Archive | September 2016

Dlaczego 17 września daliśmy się Sowietom zaskoczyć?

Dlaczego 17 września daliśmy się Sowietom zaskoczyć?

Piotr Kołakowski


Wywiad KOP“Wywiad korpusu ochrony pogranicza latem 1939 roku informował o możliwości porozumienia niemiecko-sowieckiego kosztem Polski. Fot. Janusz Fila/Forum

Proces Sosnowskiego

Wiadomości dostarczane przez wywiad głęboki i płytki, a także ataszat wojskowy w Moskwie były analizowane i opracowywane w Samodzielnym Referacie Rosja, wchodzącym w skład Wydziału IV. Referatem tym kierował od lutego 1939 r. major, a następnie ppłk Olgierd Giedroyć, który zastąpił na tym stanowisku mjr. Wincentego Bąkiewicza. Oddział II nie miał w 1939 roku możliwości zdobywania wartościowych informacji ani dokumentów. W tym samym czasie doszło też do osłabienia aparatu wywiadowczego zajmującego się kierunkiem wschodnim, bowiem latem 1939 roku część personelu pracującego w wywiadzie KOP, w związku z niemieckimi żądaniami wobec Polski, została przeniesiona do komórek wywiadu rozpracowujących Niemcy. Dodatkowo cieniem na pracę Oddziału II kładł się proces poszlakowy mjr. Jerzego Sosnowskiego, byłego kierownika berlińskiej placówki In.3, toczący się w Warszawie od marca 1938 r. Sosnowski został posądzony o współpracę z Niemcami i na podstawie wątpliwych dowodów skazany w czerwcu 1939 r. na 15 lat więzienia. Jego proces bardzo absorbował oficerów wywiadu wojskowego i podzielił to środowisko – jedni zarzucali Sosnowskiemu zdradę, inni zaś odrzucali te oskarżenia, uważając, że dobrze wywiązał się z obowiązków. Jednym z ekspertów w procesie był kierownik Referatu Wschód kpt. Jerzy Niezbrzycki, który stwierdził, że sprawa Sosnowskiego „absolutnie i kategorycznie odrzuciła mnie od Oddziału II”. Niezbrzycki w przededniu wybuchu II wojny światowej odpowiadał za sprawy związane z formowaniem Legionu Czechosłowackiego w Polsce, a w marcu 1939 r. powierzono mu też kierowanie czasopismem „Polska Zbrojna”. Konieczność łączenia wielu funkcji nie mogła zapewne wpływać pozytywnie na jakość nadzoru nad pracą wywiadu głębokiego na ZSRR. Nieprawidłowości, które ujawniły się w trakcie procesu mjr. Sosnowskiego, podważyły zaufanie, jakim Oddział II darzyli zarówno marszałek Edward Rydz-Śmigły – generalny inspektor Sił Zbrojnych, jak i szef Sztabu Głównego Wojska Polskiego II Rzeczypospolitej gen. Wacław Stachiewicz.

