Archive | August 2024

Przegląd uprzedzeń dotyczących Netanjahu, Hamasu i Harris

Dziewczynka czyta informację o lądowaniu na księżycu. Zdjęcie: Wikipedia)


Przegląd uprzedzeń dotyczących Netanjahu, Hamasu i Harris


Jonathan S. Tobin
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Jak możemy ustalić, czy liberalny konsensus medialny w sprawie pokonania Hamasu, Benjamina Netanjahu lub dokonań Kamali Harris opiera się na rzeczywistości, czy też jest tylko stronniczą opinią?

.

Poszukiwanie obiektywnej prawdy jest trudne i z natury subiektywne. Dziennikarze powinni jednak wytrwale podążać za faktami, za dowodami, dokądkolwiek one prowadzą. Ale w epoce dziennikarstwa internetowego, w której większość naszych korporacyjnych i tradycyjnych mediów porzuciła to poszukiwanie na rzecz aktywizmu politycznego — zazwyczaj przechylając się mocno w lewo — cała koncepcja prawdy i wiarygodności prasy została zakwestionowana, jeśli wręcz nie utracona.

To tragedia z wielu ważnych powodów, a jednym z ważniejszych jest to, że wolna prasa, której może zaufać opinia publiczna, jest istotnym elementem demokracji. Jeśli większość mediów jest postrzegana jako nieuczciwa — lub, co gorsza, w dużej mierze działająca jako agenci rządu i/lub establishmentu politycznego i jego instytucji — wówczas naród nie jest w pełni wolny. Jedną z najważniejszych konsekwencji tego jest sposób, w jaki stronnicza prasa, działająca jednomyślnie w danej sprawie, może utrudnić myślącym ludziom szansę samodzielnej oceny wiarygodności podawanych informacji.

W tym kontekście pojawia się problem rozszyfrowywania prawdy na temat szeregu głównych wiadomości i tematów, kiedy wszystkie wiodące korporacyjne media zdają się czytać z tego samego scenariusza.


Jak działa doktrynerskie dziennikarstwo?

Jednym z tematów jest pytanie, czy wojna Izraela z terrorystami z Hamasu w Strefie Gazy jest porażką. Innym są spory między premierem Izraela Benjaminem Netanjahu z jednej strony a szefami agencji wojskowych i bezpieczeństwa jego kraju z drugiej. Dodajmy do tego spór z administracją Bidena, który, jak nam powiedziano, również koncentruje się na tym, czy premier Izraela jest jedyną przeszkodą na drodze do zawieszenia broni i uwolnienia zakładników, i jakie są rzekomo jego motywy. Jeszcze inne skupiają się na kampanii wiceprezydent Kamali Harris i czy, jak ciągle powtarza nam amerykańska prasa liberalna, jest ona zdumiewającym i oszałamiającym sukcesem.

Zrozumienie tych tematów przez opinię publiczną — zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Izraelu — zależy od tego, czy powinniśmy uwierzyć w powszechnie przyjętą narrację, co do której zgodzili się wszyscy czołowi dziennikarze.

W każdym przypadku może to być prawdą. Izrael może nie pokonać Hamasu, a jeśli tak, to całe 10 miesięcy wojny od masakr 7 października w południowym Izraelu należy uznać za daremne, krwawe ćwiczenie, które zaszkodziło państwu żydowskiemu. Netanjahu może zachowywać się nieodpowiedzialnie, sprzeciwiając się zarówno swoim szefom służb bezpieczeństwa, jak i Amerykanom. A Harris może dokonywać niesamowitego zwrotu akcji, w którym znaczna część społeczeństwa nagle zaakceptowała ją jako błyskotliwą przywódczynię, a nie problematyczną postać, jak ją te same media postrzegały do niedawna.

Mimo to, biorąc pod uwagę, że każda z tych narracji jest dokładnie tym, co liderzy opinii w liberalnych mediach chcieliby uznać za prawdę (a doniesienia wydają się stronnicze i w dużej mierze zależą od stanowisk redakcyjnych poszczególnych mediów), sceptycyzm jest więcej niż uzasadniony.

Niemniej problem jest głębszy niż tylko sposób, na jaki media pokazują swoją stronniczość w całym szeregu spraw. Kiedy obywatele nie ufają mediom, nie jest to tylko teoretyczne zagrożenie dla naszych wolności. Oznacza to to upadek podstawowego założenia demokracji.

Każda ze stron czyta, słucha i ogląda różne media — i nie tylko wyciąga różne wnioski na temat tego, co jest słuszne, ale także na temat tego, co faktycznie się dzieje. Jeśli nie możemy się zgodzić co do różnicy między faktycznymi wydarzeniami, o których media donoszą, a opiniami na temat tego, co się dzieje, nie może być zgody na to, że ludzie mają różne poglądy i na akceptowanie wyników wyborów. W atmosferze takiej nieufności społeczeństwa stają się coraz mocniej podzielone. W tym momencie zaczynają się pojawiać teorie spiskowe, a nawet świadomi obywatele zaangażowani w krytyczne czytanie mają niewielkie możliwości, by zorientować się, kto mówi prawdę, kto kłamie, a kto się po prostu myli.


