zapytał: “Czy oni [Palestyńczycy] mieli karabiny maszynowe?”, czym wywołał wściekłość opinii publicznej.

Albo wymyślona podczas drugiej intifady w Nablusie i stosowana podczas trzech operacji w Gazie taktyka “chodzenia przez ściany”. Wojsko uznało, że podczas walk w mieście największym wrogiem żołnierzy jest ulica, dlatego nie pchało się w ciasne zaułki, lecz zdobywało dom po domu, przechodząc przez rozbijane ściany. W ten sposób ocalono życie wielu Izraelczykom, ale narażano cywilów, za którymi kryli się Palestyńczycy.

– “Chodzenie przez ściany” ma ścisłe procedury redukujące możliwości narażania cywilów – opowiadał mi Jehuda Szaul, kombatant II intifady i działacz organizacji pokojowej Przełamać Ciszę. – Ale skoro głównym zadaniem tej techniki, wbijanym wojsku do głowy częściej niż opowieść o “czarnej fladze”, jest ochrona swoich, nagina się je w czasie walki.
Izrael: Mord spowszedniał

***

Mimo że izraelskie wojsko jest najlepsze na świecie, Bar-Zohar pisze: “Stało się jasne, że regularna armia, wyćwiczona do ścierania się z innymi regularnymi armiami, nie jest przygotowana do walki z organizacjami terrorystycznymi, zakorzenionymi w miastach, wśród ludności cywilnej. Wszystkie izraelskie operacje przeciwko takim organizacjom – operacja Litani w Libanie, obie wojny libańskie, Grona Gniewu przeciwko Hezbollahowi, trzy wielkie operacje w Gazie – zakończyły się bez rozstrzygającego rezultatu. W przyszłości siły obronne Izraela muszą stworzyć nowe, kreatywne metody zwalczania takich organizacji terrorystycznych jak Hamas, Hezbollah, tzw. Państwo Islamskie, w ramach których szczególną wagę będzie się przywiązywać do oszczędzania, na ile to możliwe, ludności cywilnej”.

Jehuda Szaul bardziej zwraca uwagę na nadużycia, których dopuszcza się wojsko, wynikające z licznych wojen, niekoniecznie zawinionych przez Izrael, i półwiecznej okupacji terytoriów palestyńskich.

Ale Bar-Zohar i Szaul tylko pozornie stoją po dwóch stronach barykady. Idzie im o to samo: o bezpieczny Izrael. Może różnica zdań wynika z konfliktu pokoleń. Dla generacji Zohara, rocznik 1938, armia to byt szczególny, gdyż od niej zależało i ciągle zależy fizyczne istnienie Izraela. Z kolei dla części pokolenia czterdziestolatków w rodzaju Jehudy wojsko podlega takiemu samemu osądowi jak wszystkie inne części składowe państwa. Pierwszy powiada więc, że szklanka jest do połowy pełna. Drugi, że co najmniej do połowy pusta.

Taki spór będzie trwać, póki skutecznych metod rozwiązania izraelsko-arabskiego konfliktu nie wypracuje polityka. Na co w ogóle się nie zanosi.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


It takes a Judas to know one

The Jerusalem Post - Israel NewsIt takes a Judas to know one

RUTHIE BLUM


From the BBC’s point of view, having Israeli literature’s crown jewel provide a stamp of approval for its own dim view of the Jewish state is an opportunity not to be missed or squandered.

ISRAELI NOVELIST Amos Oz sits next to French philosopher Bernard Henri LevyISRAELI NOVELIST Amos Oz sits next to French philosopher Bernard Henri Levy Photo By: REUTERS

On Tuesday night, the person touted as “Israel’s most famous living author” appeared on the BBC to promote his latest book. In the course of his interview with Newsnight host Kirsty Wark, Amos Oz engaged in his second favorite activity (after receiving international awards and having his novels turned into movies starring the likes of Natalie Portman): he slammed the nation of his birth, which turned him into a cultural icon.