Niemożliwy sojusz

Wiosną i latem 1939 roku do centrali „dwójki” napłynęło wiele informacji wskazujących na spore prawdopodobieństwo zawarcia porozumienia między Moskwą a Berlinem. W połowie tego roku wywiad KOP informował o przyjmowaniu w ZSRR z wielkimi honorami niemieckiej misji handlowej. Niezależnie od tych ustaleń aparat wywiadowczy działający na kierunku niemieckim przekazywał wiadomości wskazujące na możliwość podpisania porozumienia niemiecko–sowieckiego kosztem Polski. Informowały o tym placówki wywiadowcze „Reggio II” w Kopenhadze i „Tirana” w Berlinie. Również attaché wojskowy w stolicy III Rzeszy ppłk Antoni Szymański już wiosną ostrzegał o dążeniu Adolfa Hitlera do porozumienia z Józefem Stalinem. Na ożywione konsultacje dyplomatyczne na linii Berlin – Moskwa zwracali też uwagę polscy konsulowie w Królewcu, Lipsku i Berlinie. Wyjaśnienie postawy ZSRR wobec Polski w sytuacji postępującego zagrożenia wojennego ze strony Niemiec było zagadnieniem kluczowym. Informacje docierające do centrali „dwójki”, mówiące o możliwym zwrocie w relacjach niemiecko-sowieckich, były jednak traktowane jako element nacisku Berlina na Warszawę lub jako intryga Moskwy. W Oddziale II uważano, że – pomimo wrogości – ZSRR zachowa neutralność, bo Stalin nie będzie chciał prowadzić wojny armią osłabioną czystkami. Realne niebezpieczeństwo agresji ze strony wschodniego sąsiada zakładano tylko w przypadku klęski Polski w starciu z Niemcami. Twierdzono również, że sprzeczności ideologiczne wykluczają jakiekolwiek porozumienie i współpracę sowiecko-niemiecką. Podpisanie 23 sierpnia 1939 roku układu Ribbentrop-Mołotow stanowiło dla „dwójki” zaskoczenie. O możliwości istnienia tajnego protokołu meldowano m.in. z placówki wywiadowczej Referatu Wschód – L.19 w Mińsku, kierowanej przez mjr. Rafała Protassowickiego. W depeszy polskiej ambasady w Londynie z 23 sierpnia 1939 r., przekazanej następnego dnia „dwójce,” stwierdzono, że Łotwa, Estonia i Finlandia stają się strefą wpływów sowieckich. W tym kontekście może budzić zdziwienie, dlaczego w Oddziale II nie wzięto pod uwagę możliwości, że porozumienie na linii Berlin-Moskwa zawiera postanowienia dotyczące Polski. Wiadomości na temat tajnej umowy sowiecko-niemieckiej kosztem państwa polskiego były uznawane za mało wiarygodne i przesadzone.

czytaj dalej: Dlaczego 17 września…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Czy można zrozumieć Auschwitz? Wokół przedstawienia „Album Karla Höckera”

Czy można zrozumieć Auschwitz? Wokół przedstawienia „Album Karla Höckera”

Alicja Rosé


Kim tak naprawdę byli oficerowie, ludzie pracujący w obozach koncentracyjnych? Amerykański reżyser Paul Bargetto wraz z grupą teatralną Trans-Atlantyk starają się odtworzyć sytuacje ze zdjęć Karla Höckera, adiutanta Rudolfa Hössa, komendanta obozu Auschwitz-Birkenau.

Kilka lat temu pewien amerykański oficer przyniósł do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie zbiór fotografii. Album znalazł się w jego posiadaniu kilkadziesiąt lat wcześniej, leżał w szufladzie jakiegoś biurka we Frankfurcie. Dość prędko zorientowano się, że musiał należeć do Karla Höckera – adiutanta obozu Auschwitz. Najkrócej i najbrutalniej rzecz ujmując, można powiedzieć, że jest to album Karla Höckera i jego kolegów powstały w pracy i w czasie fajrantu.

Na zdjęciach nie ma śladu obozu, kominów, więźniów. Są oficerowie w mundurach, doskonale prezentujący się przed okiem aparatu, w różnych pozach i konstelacjach, najczęściej uchwyceni w trakcie rozmowy, czasem ważnej, jak widać po poważnych minach, czasem lekkiej i żartobliwej. Jest też kilku lekarzy w kitlach (błyskawicznie rozpoznajemy doktora Mengele po jego ironicznym, złośliwym uśmieszku), jest i pies. Część fotografii pochodzi z Solahütte. Był to drewniany dom w stylu bawarskim nad Sołą, kawałek za obozem, gdzie naczelnicy, adiutanci, pracownicy obozu w Auschwitz mogli odpocząć przez kilka dni w nagrodę za szczególne zasługi (takie jak choćby zastrzelenie kilku uciekających więźniów ciemną nocą). Wszystkie mają wartość porażającego dokumentu, nawet jeśli widzieliśmy już wiele fotografii z tego okresu. Takich świadectw jest oczywiście więcej. Pamiętników, relacji byłych więźniów, relacji komendantów. Są wspomnienia Rudolfa Hössa, naczelnika obozu Auschwitz. Wszystkie te dokumenty dają nam pewien obraz piekła, ale na pewno nie jest to pełny obraz. Tylko ci, którzy naprawdę doświadczyli tej gehenny, wiedzą, czym ona była.