Określanie prawdy mianem „dezinformacji”

Do zamieszania przyczynia się gotowość tej samej instytucji medialnej, która zniekształca informacje, do określania przeciwstawnych doniesień i poglądów jako „dezinformacji”, którą można nie tylko obalić, ale i cenzurować.

Widzieliśmy to podczas pandemii COVID-19, kiedy media głównego nurtu — niewolniczo podążające za dyktatem instytucji rządowych i polityków — określały wszelkie sprzeciwy wobec środków takich jak lockdowny, dystans społeczny, noszenie masek i nakazy szczepień, a nawet pochodzenie wirusa, nie tylko jako zakorzenione w fałszu, ale także jako teorie spiskowe szerzone przez ludzi o złych intencjach. Większość tych przekonań określanych jako dezinformacja okazała się zawierać więcej prawdy niż oficjalna linia, którą nieustannie lansowały uznane media.

Nie były to jedyne przykłady szkód uczynionych wiarygodności mediów.

Propagowanie oszustwa o zmowie z Rosją, w którym byłego prezydenta, Donalda Trumpa, przedstawiono fałszywie jako rosyjskiego agenta w pierwszych latach jego administracji, było, patrząc wstecz, szczególnie szokujące, ponieważ tak wiele osób, które nie były jego przeciwnikami, było początkowo gotowych w to uwierzyć, bowiem nie rozumiały, co kryje się za zakłamanymi doniesieniami. Tłumienie informacji o istnieniu dowodów skandalu korupcyjnego Huntera Bidena przez określanie ich mianem „rosyjskiej dezinformacji” w ostatnich tygodniach kampanii prezydenckiej w 2020 r. było również rażące ze względu na bezczelnie stronniczy charakter relacji medialnych na temat tej historii.

Nie sposób dyskutować o stronniczości dziennikarskiej bez wspomnienia, jak większość mediów relacjonowała wystąpienia prezydenta Joe Bidena przed jego katastrofalną debatą 27 czerwca z Trumpem. Te same prestiżowe media, takie jak „New York Times”, „Washington Post”, CNN i MSNBC, zaprzeczały wszelkim dowodom fizycznego i psychicznego pogorszenia się stanu zdrowia Bidena przez lata, aż stało się to oczywiste i politycznie niewygodne dla ich stanowisk redakcyjnych w sprawie tego, kto może wygrać wybory prezydenckie w 2024 r.

Wtedy media obróciły się na pięcie i zaczęły mówić prawdę o Bidenie, przyłączając się do wysiłków, by zmusić go do wycofania się z wyścigu. Następnie natychmiast zaczęły wychwalać Kamalę Harris, która (do czasu, gdy została namaszczona przez kierownictwo partii na kandydatkę Demokratów na prezydenta bez konieczności konkurowania z innymi kandydatami), powszechnie była uważana, za polityczkę niezdolną do mówienia niczego poza niezrozumiałym, niczego niewyjaśniającym bełkotem. Nagle, bez udzielenia ani jednego wywiadu na żywo i bez prezentacji programu, w której jej sprawność mogłaby zostać wystawiona na próbę, te same media mówią nam, że jest gwiazdą, która samą siłą swojego uroku wywróciła wybory do góry nogami.

Może wygrać w listopadzie. Ale w tym momencie trudno powiedzieć, czy będzie to spowodowane nieujawnionym wcześniej geniuszem, który teraz stał się widoczny, czy też dlatego, że tak wiele gadających głów, felietonów, artykułów informacyjnych i analiz mówi nam, że tak jest, niezależnie od tego, czy ma to swoje uzasadnienie w czymkolwiek innym niż ich pragnienie pokonania Trumpa za wszelką cenę.

Nie chodzi tu tyle o to, czy medialne tuszowanie pozwoliło Bidenowi utrzymać tak długo swoją kandydaturę, czy też media pomogły Harris, co jest niemal pewne, przez sposób, w jaki przedstawia się ją teraz, kiedy stanęła do rywalizacji z Trumpem. Chodzi o to, że dowody, które przeczyły narracji politycznej lewicy i jej medialnych cheerleaderów, zostały uznane za „dezinformację”, aż nagle zostały zaakceptowane jako prawda przez tych samych ludzi, którzy im zaprzeczali, bez przeprosin lub jakichkolwiek wyjaśnień.

Doniesienia o wojnie Izraela z Hamasem i sporach wewnątrz izraelskiego rządu powinniśmy rozpatrywać w kontekście nie tylko stronniczości mediów, ale także narracji grupowego myślenia, która niszczy wiarygodność prasy.


Czy Hamas wygrywa?


Relacja
 CNN o tym, jak Hamas przetrwał 10 miesięcy wojny i jak udało mu się odeprzeć wysiłki Sił Obronnych Izraela mające na celu wykorzenienie tej grupy terrorystycznej, dostarczyła interesującej lektury i oglądania. CNN twierdzi, że podczas gdy organizacja terrorystyczna, która rządziła całą Strefą Gazy przez ponad 16 lat do 7 października, nie jest już w stanie działać jako konwencjonalna armia, jednak niektóre z jej batalionów nadal funkcjonują jako potężna siła partyzancka, zdolna do zadawania ofiar Izraelczykom, rekrutowania tysięcy nowych członków i powrotu na obszary wcześniej oczyszczone przez IDF bez większych problemów.