To be fair to Oz, bashing the Jewish state that he represents with such panache is key to his success abroad. Talent is a factor, of course, but it is neither sufficient nor a prerequisite to inspiring adoration among the literati and political elites.

Indeed, had he not been the darling of the Left, the odds are slim that Oz would have been invited by the UK network to discuss Judas, his take on the famous traitor whose story constituted the “Chernobyl of Western anti-Semitism for 2,000 years,” and the basis for “pogroms, inquisitions, persecutions and the Holocaust.”

From the BBC’s point of view, having Israeli literature’s crown jewel provide a stamp of approval for its own dim view of the Jewish state is an opportunity not to be missed or squandered.

Nor does any topic segue better into what Wark was really after than “persecution.”

With virtuosity born of brilliance, Oz managed to go above and beyond the call of duty – “defending” his homeland by likening it to the worst of evil regimes.

“If people call Israel nasty, I to some degree agree,” he said. “If people call Israel the devil incarnate, I think they are obsessed; they are mad. But this is still legitimate. But if they carry on saying that therefore there should be no Israel, that’s where anti-Zionism becomes anti-Semitism, because none of them ever said after Hitler that Germany should cease to exist, or after Stalin that there should be no Russia.”

Oz pulled a similar stunt when explaining his opposition to the boycott, divestment and sanctions movement. It is wrong, he said, “because it hardens the Israeli resistance, and deepens the Israeli paranoia that the whole world is [and] always has been against us, [as if to say]: ‘They [the boycotters] don’t even discriminate between one Israeli and the next; they boycott all of us, and whatever we do, they are going to hate us, so let’s be bad guys for a change.’” Furthermore, he added, just because boycotts were effective in the case of South Africa, “You have to be very stupid to think the prescription, the medicine, that worked very well against cholera will also kill the plague. This is a kind of mental laziness.”

Oz then went on to equate Palestinian terrorism with Israel’s response to it: “There are many, many people in… Europe who have a very soft spot for the Third World, saying, ‘Well those people have suffered a lot; you have to understand, it is only natural they are violent. [But] when it comes to the Jews, they often say: ‘Well, they have suffered so much, how can they be violent after such an experience?’” Nobody, Oz concluded, should be “100 percent pro-Israel or 100% pro-Palestine.” Everyone needs to “grasp the complexity and ambivalence of the clash between right and right, and sometimes between wrong and wrong.”

Oz’s display was disgusting, plain and simple. Nothing new there. But the way his interview is being reported by one media outlet after the other is equally disturbing. Somehow, the main message that has been plucked from his vile pontification was his acknowledgment that the denial of Israel’s right to exist – or claim that it shouldn’t have been established in the first place – “crosses the line from anti-Zionism to anti-Semitism.” Wow.

There are two possible reasons for this travesty. One is that a famous leftist like Oz is assumed to be so hostile to Israel that any scrap of recognition he bestows on it makes headlines. The other is that nobody, other than his BBC host, actually listened to, heard or understood what Oz said. Either reflects a very sorry state of affairs.

What I, for one, have to say about Oz’s book on Judas is that it takes one to know one.


The writer is the managing editor of The Algemeiner.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Israel shows Jordan proof its national carried out attack

Israel shows Jordan proof its national carried out attack

Times of Israel staff


Foreign Ministry sends video of Saeed Amro charging at Jerusalem police with a knife Friday before being shot dead by cops

 

Israel’s Foreign Ministry on Sunday sent video footage to Amman that proved a Jordanian national tried to stab Israeli Border Police officers in Jerusalem before he was shot dead, as the body of the would-be attacker was handed over to Amman for burial.
The Jordanian Foreign Ministry had Saturday sharply condemned the killing of Saeed Amro as “a barbaric act.”

Israeli security officials said Amro, 28, was shot and killed Friday as he approached a group of policemen with knives in each hand at the Damascus Gate entrance to the Old City. Upon searching Amro’s body, police found another knife on his person.