Dlaczego więc album zdjęć Karla Höckera jest w jakiś sposób dokumentem wyjątkowym? Trudno powiedzieć od razu, w pierwszym momencie, gdy ogląda się zdjęcia na stronie Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie (które to na swoim portalu udostępnił „New Yorker”). Po pewnym czasie coś zaczyna nas jednak niepokoić.

Być może podobne odczucia miał Paul Bargetto, reżyser teatralny z Nowego Jorku, który razem z polskimi aktorami założył grupę teatralną Trans-Atlantyk i postanowił wspólnie z nią oraz z dramatopisarką Małgorzatą Sikorską-Miszczuk uchwycić sens owego niepokoju. Artyści podjęli więc próbę odtworzenia sytuacji ze zdjęć, wcielili się w role fotografowanych ponad 70 lat temu osób. Metoda wydaje się prosta. Przedstawienie oparte na dokumentach, relacjach, listach to przykład teatru dokumentalnego czy też teatru faktu. Cała grupa wyruszyła w długą podróż, przez ponad pół roku zagłębiała się w lektury, czytała relacje byłych więźniów, wspomnienia Rudolfa Hössa. Pojechała do muzeum obozu w Auschwitz. Zadawała sobie pytania i próbowała zrozumieć, kim byli ludzie ze zdjęć. Na podstawie tych podróży powstało przedstawienie teatralne, wystawiane początkowy w Instytucie Teatralnym w Warszawie. Później można było je oglądać podczas Festiwalu Malta w Poznaniu, Festiwalu Non-Fiction w Sopocie czy podczas Festiwalu Interpretacje w Katowicach.

„będziemy się zatrzymywali / przy tym słowie, / to słowo będzie / nas zatrzymywało”

Przedstawienie ma prostą konstrukcję. W tle sceny wyświetlane są zdjęcia, aktorzy zaś starają się je odtworzyć, ustawiają się w identycznych pozach, starają się zrobić te same miny. Jednak to, co się wydarza na scenie, gdy w tle za aktorami wyświetla się ogromna fotografia, wywiera silne wrażenie. Widownia nie jest bierna, jesteśmy częścią procesu albo możemy nią być, jeśli tylko spróbujemy się otworzyć, spojrzeć na całość bez uprzedzeń, wczuć się w historie rekonstruowane przez aktorów, aż wreszcie, pomyśleć o osobach ze zdjęć jak o ludziach, takich samych, jak my. Przedstawienie oscyluje między fikcją, faktem a terapią.

Paul Bargetto znalazł znakomitych aktorów, ich gra jest inteligentna. Widać, że nie są tylko narzędziami w rękach reżysera, lecz także współtworzą przedstawienie, które jest wynikiem przemyśleń każdego z nich. Pierwsza fotografia przedstawia właściciela albumu z doktorem Mengele. Aktorki przyglądają się zdjęciom, jakby widziały po prostu dwóch mężczyzn: „Jakie ma usta…”, komentuje pierwsza. „Kobiece usta, do całowania”, zwierza się druga i dodaje: „Höcker wydaje mi się delikatny. Ale też zdecydowany, odpowiedzialny”. Na ile jesteśmy w stanie przyjrzeć się zdjęciom bez odniesienia do minionej rzeczywistości? Jak w wierszu „Jedwabne” Adama Zagajewskiego: „Jedwabne suknie i pończochy, / jedwabne stroje dawnych dam – / ale to słowo będzie już teraz / brzmiało inaczej, / będziemy się zatrzymywali / przy tym słowie, / to słowo będzie / nas zatrzymywało”. Nie jesteśmy w stanie uciec od pewnych skojarzeń. Aktorzy musieli wykonać podwójną pracę – najpierw zapoznać się dobrze z całą historią, a potem ją zapomnieć.

20150120_0362

Możemy zobaczyć, jak podekscytowany Höcker dzwoni do żony, aby jej powiedzieć, że dostał awans. Będzie adiutantem obozu w Auschwitz, a żonie jest przykro, bo znów nie przyjedzie na święta… Przynajmniej tak wygląda jedna z możliwych interpretacji, jaką proponuje teatr Trans-Atlantyk. Widzimy, jak Höcker tresuje psa, w którego wciela się aktor biegający z wywieszonym językiem po sali.