Twierdzi również, że stosowanie taktyk kontrterrorystycznych, które sprawdziły się w konfliktach gdzie indziej — w których armie zajmują pozycje i rozwijają silne relacje z lokalną ludnością, jednocześnie budując alternatywne wobec terrorystów władze, jak to robiły Stany Zjednoczone podczas ofensywy w Iraku w latach 2007–2008 — nie jest możliwe w Strefie Gazy. Wniosek jest zatem taki, że Izrael nie może odnieść zwycięstwa militarnego nad Hamasem i że państwo żydowskie musi przyjąć jakiś rodzaj „rozwiązania politycznego”, aby wydostać się z krwawego bałaganu.

A przecież właśnie to samo mówią nam od 7 października te same gadające głowy i liderzy opinii w liberalnych mediach korporacyjnych. Istotnie, „New York Times” publikował artykuły o takiej treści już w listopadzie, gdy ofensywa Sił Obronnych Izraela znajdowała się w początkowej fazie.

Żadna wojna nie przebiega idealnie zgodnie z planem i oczekiwanie, że terroryści z Hamasu, którzy byli głęboko osadzeni nie tylko w palestyńskim społeczeństwie, ale w tunelowej metropolii większej niż nowojorski system metra, łatwo i szybko odejdą, nigdy nie było prawdopodobne. Ale problem polega na tym, że gotowość Hamasu do trzymania się i kontynuowania walki do ostatniego palestyńskiego cywila, cały czas przetrzymując izraelskich zakładników porwanych 7 października, opiera się w dużej mierze na ich racjonalnej analizie zdolności przeciwników Netanjahu do zmuszenia go do poddania się.

Rozpoczęli tę wojnę 7 października orgią masowych morderstw, gwałtów, tortur, porwań i bezmyślnej destrukcji, ponieważ takie działania były zgodne z ludobójczą ideologią, która jest systemem wierzeń Hamasu i większości popierającej ich ludności palestyńskiej. Ale rozpoczęto ją również w przekonaniu, że Zachód i izraelska lewica uratują ich, nawet jeśli sytuacja stanie się trudna. I to właśnie może się wydarzyć.

Ponieważ izraelska lewica, administracja Bidena, amerykański establishment polityki zagranicznej i jego prasowa jaskinia echa wierzą, że Hamas jest „ideą”, której nie można pokonać i że jedyną odpowiedzią jest „rozwiązanie polityczne” obejmujące dalsze wycofanie się Izraela z terytoriów, wpływa to na wszystko, co opinia publiczna czyta i co widzi na temat wojny w tych mediach.


Wywieranie presji na zawarcie umowy

Czy to oznacza, że prawda jest odwrotna i że Izrael jest blisko zwycięstwa militarnego w Gazie lub wkrótce je osiągnie? Nie wiemy tego. Trudno jest również ocenić autentyczność relacji krążących w „anty-Netanjahu” mediach, takich jak izraelski Kanał 12, „Times of Israel” i „Haaretz”, a powtarzanych w amerykańskiej prasie o izraelskim wojsku i wywiadzie opowiadających się za porozumieniem, które zasadniczo pozwoliłoby Hamasowi przetrwać, aby zakończyć wojnę i, przypuszczalnie, zakończyć polityczną karierę premiera.

Wiemy jednak, że naciski wywierane na Netanjahu, aby przystał na żądania Hamasu w rozmowach o zawieszeniu broni/przetrzymywaniu zakładników, dotyczące usunięcia punktów kontrolnych Sił Obronnych Izraela w Strefie Gazy lub porzucenia korytarza Filadelfia wzdłuż granicy z Egiptem, przez który Hamas otrzymuje zaopatrzenie, sprawią, że terroryści nie tylko wyjdą z wojny nieco pobici ale niepokonani i  jak przyznają CNN i „New York Times”, odzyskają kontrolę nad Strefą Gazy. A Hamas, który wciąż żyje i ma się dobrze w Strefie Gazy i wciąż trzyma izraelskich zakładników, będzie mógł twierdzić, że wygrał wojnę — co niewątpliwie zmieni przyszłość konfliktu na gorsze.

Biorąc pod uwagę barbarzyństwo, z jakim przeprowadził ataki 7 października i późniejsze walki, twierdzenie szerzone w liberalnych mediach, że zostanie zradykalizowany przez wojnę lub zabójstwa jego przywódców przez Izrael, jest absurdalne. Jednak narracja o izraelskiej porażce militarnej i daremności polityki Netanjahu kontynuowania wojny aż do „zwycięstwa” ma swoje korzenie w równie mocno istniejących przekonaniach o konieczności osiągnięcia porozumienia politycznego z przeciwnikiem, o którym doskonale wiemy, że nie jest zainteresowany żadnym innym rozwiązaniem poza końcem Izraela i eksterminacją jego ludności.