Footage from a security camera that was released Sunday corroborated the Israeli account, clearly showing Amro brandishing the blades and moving towards at security forces before being shot.

According to police, Amro also shouted “Allahu akbar” — God is great, in Arabic — as he approached the officers.

He had arrived in Israel the day before and stayed at a hostel in the Old City. On Friday morning he attended prayer services on the Temple Mount.

According to police, Amro purchased the knives at a shop in the Muslim Quarter market upon leaving the holy site on Friday and hid them in his clothes.

Jordanian authorities over the weekend expressed doubt that Amro had assaulted the Israelis at all, saying he was merely a tourist. A spokeswoman for the Jordanian Foreign Ministry denounced “the barbaric act of the army of the Israeli occupation, whose premeditated shooting of the Jordanian Saeed Amro… killed him on the spot.”

“Amro was part of a group of tourists who had entered the Palestinian territories on Thursday to visit Jerusalem,” Sabah Refai said.

Meanwhile, Amro’s body was handed over to the Jordanian authorities at the Allenby crossing on Sunday.

Also over the weekend, the Muslim Brotherhood’s political arm in Jordan called Amro’s death an “execution” and demanded the closure of Israel’s embassy in Amman.

Many Palestinians hold Jordanian passports, and Israeli police said on Friday they were checking if Amro also had Palestinian papers. But a Jordanian official source told AFP that he was not Palestinian.

Amro’s attack on Friday was just one of six that took place in the West Bank and Jerusalem in the past three days.

Senior Palestinian officials have also condemned the killing of attackers over the weekend as “executions,” though they said nothing of the attacks themselves.

On Friday a spokesman for Palestinian Authority President Mahmoud Abbas said the killings of two attackers by Israeli security forces in separate incidents in Jerusalem and the West Bank were “a crime and an execution.” Nabil Abu Rudeineh also called on the international community to defend the Palestinian people.

Hanan Ashrawi, a senior Palestinian official, also condemned Israel for the “extra-judicial killings” of attackers

Israel is flagrantly employing a systematic and willful policy of summary executions against the Palestinian people; such provocative acts are in direct violation of international law and conventions,” Ashrawi said. “We call on the international community to engage rapidly and effectively before it is too late.”

AFP and Judah Ari Gross contributed to this report.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Śledzę historię przez dziurkę od klucza [rozmowa z Aleksandrą Domańską]

Śledzę historię przez dziurkę od klucza [rozmowa z Aleksandrą Domańską]

pyta Monika Pastuszko


Z tej perspektywy Hitlera nie widać. Widać wykonawców jego zaleceń.

Monika Pastuszko: Grzybowska 6/10 to lament nad śmiercią mieszkańców tytułowej ulicy, a zarazem znakomity esej o źródłach Holokaustu. A jednak nie ma w nim mowy o Hitlerze. Pisze pani za Zygmuntem Baumanem, że los Żydów został przypieczętowany, kiedy pierwszy niemiecki urzędnik napisał pierwsze antyżydowskie pismo. Przygląda się też pani polskim poborcom gazowym wchodzącym do getta, aby ściągnąć ubiegłoroczne długi. Słowem – wiele miejsca poświęca pani wykonawcom.

Aleksandra Domańska: W szkole uczona byłam, że rzeczy przemieniają się za sprawą ducha dziejów, który przejawia się poprzez wielkie jednostki. Że świat zmienia się za sprawą jakiegoś Napoleona, Piłsudskiego. Tymczasem perspektywa, którą ja stosuję – perspektywa historii intymnej, którą śledzę przez dziurkę od klucza – nie pozwala mi się przyglądać tym wielkim procesom: ani wielkim ruchom wojsk, ani wielkim jednostkom.

Obserwuję poszczególne miejsca i poszczególnych ludzi z tymi miejscami związanych. Z tej perspektywy Hitlera nie widać. To inna skala, inny sposób widzenia historii. Historycy czy naukowcy opowiadają o wszechświecie za pomocą lunety, obserwując wielkie przestrzenie. A ja – za pomocą mikroskopu.