Rudolf Höss w swoich wspomnieniach przedstawił sylwetki poszczególnych zwierzchników i adiutantów obozu. Jak mantra przewija się tu zdanie, jakim to każdy z nich był dobrym, porządnym człowiekiem, dobrym mężem, dobrym ojcem swoich dzieci. Dopiero gdy jeden z nich, Alfred Hasselberg, SS-Sturmbannführer, zostawił psa zimą na dworze, przez co ten niemal zamarzł, „jego podwładni – ci sami, którzy w poprzednich tygodniach zabili tysiące Polaków i Żydów – nie mieli wątpliwości, że Hasselberg jest złym człowiekiem” [1]. I to jest chyba właśnie ten moment, który niepokoił grupę teatralną Trans-Atlantyk, i który zaniepokoił również mnie.

„Myślałem wtedy, że robię coś dobrego”

Istnieje wiele prac starających się opisać i zrozumieć mechanizm Zagłady. Nie zamierzam ani ich tutaj powtarzać, ani stawiać żadnej nowej, spektakularnej tezy na temat mechanizmu czy przyczyn powstania nazistowskiego totalitaryzmu. Może raczej powiem coś, o czym warto pamiętać, a co staje się silnym uczuciem, a jednocześnie kluczowym elementem przedstawienia. Naczelnicy, adiutanci, lekarze, sekretarki – wiele osób, pracujących w obozie Auschwitz-Birkenau – kierowali się w swoim postępowaniu przede wszystkim… miłością. Siłą sprawczą ich działania była miłość. Miłość, a nie – jak moglibyśmy przypuszczać – nienawiść. Wszyscy ci ludzie, ogromna ludzka machina, działali na rzecz specyficznie zdefiniowanego dobra. Nie myślę tutaj o miłości romantycznej, nie jest to bynajmniej agape, jest to raczej eros, ogromna siła. Z naszej perspektywy widzimy zaślepienie, agresję, nienawiść. W większości przypadków jednak ludzie zatrudnieni w obozach działali w swoim przekonaniu na rzecz dobra swojego kraju, by zrealizować ideę, by zadowolić Führera, którego traktowali niczym ojca.

„Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane” – stare przysłowie przemówiło do mnie. Tylko i wyłącznie w imię miłości człowiek jest w stanie poświęcić swoje życie. Naczelnicy, adiutanci obozów w Auschwitz, Treblince, Sobiborze mieli nieraz wątpliwości, ale uczyli się wyłączać ludzkie odruchy w przekonaniu, że tak właśnie muszą postąpić, że nie mają innego wyjścia, bo ostateczny cel jest tak istotny, nie ma innej drogi. „Ja nie mogłem przyznać się do wątpliwości”. Ich posłuszeństwo i przekonanie o działaniu w słusznej sprawie przeważyły. Jon Ronson, brytyjski reporter, wiele lat po słynnym doświadczeniu Zimbardo, badającym dynamikę relacji między więźniami i strażnikami, dotarł do dwóch uczestników tamtego eksperymentu. Przyznali, że mieli świadomość, co Zimbardo chce udowodnić, i starali się mu tylko jak najbardziej w tym pomóc. „Myślałem wtedy, że robię coś dobrego” – usłyszał Ronson [2]. Aktorzy Trans-Atlantyku też mieli opory przed wcielaniem się w oficerów SS, ale gdy reżyser zapytał, czy mogliby to zrobić dla niego, dla kogoś bliskiego, z miłości, „out of love”, ich podejście do pracy nad przedstawieniem nabrało nowego znaczenia i treści.

 

Czytaj dalej tu: Czy można zrozumieć Auschwitz? Wokół przedstawienia „Album Karla Höckera”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


‘Women’s flotilla’ to Gaza accuses Israel of causing delays

The Jerusalem Post - Israel News‘Women’s flotilla’ to Gaza accuses Israel of causing delays

ARIK BENDER


The small fleet of 2 vessels was set to carry dozens of women with the aim of breaching Israel’s naval blockade of the Strip, however police and a bad engine slowed them down.