W centrum każdej dyskusji na temat tych niepokojących pytań o skalę sukcesu IDF lub  tego, czy Netanjahu ma rację, trzymając się swojego stanowiska w sprawie zawieszenia broni, znajduje się pewna wiedza, że wiele informacji, które otrzymujemy na ten temat, nie jest podawana jako obiektywna informacja. Raczej jest to część narracji politycznej o procesie pokojowym i Netanjahu, która ma o wiele więcej wspólnego z polityką izraelską i amerykańską niż z faktami na miejscu w Strefie Gazy lub rzeczywistością dotyczącą negocjacji.

Okazuje się, że ludzie, którzy czerpią wiadomości tylko z prestiżowych mediów, takich jak „New York Times” i CNN, oprócz ich izraelskich odpowiedników moralnych, mogą być wśród najmniej poinformowanych ludzi na planecie, nawet jeśli nadal uważają, że są w posiadaniu wszystkich kluczowych faktów. Akceptowanie bez zadawania pytań tego, co nam wciskają główne media na te tematy, nie jest tylko błędem; ma to poważne konsekwencje dla przyszłości narodu żydowskiego, Izraela i demokracji; konsekwencje, które są groźne.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Needed: Strong Response Iran’s Mullahs Iranian Mullahs Will Not Stop Unless They Are Stopped

Needed: Strong Response
Iran’s Mullahs Iranian Mullahs Will Not Stop Unless They Are Stopped

Majid Rafizadeh


  • Since the Biden-Harris administration came into power in 2021, the Iranian regime’s belligerent behavior has reached unprecedented levels. The only way to stop this regime’s aggression is a response that makes it clear that the cost of any further malign activity on the part of them — or their proxies — will be a price too high to pay.

  • The fingerprints and influence of Iran are evident in countless conflicts – both global and regional. Iran, along with Qatar, have been key players in the war against Israel.
  • Iran was also behind “over 150 attacks” on US troops in the Middle East, just since October 7, 2023, wounding many American troops.
  • So long as the Iranian regime is allowed to expand its influence and wreak havoc –before it has nuclear bombs — global security will continue to deteriorate. Just imagine what Iran will do once it has them.


The only way to stop the Iranian regime’s aggression is a response that makes it clear that the cost of any further malign activity on the part of them — or their proxies — will be a price too high to pay. (Image source: iStock/Getty Images)


Since the Biden-Harris administration came into power in 2021, the Iranian regime’s belligerent behavior has reached unprecedented levels. The only way to stop this regime’s aggression is a response that makes it clear that the cost of any further malign activity on the part of them — or their proxies — will be a price too high to pay.

The fingerprints and influence of Iran are evident in countless conflicts – both global and regional. Iran, along with Qatar, have been key players in the war against Israel. Leaders of Hamas and Hezbollah, as reported by the Wall Street Journal, have openly admitted that Iran was involved in the attack, and quoted “senior members of Hamas and Hezbollah” as acknowledging that Iran’s regime leaders were instrumental in planning the brutal assault. In addition, The Washington Post reported that, according to U.S. intelligence sources, Iran “provided military training and logistical help as well as tens of millions of dollars for weapons.”

Iran contributes approximately $100 million annually to Palestinian terrorist organizations such as Hamas and Palestinian Islamic Jihad, and $700 million annually to Hezbollah. As U.S. Senator Lindsey Graham (R-SC) stated:

“93% of Hezbollah and Hamas’ money comes from Iran. They’re the source of the problem. They’re the great evil. So, if Hezbollah escalates against Israel, it will be because Iran told them to. Then Iran, you’re in the crosshairs of the United States and Israel.”

Iran was also behind “over 150 attacks” on US troops in the Middle East, just since October 7, 2023, wounding many American troops.

Furthermore, Yemen’s Houthis have effectively blocked the Red Sea and the Suez Canal for commercial maritime traffic, forcing ships that are refused insurance due to Houthi threats to travel around the entire African continent.

The Houthis, with Iranian backing, also continue to amass weapons in Yemen, and have joined Iran in attacking Israel, resulting in deaths and injuries. Iranian aggression also appears to be aimed at pushing the U.S. out of the region.

The Iranian regime, from the beginning, has supported Russia’s invasion of Ukraine. Since then, Iran has apparently become a significant arms supplier to Russia, beyond just supplying attack drones. A report from Sky News revealed:

“Iran has secretly supplied large quantities of bullets, rockets and mortar shells to Russia for the war in Ukraine and plans to send more… The source claimed that two Russian-flagged cargo ships, departed an Iranian port in January bound for Russia via the Caspian Sea, carrying approximately 100 million bullets and around 300,000 shells. Ammunition for rocket launchers, mortars and machine guns was allegedly included in the shipments. The source said Moscow paid for the ammunition in cash.”

Iran’s regime also reportedly deployed troops to aid Russia to attack Ukraine’s infrastructure and civilian population.

A serious response to Iran should include targeting its key infrastructure, such as oil and gas facilities, training bases, and basic infrastructure such as electric grids. U.S. Senator Lindsey Graham has suggested, as Tehran’s main revenue comes from oil exports:

“What I would do, is I would bomb Iran’s oil infrastructure. The money financing terrorism comes from Iran. It’s time for this terrorist state to pay a price for financing and supporting all this chaos.”