Przyznam się, że nie było moim zamiarem nie mówić o Hitlerze. Nawet tego braku nie zauważyłam. Po prostu nie wchodziłam do gabinetów polityków, tylko do gabinetów skromnych urzędników. Jeśli na los mojego bohatera wpływała decyzja takiego urzędnika, to on stawał mi przed oczami w swoich zarękawkach. Był trybikiem machiny, która miażdży mojego bohatera. Nie wchodziłam w głowę Hitlera, ale widziałam wykonawców jego zaleceń, obsesji i pomysłów politycznych. Myślałam o tych, którzy byli wykonawcami najokrutniejszymi i wpadałam w przerażenie.

Ponieważ system usprawiedliwiał okrucieństwo, to również nikt nie czuł się bezpośrednio winny. Dlatego Eichmann mógł powiedzieć, że on nigdy nie zabił żadnego człowieka. Temu rozproszeniu odpowiedzialności chciałam się przyjrzeć.

Powiedzieć, że winny był Hitler, byłoby zwolnieniem od odpowiedzialności tych, z którymi ja mam sprawę.

Jeśli przypiszemy winę Hitlerowi, wystarczy zdelegalizować Mein Kampf . Ale jeżeli widzimy, że w jakimś ułamku odpowiedzialni są też najdrobniejsi wykonawcy, to musimy wykonać bardziej skrupulatną, ale też pewnie bardziej skuteczną operację, by zidentyfikować odpowiedzialnych i zapobiec powrotowi strasznych czasów.

Z pewnością moja książka jest apelem o czujność. W momencie, w którym pomysły, nawet najlepsze, są pozbawione refleksji etycznej, mogą przynieść straszliwe skutki. I faszyzm, i komunizm to takie idee, które uruchamiają wyobraźnię, pozwalają nazwać wroga i skrzyknąć ludzi do walki z przeciwnościami, a wreszcie dają energię do marszu równym krokiem ku świetlanej przyszłości. Bez skrupułów. Bo widać, że ta świetlana przyszłość jest o krok, wymaga jednak ofiar.

Namyślając się nad XX wiekiem, cofam się do I wojny światowej i również nie widzę generałów czy polityków, tylko zaangażowanych w to wszystko intelektualistów. Widzę Marinettiego, który w 1908 roku wykrzykuje, że wojna jest higieną świata. W prawdziwe osłupienie wprawiła mnie wieść o tym, że cały Berlin wyszedł w 1914 roku na ulicę, żeby nakłonić Kaisera do decyzji o rozpoczęciu wojny. Wszyscy w szampańskich nastrojach weszli w tę wojnę…

Siłami prącymi ku wojnie były wtedy pokusa uniknięcia banału dziejowego i obietnica aktywnego uczestnictwa w spektaklu.

Spoglądam na to z dzisiejszej perspektywy i cierpnie mi skóra. Jakbym słyszała: „Co, znowu grill? Nareszcie by coś zrobić”.

Wiele miejsca poświęca pani Le Corbusierowi. Jego wizja zrodziła warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą, do którego należy blok Grzybowska 6/10. Był wizjonerem przekonanym, że wojna jest promotorką postępu: najlepszym przykładem – rozwój lotnictwa dzięki Wielkiej Wojnie. W odniesieniu do Warszawy brzmi to przerażająco.

„Dzisiejsza architektura nie spełnia koniecznych i wystarczających warunków do rozwiązania problemu. Problem w architekturze nie został bowiem postawiony. Nie było pomocnej wojny, tak jak w przypadku samolotu” – twierdził. To wizja wojny jako drogi do postępu i rytuału przejścia ku nowej epoce. Przywołuję pogląd Le Corbusiera jako pretekst do namysłu nad tymi wszystkimi ambicjami i projektami społecznymi, które wprawdzie chcą przyczynić się do zmiany na lepsze, ale w praktyce okazują się albo niepowodzeniem, albo wręcz katastrofą – także katastrofą starego świata.