Gaza flotillaActivists aboard a flotilla to Gaza [file] Photo By: REUTERS

The flotilla to Gaza, which was set to arrive in early October carrying 30 women from around the world on two ships, got off to a late start.

One of the ships, the Amal (Hope) was forced to turn back after facing engine trouble. The second ship, the Zaytouna (Olive), set off only late in the afternoon after being delayed for many hours by local Italian police.

The flotilla’s organizers accused Israel of causing the delays and stated that they hope the Amal will be able to return to sea after being repaired.

One of the passengers of the Flotilla, Zohar Regev, an Israeli who grew up on a kibbutz and has since relocated to Spain, spoke in an interview on the flotilla’s website. Regev discussed her expectation of Israel to use force to stop the flotilla.

“We are committed to non-violence. We will not give Israel a reason to attack us violently,” Regev stated.

She continued, “You need courageous people to set out on a flotilla like this. Silence on Israeli actions would be an outrageous injustice and shame.”

The schedule for the 'Women's Boat to Gaza' flotilla (Screenshot)The schedule for the ‘Women’s Boat to Gaza’ flotilla (Screenshot)

In addition to Regev was a media spokesperson for Arab-Israeli MK Haneen Zoabi (Joint List), Yehudit Elini.

Mairead Maguire, a Nobel Peace Prize laureate from Northern Ireland, was also on board. Maguire’s husband was killed during the takeover of the Mavi Marmara in 2010.

In an act of support for the event, 55 members of the European Parliament appealed to the EU Minister of Foreign Affairs, Federica Mogherini, to urge Israel to ensure “safe passage” for the two ships.

Days before the flotilla launched, a diplomatic source told The Jerusalem Post’s sister Publication Maariv that the Foreign Ministry was doing its utmost to deal with the matter. The source added that the ministry’s efforts sought to minimize possible diplomatic and media harm caused by the flotilla.

MK Oded Forer (Yisrael Beitenu) turned to Knesset Director General Albert Sakharovich, demanding measures be taken against Elini. Knesset Speaker Yuli Edelstein told him in response that they would look into her participation and the “implications of this situation on her continued activity in the Knesset.”

Likud MK Dr. Anat Berko turned to the head of Israeli Police investigations, Manny Yizhaki, asking that an investigation be opened against the flotilla’s Israeli participants for committing security offenses.

“Zohar Birawi from England and Mazen Kahil from France are members of Hamas’s European headquarters and are the flotilla organizers,” Berko explained.

“Any Israeli citizen who took part in the flotilla came into contact with a foreign agent and committed an act of solidarity with a terrorist organization,” Berko added.

In June, Israel and Turkey mended a six-year rift sparked by the Mavi Marmara incident, in which 10 Turkish citizens were killed attacking Israeli commandos.

Israel fears such flotillas could be used to transport materials to Gaza that could be used by terrorists to manufacture weapons and militant infrastructure.

Last June, the Israeli Navy intercepted a Swedish flotilla boat off the coast of Gaza without incident and towed the vessel into the Ashdod Port.

Jpost.com Staff contributed to this article.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Amira Hass refuses to condemn, and implicitly justifies, terror

Amira Hass refuses to condemn, and implicitly justifies, terror

elderofziyon2


Haaretz writer Amira Hass refused to condemn the wave of Palestinian terror attacks occurring that the time.

She gives two reasons for her refusal to condemn, neither of which make any logical sense.

The first is that Israel doesn’t condemn its soldiers for killing civilians. The flaws in that analogy are obvious: as the Israeli ambasssador noted, Israelis don’t celebrate dead Arabs. The IDF is not targeting civilians, as Palestinians target Jewish civilians. And in the specific example that Hass gives, of the Samouni family in 2009, the family happened to include members of Islamic Jihad.