Even destroying a few oil refineries could “send a message” and force Iran’s leaders to reconsider their actions.

Additionally, imposing economic sanctions to cut off funding to Iran and its Islamic Revolutionary Guard Corps should be a priority. Furthermore, the Biden-Harris administration should enforce secondary sanctions — prohibiting US commerce with any country that does business with Iran. The ban would include countries such as China that violate U.S. sanctions by purchasing massive amounts of oil from Iran at deeply discounted prices. Nations should be forced to choose between doing business with the U.S. or Iran —not both.

So long as the Iranian regime is allowed to expand its influence and wreak havoc –before it has nuclear bombs — global security will continue to deteriorate. Just imagine what Iran will do once it has them.


Dr. Majid Rafizadeh is a business strategist and advisor, Harvard-educated scholar, political scientist, board member of Harvard International Review, and president of the International American Council on the Middle East. He has authored several books on Islam and US Foreign Policy. He can be reached at Dr.Rafizadeh@Post.Harvard.Edu


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Report: Jordan to Allow Israel to Use Its Airspace Against Iran

Report: Jordan to Allow Israel to Use Its Airspace Against Iran

i24 News and Algemeiner Staff


Jordan’s Foreign Minister Ayman Al Safadi attends a press conference after a meeting on the Gaza situation in the government’s representation facility in Oslo, Norway, Dec. 15, 2023. Photo: NTB/Stian Lysberg Solum via REUTERS

Jordan is reportedly permitting Israel to use its airspace to counter potential Iranian attacks, despite the official stance of the Jordanian government.

According to a high-ranking source in Amman cited by Israeli Channel 12, this decision aligns with Jordan’s broader security interests and its policy of collaboration with Israel, as demonstrated in April when Jordan assisted in thwarting an Iranian attack.

The source emphasized that Jordan’s actions are consistent with its strategic alliance with the United States, despite its public denials of such cooperation. This revelation comes amid heightened tensions following the recent killing of Hamas leader Ismail Haniyeh in Tehran, which Iran attributes to Israel, although Israel has not officially confirmed or denied involvement.

Reports suggest that Jordan had previously granted Israel similar permissions in April during an Iranian missile and drone attack. This latest development reflects the complex geopolitical dynamics in the region as Jordan navigates its alliances and security concerns amid ongoing regional conflicts.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ismail Hanijja był potworem, a nie „umiarkowanym” politykiem


Ismail Hanijja był potworem, a nie „umiarkowanym” politykiem


Brendan O’Neill
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Jego faszystowska przemoc spowodowała niewypowiedziane cierpienia zarówno Izraelczyków, jak i Palestyńczyków

Zapomnij o „centrowych dziadersach”, pojawiła się nowa postać polityczna: centrowy faszysta. Umiarkowany zabójca Żydów. Umiarkowany piewca masowych mordów. To Ismail Hanijja z Hamasu, który został wczoraj zabity w Teheranie, prawdopodobnie przez Siły Obronne Izraela. Czytając dziwnie zbolałe relacje medialne o jego śmierci, można by wybaczyć myślenie, że był pragmatycznym, szlachetnym facetem, kimś, kogo uważano za „bardzo umiarkowanego”, jak powiedziała Alex Crawford, fanatyczka ze Sky News. W rzeczywistości był oczywiście radykalnym antysemitą i powinniśmy spędzić tyle czasu na opłakiwaniu jego śmierci, ile on poświęcił na opłakiwanie Żydów, których jego towarzysze wyrżnęli 7 października: czyli ani sekundy.

Spodziewałem się, że słowo na „m” w komentarzu do Hanijji będzie „morderczy” – słowo na „m” jakie otrzymałem to „moderate” [umiarkowany]. Pomimo całej swojej „ostrej retoryki” był w rzeczywistości „umiarkowany i pragmatyczny”, powiedziała korespondentka BBC w Jerozolimie, Yolande Knell. Ta „ostra retoryka” obejmowała nazwanie pogromu z 7 października „zwycięstwem”, agitowanie za kolejnym „dżihadem mieczy” (czyli dalszym mordowaniem Żydów) i skandowanie o „armii Mahometa” powracającej, by dokonać zemsty na Żydach. Ludzie z BBC potępią cię jako szalonego ekstremistę, jeśli powiesz, że kobiety nie mają penisów, a następnie przedstawią mężczyznę, który chce wojować mieczem przeciwko Żydom, jako umiarkowanego.

Był „pragmatyczny” i „otwarty na negocjacje”, pisze „Guardian”. CNBC przynajmniej miała tyle przyzwoitości, by stonować swój szalony komentarz, nazywając Hanijję jedynie „stosunkowo umiarkowaną postacią”. Był postrzegany „jako umiarkowany”, informuje Reuters, z pewnością w porównaniu z „bardziej nieprzejednanymi” przywódcami Hamasu. Serio? Co w ogóle oznacza „umiarkowany” w kontekście Hamasu? To organizacja terrorystyczna, której statut założycielski zobowiązał ją do mordowania Żydów. I która w ciągu jednego dnia, 7 października 2023 r., wymordowała więcej Żydów niż ktokolwiek inny od czasów nazistów. Faszystowski akt, który świętował Hanijja. Być może chciał zabić tylko niektórych Żydów, a nie wszystkich? Czy to jest „pragmatyzm” w świecie Hamasu?