Bada pani historię miejsca, w którym mieszka pani mama. Okazuje się, że to teren dawnego getta, że przed wojną w pobliżu mieszkał Isaac Bashevis Singer, a także kupiec Salomon Graff, za którym pani w książce podąża. Dlaczego potrzebny jest taki osobisty punkt wyjścia, skoro, gdziekolwiek pani spojrzy, tam znajduje pani historię XX wieku?

Cofnę się do genezy tego projektu. Ani Grzybowskiej 6/10, ani Ulicy Cioci Oli nie byłoby bez mojego filmu Wilcza 11, opowiadającego o kamienicy, w której mieszkam. A to, że postanowiłam zrobić film o mojej kamienicy, zrodzone zostało z absolutnego przypadku. Jedna istotna rozmowa z sąsiadką – z panią Marią Wasowską, żoną Jerzego Wasowskiego – sprawiła, że pomyślałam o czymś, nad czym wcześniej nie zastanawiałam się nawet sekundę: oto mieszkam w jednym miejscu 30 lat i nie wiem o tym miejscu absolutnie nic.

Najpierw myślałam o interesujących osobach, które mieszkały tam po wojnie. Wydawało się, że to może stanowić materiał na film dokumentalny. Ale potem się okazało, że do tej malutkiej i skromnej kamienicy wielka historia zaczęła się pchać drzwiami i oknami. I szukając opowieści, przepowiedziałam sobie historię tego miejsca, tego miasta, tego kraju, tego wieku. Potem mawiałam o tym okresie, że wyruszyłam w podróż, nie wychodząc z domu.

Ta podróż nie była łatwa – tak jak historia tego miasta i katastrofa, której doświadczyło. Okazało się, że nie ma żadnego dowodu na istnienie tej kamienicy przed 1939 rokiem, choć budynek w oczywisty sposób był przedwojenny. Ustalenie podstawowych faktów było zadaniem detektywistycznym. I to było arcyinteresujące. Ale też arcytrudne. To był pierwszy raz, gdy z takiego drobnego faktu –mieszkania w konkretnym miejscu – wynikła opowieść o sporej części tego miasta. Uczłowieczając swoją kamienicę, nabawiłam się też współczucia dla Warszawy.

Tak więc to, że wybrałam metodę opowiadania ze swojej intymnej perspektywy, jest zrodzone z tamtego przypadku związanego z kamienicą. Ale przy Grzybowskiej 6/10 o przypadku nie było już mowy. Ja zwyczajnie zaczęłam inaczej patrzeć. Wielkie dzieje rozproszyły mi się w małe historie.

Dba pani o to, by upamiętnić tych mieszkańców Grzybowskiej, o których nie ma prawie żadnych informacji. Wymienia pani imiona i nazwiska osób, które znalazła w księgach dłużników, wpisane tam za groszowe zaległości.

Refleksja nad Holokaustem jest zadaniem ponad ludzkie siły. Natomiast spotkanie z jednym skrzywdzonym człowiekiem, drugim, kolejnym – to jest już wykonalne. Nawet jeśli natykam się na bardzo skromne informacje o ludziach, którzy doświadczyli rzeczy strasznych, to chcę im dać sekundę współczucia. To też jest taki rodzaj zemsty na tych, którzy tych ludzi skazali nie tylko na śmierć, ale także na niepamięć.

Człowiekiem, za którym pani podążyła, jest Salomon Graff, zamożny przedsiębiorca, i jego rodzina. Czy to dlatego, że o nich informacji było więcej? Wszak z dobrze sytuowanej rodziny mógł ktoś ocaleć. Ubodzy mieszkańcy Grzybowskiej raczej nie mieli szans na ukrywanie się po „aryjskiej” stronie, bez dobrej znajomości polskiego i bez pieniędzy.