The Hass makes another argument against condemnation, saying that the source of all violence is the “occupation.” Even when IDF soldiers aren’t hurting anyone, they are the source of violence. When the ambassador noted that this does not justify Palestinian terror, she demurred, but didn’t explain the relevance of the “occupation” to the terrorism if not as a justification for the acts of terror

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Nea Weissberg: „Gorzki smak szczęścia” [recenzja]

Nea Weissberg: „Gorzki smak szczęścia” [recenzja]

Dorota Kozłowska


nea-weissberg-gorzki-smak-szczęścia-powieść-w-listach-drugie-pokolenie-po-holokauście-zagłada-ocaleni-żydzi-w-niemczech-02

„Gorzki smak szczęścia” to powieść w listach, kolejny głos drugiego pokolenia, intymna historia, w której Nea Weissberg opisuje losy swojej rodziny, dzieciństwo, dojrzewanie, relacje z najbliższymi, dochodzenie do prawdy i budowanie własnej tożsamości.

Urodziła się, wychowała i pozostała w Niemczech, będzie mówić o sobie berlinianka żydowskiego pochodzenia. Jej listy adresowane są głównie, choć nie tylko, do wykreowanego przyjaciela – nie-Żyda. Tworzy się między nimi specyficzna więź, dialog pełen emocji, zwątpienia, trudnych momentów. Kiedy Nea opowiada mu o losach swojego ojca, następuje przełom, zerwanie nici porozumienia. Okazuje się, że to za dużo. Dzieli się z nim opowieścią, na którą przyszło czekać jej bardzo długo. Ojciec potrzebował 67 lat, żeby opowiedzieć o Zagładzie, pogromie we Lwowie, swoich wojennych przeżyciach. Nea przekazuje je przyjacielowi, ale nie jest on gotowy na ich ciężar. Okazuje się, że jemu, Niemcowi z drugiego pokolenia, trudno go udźwignąć:

„Moja historia nie jest Twoją historią? Uważasz, że można ją tak po prostu odłożyć ad acta, wyrzucić do archiwum? Tak po prostu, jakby się nic nie zdarzyło? Jak to możliwe? Wybierasz życie w hipokryzji?”

Nea zadaje mu w jednym w listów ważne pytanie, chce wiedzieć, w jaki sposób poradził sobie z traumą, jak rozmawia o niej w rodzinnym domu. Łączy ich przecież dramatyczna historia, są jej częścią, dostali ją w spadku. Cała korespondencja pokazuje trudne relacje i jest próbą odpowiedzi na pytanie o możliwość porozumienia między tymi, którzy przeżyli, ich dziećmi i wnukami. Jak może porozumieć się i dzielić swoimi przeżyciami drugie pokolenie Żydów i Niemców, jak mogą poukładać swoje relacje i je zrozumieć? Książka staje się dzięki temu także przyczynkiem do rozmowy o drugim pokoleniu w ogóle – „dzieciach aryjskich zdobywców”, jak pisze o nich w swoim liście do autorki psychoterapeuta Jürgen Müller-Hohagen. Obie strony stoją przed ważnym i trudnym wyzwaniem. Oboje – Nea i jej przyjaciel, zostali obarczeni historią trudną, ale wspólną, niezależnie, czy tego chcą i czy się na to godzą.

nea-weissberg-gorzki-smak-szczęścia-powieść-w-listach-drugie-pokolenie-po-holokauście-zagłada-ocaleni-żydzi-w-niemczech-04

Wspomnienia Nei związane z domem rodzinnym naznaczone są milczeniem, niedopowiedzeniami, dystansem. Świadectwa dzieci ocalałych z Zagłady, ich doświadczenia, choć przecież różne, pokazują to samo zagubienie, ciszę i oczekiwanie na głos drugiej strony, który niesie ból, ale mimo to może pomóc w odnalezieniu własnej tożsamości. Głos dający szansę zrozumienia swoich najbliższych, których pozostało tak niewielu. A co z całą resztą, tymi, którzy żyją jedynie na fotografiach i w strzępkach rozmów? Poznanie ich historii sprawia, że stają się nagle obecni. Rodzice Nei mówili po polsku, gdy chcieli, aby dzieci ich nie rozumiały. One z kolei znały francuski i niemiecki, wychowywane przez nianię – Niemkę, o której Nea pisze, że była ich „mamą na niby”. Język polski, język przeszłości, niesie ze sobą tajemnicę, jak śpiewane w jidysz piosenki i zaciśnięte usta. Nea, jej siostra bliźniaczka, brat, niania i rodzice, mieszkają w Niemczech, w domu pełnym tajemnic. Skąd tyle milczenia, szeptów, skąd smutek na twarzy mamy? W tym domu nie zadawało się zbyt wielu pytań. Gdy dzieci dorosły, relacje pozostały równie skomplikowane. Z czasem milczenie narasta, warstwa po warstwie, a dzieci – już dorosłe, wiedzą więcej, snują domysły, chcą poznać prawdę, nawet jeśli niesie za sobą cierpienie. Zbudować więź z rodzicami, dowiedzieć się, kim byli, kim są teraz, wyciągnąć ich spod wyuczonych gestów, pozorów.