Zabicie Hanijji wywołało szok na całym świecie. Dołączył do Hamasu po jego powstaniu w 1987 r. Szybko awansował w jego szeregach i pod koniec lat 90., po różnych pobytach w izraelskich więzieniach, kierował biurem założyciela Hamasu, szejka Ahmeda Jassina. Został premierem Autonomii Palestyńskiej w  2006 r., po tym jak Hamas zdobył najwięcej miejsc w wyborach w całej Autonomii, ale został odwołany przez prezydenta Mahmuda Abbasa, w 2007 r. W 2017 r. został wybrany na przywódcę skrzydła politycznego Hamasu, chociaż szybko udał się na wygnanie do Kataru, gdzie żył w luksusie, podczas gdy zwykli mieszkańcy Gazy cierpieli w różnych wojnach wszczynanych przez jego kolesiów.

W latach 2000., gdy on sam doszedł do władzy w politycznym skrzydle Hamasu, militarne skrzydło ruchu, Brygady Al-Kassam, mordowało setki Izraelczyków. Zamachowcy-samobójcy detonowali bomby w dyskotekach, pizzeriach, w autobusach. I robili to z przekonania, że „Żydzi są najbardziej nikczemnym i godnym pogardy narodem, jaki pełza po powierzchni Ziemi”, jak to określił były minister kultury Hamasu, Atallah Abu Al-Subh. Wyobraź sobie, że ktoś powiedziałby ci 20 lat temu, kiedy dochodziło do tych wszystkich rasistowskich rzezi, że pewnego dnia polityczny przywódca ruchu stojącego za tymi mordami zostanie w głównych mediach niemalże wywyższony jako „umiarkowany”. Pomyślałbyś, że oszalał. A jednak tu właśnie jesteśmy.

Najwyraźniej to, co czyniło go „umiarkowanym”, to fakt, że był otwarty na rozmowy z Izraelem. Nie miał nic przeciwko posiadaniu kanałów do tajnych kontaktów z państwem żydowskim. Okej, ale nie miał też nic przeciwko podziemnym tunelom, z których fanatycy gorączkowo planowali napad na państwo żydowskie. Popierał faszystowski terror z 7 października. Wiwatował również na widok rozlewu krwi Palestyńczyków. „Krew kobiet, dzieci i starców… potrzebujemy tej krwi, aby rozpaliła w nas ducha rewolucji”, powiedział. Potrafię wymyślić słowo zaczynające się na „m”, które opisuje człowieka, który żył w luksusie w Katarze, a jednocześnie był zanurzony w mordach swoich ludzi w Gazie – to nie jest człowiek moderate, to monster [potwór]. Nie tylko Izraelczycy, ale także Palestyńczycy są w lepszej sytuacji po zabiciu tej kreatury.

Już same okoliczności jego śmierci podważają urojony pogląd na jego temat jako człowieka „umiarkowanego”. Był w Teheranie na inauguracji nowego prezydenta Iranu. Istnieją filmy pokazujące uczestników tej inauguracji, jak skandują „Śmierć Ameryce, śmierć Izraelowi!”. Zaryzykuję i powiem, że jeśli przewodzisz skrzydłu politycznemu ruchu zabijania Żydów i rozkoszujesz się okrzykami nawołującymi do zniszczenia państwa żydowskiego, tracisz prawo do miana „umiarkowanego”. „Przebudzone” media Zachodu naprawdę straciły rozum. Traktują wyborców Trumpa jak szaleńców, piętnują J.D. Vance’a jako „dziwaka” i przeklinają takich jak Nigel Farage jako szalonych fanatyków, a mimo to głośno zastanawiają się, czy Ismail Hanijja był sympatycznym, umiarkowanym facetem.

Wśród elit politycznych i medialnych Zachodu panuje wyczuwalne zaniepokojenie po zabójstwie Hanijji. Zwłaszcza, że wydarzyło się to zaledwie kilka godzin po tym, jak Izrael zabił w Libanie wysokiego rangą dowódcę Hezbollahu, Fuada Szukra. O nie, krzyczą gadające głowy Zachodu, co będzie dalej? Czy może nastąpić eskalacja? „Przywódca Hamasu Ismail Hanijja został zabity w Iranie przez domniemany izraelski atak lotniczy, co grozi eskalacją”, krzyczy jeden z nagłówków, dobrze oddając ogólny strach komentariatu po tym zabójstwie. To są orwellowskie poziomy moralnej akrobacji. To Hanijja i jego ruch wywołali „eskalację” napięcia na Bliskim Wschodzie, gdy 7 października dali zielone światło na gwałty, porwania i mordowanie ponad tysiąca osób w Izraelu. Zabicie rasistowskich zabójców Żydów nie jest eskalacją – jest sprawiedliwością.