Tu nie było żadnej kalkulacji. Osoba Salomona Graffa pojawiała się raz po raz w różnych miejscach. Zaczął on wyłaniać się z tej grupy jako ktoś, o kim można powiedzieć coś więcej. Ale nie mogłabym opowiedzieć tej historii, gdyby nie Jurek Glass, krewny Salomona Graffa, z którym skontaktowałam się dzięki kartotekom Yad Vashem. Potem okazało się, że Salomon Graff i Jurek Glass byli razem w getcie. Jakby tego było mało, ocalały listy, które Roma Wilner, krewna Jurka, wysyłała z getta do swojego męża. Szczęśliwym trafem jest to, że Jurek Glass zapamiętał swoją polszczyznę, i to w tak doskonały sposób. Są tacy, którzy nie chcieli pamiętać.

Jurek Glass jest postacią, która łączy w sobie tożsamość żydowską i polską. Bardzo kochał Warszawę, kocha ją nadal. Dlaczego wyjechał?

Wyjechał z Polski w 1948 roku. To już było po wyraźnych sygnałach, że Polska, pomimo Holokaustu, nie jest miejscem przyjaznym Żydom. Był osierocony, nie miał tu nikogo. Co zaś do jego polskości – powiedziałabym, że dla niego ważniejszy jest związek z Warszawą. On do dzisiaj jest stąd. Tu się zdarzyły rzeczy najstraszniejsze – i też te najlepsze. Zdjęcie małego Jurka Glassa z ojcem, które jest na okładce książki, według mnie jest opowieścią o niezwykle silnej i pięknej relacji.

Zaczęliśmy się starać o odnowienie obywatelstwa. Trudno było dowieść istnienia Jurka w Polsce: przecież płonęły dokumenty, płonęły archiwa. Ale w pewnym momencie poszłam do archiwum wydziału medycznego Uniwersytetu Warszawskiego i w teczce, która przeleżała spokojnie całą wojnę, znalazłam zdjęcie młodego chłopaka, Mieczysława Glassa, w szarym mundurze wojskowym z 1918 roku. Mieczysław, ojciec Jurka Glassa, któremu wojna przerwała studia, jako przyszły medyk był w służbach sanitarnych obrony Lwowa. W 1920 roku wystąpił o urlop, poszedł na wojnę, w czasie Cudu nad Wisłą stacjonował gdzieś pod Warszawą. Uczestniczył w polskich wojnach, walczył o niepodległość Polski. Jak inaczej udowodnić polskie obywatelstwo, jeśli nie takimi działaniami?

Potem zaś Jurek, nieinstruowany przez nikogo, zgłosił się do powstania warszawskiego. Jak sam mówił: dlatego, że miał osobiste porachunki z nazistami. Nie musiał, miał wtedy 14 lat. A jednak się zaangażował. Ponieważ znakomicie się uczył języków, szybko nauczył się niemieckiego i z jakimiś trefnymi częściami jeździł w tramwaju nur für Deutsche – był blondynem o niebieskich oczach. Został ranny.

Udało się potwierdzić jego obywatelstwo?

Udało się. Zawierzono nam, że Jurek Glass rzeczywiście istnieje i że jest tym, kim się mieni. Dostał też symboliczne potwierdzenie uczestnictwa w powstaniu warszawskim. Myślę zresztą, że takie uznanie zasług, bohaterstwa, zadośćuczynienie należałoby się wielu.

Czy historie żydowskich warszawiaków, takie jak Jurka, są obecne w dyskursie publicznym o powstaniu? A może ważniejsze od dyskursu publicznego są edukacja i snucie mikroopowieści?

Trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z opowieściami o migotliwych tożsamościach. Kiedyś moja serdeczna przyjaciółka, mądra starsza pani, powiedziała: Pamiętaj, ty nie opowiadasz o Żydach. Ty opowiadasz o ludziach. Opowiadałam więc los człowieka, którego częścią tożsamości było to, że był Żydem. I tylko ze względu na to dokonano na nim gestów gigantycznego okrucieństwa.