Mała Nea, ale chyba i ta już dorosła, szukała ciepła, sympatii i tego wszystkiego, czym matka obdarza dziecko, ale trudno było o taką więź w jej domu. Kłębią się w głowie pytania i smutek:

„Nagłe wspomnienie: dwa płaszcze, jeden ciemnoniebieski, trenczowy, i jeden z futra. Za małe, za szerokie, za krótkie dla mnie – należały do mojej mamy. I czerwony szal, aksamitny w dotyku – chętnie bym go teraz nosiła, ale nie mogę się odważyć. Dlaczego nie? Byłoby to jak czuły dotyk, zarazem oczekiwany i zakazany, którego być może nie było między nami wcale. Nigdy? Czy okłamują mnie wspomnienia? Dziecięce zdjęcia w rodzinnych albumach mówią przecież coś innego: na zdjęciach wspieram się o Ciebie, Mamo…”.

Nea, już jako dorosła kobieta, wyrusza na wycieczkę do Polski, śladami swoich rodziców, śladami całego narodu. To podróż, która zamyka pewien rozdział, przywołuje obraz rodziców, matki, tęsknoty za nią, ale także przybliża ją do nich.

„Gorzki smak szczęścia”, to osobista opowieść poruszająca jednak kwestie obecne w wielu świadectwach drugiego pokolenia. Trudne, często bolesne relacje z rodzicami, to z pewnością ważna ich część. Poczucie wyobcowania, także w sensie przynależności do miejsca, narodu, inność, ciągłe poszukiwanie tożsamości. Autorka za pomocą wykreowanego adresata prowadzi sama ze sobą dialog, stawia w nim wiele pytań, na które nie potrafi odpowiedzieć.

prenumerata
W posłowiu Halina Birenbaum oddaje aurę, w jakiej dorastała Nea, która stała się częścią jej nieprzynależności:

„W normalnych warunkach dziecko wyrasta w swoim kręgu rodzinnym: rodzice, ciocie, wujkowie – rozeznaje się wśród nich, czuje się pośród nich bezpiecznie. Również zdjęcia przodków rozszerzają to rodzinne grono; styl ich życia, otoczenie, miejsca, język są mu dobrze znane. Jego doznania pochodzą ze wspólnego świata rodzinnego. Jest to świat pełen uczuć, spotkań, doświadczeń. Tego wszystkiego nie ma potomstwo, które przyszło na świat po Zagładzie, w większości urodzone już poza krajem ojczystym swych rodziców.”

„Gorzki smak szczęścia” pokazuje chyba mało znaną sytuację Żydów ocalałych z Zagłady, którzy postanowili z różnych powodów związać swoje losy z Niemcami. Warto zwrócić uwagę na listy umieszczone na końcu książki, których nadawcami są przyjaciele, członkowie rodziny, psychoterapeuci. Zwracają się do Nei, odnoszą do jej tekstu, ale przedstawiają i dzielą się także swoimi doświadczeniami, spostrzeżeniami, uwagami. Listy wraz z posłowiem Haliny Birenbaum i wstępem Michaela Schudricha doskonale uzupełniają i komentują całą książkę. To z pewnością kolejne ważne doświadczenie drugiego pokolenia, które ma szansę opowiedzieć o przekazanej im traumie.

Książka została wydana w języku polskim w Niemczech, dlatego jej dostępność w Polsce jest mocno ograniczona. ∎


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com