Zachodni obserwatorzy wydają się mieć obsesję na punkcie „deeskalacji” na Bliskim Wschodzie. Chcą spokoju. Ale spokój dla nich jest potencjalną katastrofą dla państwa żydowskiego. „Pokój”, którego domagają się ci ludzie, byłby cmentarnym pokojem dla wielu Izraelczyków. Hamas obiecał przeprowadzić więcej 7 październików. Dla Izraela pozostawienie takiego ruchu w nienaruszonym stanie byłoby niezwykle ryzykowne. Zabicie Ismaila Hanijji wysyła jasny komunikat światu i jest to komunikat, który każdy prawdziwie postępowy człowiek powinien powitać: mianowicie, że nie można już bezkarnie zabijać Żydów. Przemoc faszystowska ma teraz swoje konsekwencje.


Brendan O’Neill znany brytyjski publicysta i komentator polityczny, wieloletni naczelny redaktor „Spiked” publikujący często w „The Spectator”. W młodości zapalony trockista, członek Rewolucyjnej Partii Komunistycznej i autor artykułów w „Living Marxism”. (Jak się wydaje, z tamtych poglądów została mu wiedza o tym,  jak ideologia może odczłowieczać.)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


It’s Not a Border with Lebanon — It’s a Front

It’s Not a Border with Lebanon — It’s a Front

Eran Ortal


Israeli firefighters work following rocket attacks from Lebanon, amid ongoing cross-border hostilities between Hezbollah and Israeli forces, near the border on its Israeli side, June 13, 2024. Photo: REUTERS/Avi Ohayon

Israel’s traditional security concept consisted of a defensive strategy based on mainly offensive tactics. After the Yom Kippur War, the IDF was criticized for focusing too much on its offensive ethos and making poor defensive preparations. The October 7 attack naturally raised the issue of defense to the top of Israel’s list of priorities, but behind the obvious need to strengthen our defense lies an important discussion of principle. Before billions are poured into concrete molds to beef up the border obstacles, this discussion needs to be held consciously and methodically.

The key question is this: What is the main lesson we should learn from the October 7 attack?

The first possibility is that the main failure was in the defense concept. This begins with the wrong early warning assumption and continues with poorly designed defensive positions. If this is indeed the main lesson, the fix is ​​relatively simple. Better defensive infrastructures should be built, the border should be better manned, and the dependence on warning should be reduced. A huge investment in rebuilding the border defense infrastructure will be required, as well as another huge investment in stationing large forces on the borders for years. This appears at first glance to be a direct, clear, and necessary lesson from October 7.

But there is a fly in the ointment. When we examine the development of Israel’s defense concept in recent decades, we find that this is precisely the lesson Israel has drawn again and again from its conflicts. After the withdrawal from Lebanon in 2000, we invested enormously in strengthening the northern border with a barrier, outposts, technologies, and new roads. We did it again after the Second Lebanon War, drawing operational lessons from the previous obstacle such as the need to pave more rear axes for movement hidden from the eyes of the enemy. But it soon became clear that behind the border fence, Hezbollah had become a real army. So once again, the IDF embarked a few years ago on a refortification plan for the northern border, known as the “Integrating Stone” project. Yet more billions were poured into refortifications. The decision to evacuate the northern settlements at the beginning of the Iron Swords War shows that even that enormous and expensive defense infrastructure did not provide enough protection, at least in the eyes of the decision makers.

The story of the Gaza border is no different. A modern and sophisticated defense system was established upon the Israeli withdrawal in 2005. Less than a decade later, during Operation Protective Edge in 2014, it became clear that the enemy had spent the interim digging over 30 axes of tunnels into our territory, bypassing the new and advanced defense system.

The IDF “learned its lesson” from this discovery and embarked on yet another vast new border project, this time including an underground barrier and a major renewal of the defense infrastructure on the ground. We all saw the failure of this project on October 7.

Strengthening border obstacles and reinforcing them with additional units is of course not a wrong step to take. The danger is that we will once again be satisfied with learning technical lessons and miss the more essential ones. The key lesson to be learned from October is the failure of the defensive strategy that allowed the terrorist armies to build up major strength on our borders without hindrance.

Israel’s flawed border strategy rested on two false assumptions. The first was that Hamas and Hezbollah could be tamed through withdrawals and understandings. The second was that they could be deterred by the threat of Israeli air power, since they had both assumed “state responsibility.” According to this logic, the organizations should have been reluctant to use their forces against us because of the price Israel would likely exact from the Gaza Strip and Lebanon.

By relying on these two false assumptions, Israel allowed the threat on its borders to build up without interruption. Every military expert knows that “the first line will be breached.” This means there is no chance of stopping a significant attack on a border line that has no depth. Under conditions in which an enemy is constantly present and ready, there is no chance for early warning. The defense forces will always be surprised.

As we know, the State of Israel lacks operational depth. The settlements mark the border line. That is why we implemented a defensive strategy for most of our history that entailed an offensive tactical approach. In other words, the other lesson to be learned is that a defensive deployment that is not supported by an offensive initiative in enemy territory will not be enough.