Taka była zresztą natura tamtych czasów, że wszystko było tajne przez poufne, wszystko było ukrywane. Ile było żydowskich ofiar w powstaniu? Ci ludzie umierali jako Kowalscy, więc tego nijak nie można policzyć i podać wyniku w procentach.

Mieczysław Glass był lekarzem w getcie. Dlaczego nie próbował przejść na „aryjską” stronę?

Przed wojną miał praktykę lekarską w mieście. Jurkowi przedstawił to tak, że nie będzie miał szans na ukrycie się, bo pacjenci go rozpoznają. To jest wszystko, co wiem. Reszta to domysły. Nie miałam o nim wielu danych, ale zapałałam do niego wielką sympatią i podziwem. To dla mnie postać, która jest odtrutką na bestialstwo Holokaustu.

Jurka Glassa i jego krewną Romę Wilner uratowała Aniela Nowak, służąca pracująca u rodziny przed wojną. Ratowała też żonę i syna Salomona Graffa.

O takich jak ona – polskich służących i zarazem przyjaciółkach rodziny – pisał Emanuel Ringelblum: „Ofiarność i poświęcenie tych prostych ludzi sięgały wyżyn etycznych, przerastały normalne, ludzkie przywiązanie”. Ci, którzy ukrywali Żydów za pieniądze i dla pieniędzy, wcześniej czy później porzucali swoich podopiecznych, bo tracili zysk albo coraz bardziej się bali. Aniela Nowak była prostą kobietą, która dokonała rzeczy heroicznych. Przez trzy tygodnie ukrywała cztery osoby w piwnicy domu nazistowskich dygnitarzy. Codziennie dostarczała ukrywanym jedzenie. Potem zorganizowała ich ucieczkę pod Warszawę, do Szczaków.

Czy pani książkę przeczytał ktoś z mieszkańców Grzybowskiej 6/10?

Przeczytała ją moja mama. Wiem też, że teraz czyta ją jej sąsiadka, wspominana w książce pani Helenka, a także jakaś pani z administracji. Dochodzą mnie słuchy, że moja książka nie wzbudza sprzeciwu tych, którzy przeżyli. To jest dla mnie pieczęć wiarygodności namysłu, który sobie zafundowałam. Chciałabym wierzyć, że książka znajdzie sposób na to, żeby czytali ją młodzi. Każdy z nas mógłby zaglądać przez dziurki od klucza do starych kamienic, zastanawiać się, jakie życie kiedyś tam się toczyło i w ten sposób zaprzyjaźniać się z przeszłością. Gdyby spojrzeć z namysłem na losy żołnierzy wyklętych, to też pewnie natrafilibyśmy na całe to zagmatwanie i nieoczywistość ludzkich dróg. Tylko trzeba nosić to w głowie, a nie na piersiach. Trzeba się na tych poszukiwaniach skupić, poświęcić się im. Ale to, co się pojawia, potem zaczyna komponować się w opowieść i puchnąć od sensów. Rzeczy zaczynają się mrowić i wiązać ze sobą. Tak, jakby ci nieobecni ofiarowywali coś w nagrodę za uwagę im poświęconą.

To utopijny pomysł, ale gdyby każdy z nas wysnuł jedną taką opowieść o miejscu, z którym jest związany, to moglibyśmy przepracować trochę historię tego kraju.

Nauczyć się takiego głębszego namysłu, który sprawia, że wszystko staje się mniej oczywiste, ale też mądrzejsze.


Aleksandra Domańska – reżyserka, scenarzystka, eseistka. Zajmuje się „geografią miejsc pamięci”: stworzyła film dokumentalny o warszawskiej kamienicy, w której mieszka – „Wilcza 11”, Chełm, rodzinne miasto jej ojca, stał się z kolei bohaterem eseju pt. „Poświadczenie obywatelstwa”. W 2013 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się książka „Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki”, a w 2016 – „Grzybowska 6/10. Lament”.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com