In the decades during which we adopted a strategy of defense and deterrence from the air, the border turned from an imaginary line drawn on maps into an actual barrier in military thinking, with very practical consequences. For example, when the IDF chose to establish new units, it established them mainly for defensive needs (border patrol units, for instance, and air defense battalions). The IDF now finds itself with no choice but to put some of those units into combat in Gaza.

In 2020, the Border Patrol Corps was established in the ground forces. Apparently, the IDF had adapted itself to the challenges of the hour. In practice, the new corps was established on the ruins of the Combat Intelligence Collection Corps, which was responsible for army reconnaissance. This happened at the exact moment when the IDF’s operating concept stated that “uncovering a stealthy enemy” within the framework of land warfare is the key to battlefield success. While the operating concept strove to restore military decisiveness and gave critical weight to combat intelligence collection, the IDF’s practical decisions ran in the opposite direction. The collapse of the line in Gaza and the destruction of the means of collection on the borders of Gaza and Lebanon – failures forced on Israel by the enemy within mere hours – indicates that the cancellation of combat collection retroactively harmed the defense mission as well. The establishment of the Border Defense Corps did not strengthen our defense. What happened to us?

This is what happened: The border turned from a political line into a military conceptual fixation. Gradually, military thought became enslaved to the division between “our territory” and “their territory.” Only intelligence and the Air Force are to operate in “their territory.” “Our territory” is where defense takes place, but as “our territory” is protected and safe, there is no point in making strict preparations there that meet basic tactical rules. “Maneuver” is the act in which ground forces cross the fence into enemy territory. The ground forces are to prepare for this, but the strategy is to avoid it.

But the simple truth is that “maneuvering” is not defined by enemy territory. Freeing Kibbutz Beeri and the Nahal Oz outpost from Hamas occupation required offensive battles – maneuvers that were no less and perhaps even more challenging than the occupation of Gaza. In general, “defense” turned out to be the more difficult tactical scenario, not the easier one. The reality is that even when defense is conducted in our territory as it is conducted today in the north, and not in a surprise scenario, threats to our forces are still significant. The Air Force’s air defense is not as effective at the front as it is on the home front. The front is more loaded with enemy threats and forces that need to be defended against. It is also constantly changing.

The distinction between “front” and “home front” is more suitable for military thinking than the political definitions of “our territory” and “their territory.” At the “front,” which is on both sides of the border, defensive and offensive battles take place. They are all a form of maneuver. At the front, there is a reality of tactical dynamism and great many threats. It requires not only intelligence but also combat reconnaissance and monitoring at the unit level. It requires not only the national air defense umbrella but its own tactical defense umbrella. The months of attrition in the north in the face of anti-tank missiles and UAV launches make this clear. The defensive battle is required not only to prevent enemy achievements but also to create the conditions for retaking the initiative and attack, which includes taking advantage of opportunities. The defense divisions have to know what is happening across the border and must be able to prevent evolving threats. That is why they were previously called “territorial divisions” and not “defense divisions.” This principle, by the way, is called “forward-depth.”

We must not be naive. An exercise in military thinking will not immediately change political strategy. It is possible that the reality after the current war will not yet allow the Northern Command to enjoy offensive and preventive freedom of action into Lebanese territory. If so, we will have to strive for this as a strategic result in the next round. But even if this is the case, it is still correct that we build the force in a way that suits reality, not in a way that repeats the mistakes of the past – spending billions to sanctify the border line with barriers that will eventually fail.

Instead of thinking “defense” versus “maneuvering,” “our territory” versus “their territory,” we must think “front” versus “rear.” The forces at the front are required to be capable of defensive and offensive battles in the most difficult conditions. The front should benefit from good intelligence and air support but should not be dependent on them, especially not in surprise scenarios. We learned that the hard way. Defense needs its own intelligence assessment, one that relies more on combat gathering. We have learned that such collection should rely on mobile capabilities and unmanned aircraft, because cameras mounted on masts do not meet the definition of tactical combat collection. They are too easy a target.

I am not the only person to make these arguments. IDF senior officials have previously recognized the danger of establishing a “defensive army” versus an “attack army” and the conceptual obstacle that the fence poses to our military thinking.

As always, in the future, there will be operational constraints and sectors that will have to be reduced to strengthen others. Sustainable defense cannot be based on an obstacle, light forces and assistance from Tel Aviv alone, nor on a premise of a constant large standing force. It should be built from the presence of significant reserve forces at the front. Training facilities close to the border will allow this without harming the IDF’s ability to prepare. The front should maintain independence in the areas of combat gathering, available fire support and tactical air defense. The border obstacle should be perceived not as the center but as a supporting factor.

On the way towards the restoration of Israel’s traditional defense strategy, defense through preventive and decisive attacks, it is also necessary to remove the misperception of the border. From now on, call it a front. 


Brig. Gen. (res.) Eran Ortal recently retired from military service as commander of the Dado Center for Multidisciplinary Military Thinking. He is a well-known military thinker both in Israel and abroad. His works have been published in The Military Review, War on the Rocks, Small Wars Journal, at the Hoover Institution, at Stanford, and elsewhere. His book The Battle Before the War (MOD 2022, in Hebrew) dealt with the IDF’s need to change, innovate and renew a decisive war approachA version of this article was originally published by The BESA Center.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com