Strefa Gazy. Kobieta z dzieckiem próbuje się schronić w czasie izraelskiego nalotu na dzielnicę Ridwan w mieście Gaza, 23 października 2023 r. (Fot. Ali Jadallah/Anadolu/Getty Images)
Klaus Bachmann
[ webmaster: Wyborcza siega az do Niemiec, aby na nowo obsmarowac Izrael, wlasne antysemickie talenty nie wystraczaja. Nie bylo ludobujstwa w Hiroshimie ani w Nagasaki. Nie bylo w Dreznie, ale te same lewicowe karly ktore kiedys krzyczaly “religia opium narodow” dzis wciskaja nam Islamska ideologie otepienia Hamasu z Gazy.
Nikt NIE udowodnil jak dotad “Ludobojstwa” w Gazie, ale co drugi antysemita o tym krzyczy. Wiele artykulow o wojnie Izrael z Libanem ale ani slowa o okupacji Syryjskiej Libanu 1976 – 2005]
Proizraelskie grupy lobbingowe, think tanki i influencerzy mogą się wysilać, jak chcą, ale Izrael nie pozbędzie się już etykietki “ludobójstwa”.
Okopy są wykopane, obie strony mają sporo amunicji i jasny obraz wroga: kto wymienia wyraz “Izrael” w jednym zdaniu ze słowem “ludobójstwo”, ten jest antysemitą; kto zaczyna swój wywód od 7 października i “prawa Izraela do samoobrony”, zaprzecza ludobójstwu w Strefie Gazy.
“Hasbara” przeciwko “propagandzie Hamasu”. Pola do kompromisu nie ma, bo w walce o prawdę kompromisu być nie może.
Tę logikę można stosować do wszystkich listów otwartych na ten temat, do wszystkich apeli, wezwań do protestu i manifestacji od Londynu po Berlin, Nowy Jork, Paryż i teraz też Polskę.
Walka dotarła też do nas, okopy, amunicja i fanatyzm walczących są podobne, tylko antagoniści inni. Natężenie emocjonalne tych tekstów jednak sugeruje, że tu wcale nie chodzi o prawdę, lecz o tożsamość walczących, dla których stosunek do konfliktu na Bliskim Wschodzie jest papierkiem lakmusowym, czy ktoś stoi “tam, gdzie ZOMO”, czy “tam, gdzie »Solidarność«”.
Nie chodzi o prawdę, nie chodzi w ogóle o Bliski Wschód, chodzi o stosunek Polaków do innych Polaków, o “naszą” i “ich” przeszłość. Nic tego lepiej nie pokazuje niż “List ludzi kultury” i reakcje jego najzagorzalszych krytyków.
Im list ten jawi się jako powtórka antysyjonistycznej kampanii późnych lat 60. Oskarżenie Zjednoczonych Emiratów Arabskich o ludobójstwo w Sudanie – gdzie one popierają Rapid Support Forces – takich wybuchów emocji nie powoduje.
Oskarżeniami Demokratycznej Republiki Konga o ludobójczą politykę wobec rwandojęzycznej ludności jej wschodnich prowincji (ani też oskarżeniami Konga wobec Rwandy) nikt w Polsce się nie przejmuje.
Oba te konflikty trwają co prawda dłużej niż wojna o Gazę i spowodowały więcej ofiar, ale ich nie da się odnieść do niedawnej przeszłości czy do wewnętrznych podziałów Polski.
Ludobójstwo i jego negacja
Najważniejszą bronią w tej walce jest zarzut ludobójstwa. Nie ma żadnych racjonalnych przesłanek ku temu, aby uważać ludobójstwo za gorszą zbrodnię niż zbrodnie wojenne albo zbrodnie przeciwko ludzkości.
Ludobójstwo w Srebrenicy trwało kilka dni i spowodowało około 8 tys. ofiar, podczas gdy “zwykłe zbrodnie wojenne” w Syrii trwały 13 lat i pociągnęły za sobą mniej więcej pół miliona ofiar. Tam stosowano broń chemiczną wobec ludności cywilnej, a ofiary umierały w potwornych mękach.
Palestyńczycy wracający do zniszczonego przez wojnę obozu dla uchodźców w Dżabaliji na północy Strefy Gazy, 19 stycznia 2025 r. Fot. Omar Al-Qattaa/AFP/East News
Ale i tak światowa opinia publiczna uważa ludobójstwo za swoistą królową wszystkich zbrodni; zarzut ludobójstwa przekształca każdy konflikt między dwiema stronami w nierówną walkę niewinnej zbiorowej ofiary z nikczemnym zbiorowym katem.
Reputacja jakiejś grupy, jakiegoś narodu albo państwa jako “ofiary ludobójstwa” gwarantuje uwagę, uznanie, respekt, moralną przewagę nad sprawcami i tymi, “którzy nic nie robili, aby temu zapobiec”, czasami nawet możliwość dochodzenia reparacji i prawo do wysuwania innego zarzutu, który w podobny sposób nie występuje w przypadku zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości
Chodzi o zarzut negacjonizmu: kto podaje w wątpliwość, że dane wydarzenie miało miejsce, było ludobójstwem, albo opisuje lub nazywa je łagodniej, niż ofiary to robią, spotyka się z moralnym, politycznym, dyplomatycznym ostracyzmem, a często nawet z zarzutami karnymi.
Prawo co prawda zna też zakaz zaprzeczenia innym ciężkim zbrodniom, ale w sferze publicznej tylko negacjonizm wobec ludobójstwa przyciąga uwagę.
Dlatego zarzut ludobójstwa jest tak ważny w obecnym sporze o konflikt na Bliskim Wschodzie. Jedni mają go niemal nieustannie na ustach, wywołując wrażenie, jakoby był już ostatecznie udowodniony i jakoby wątpliwości stanowiły przypadki negacjonizmu.
Nawet gorzej: kto nie potępia “ludobójstwa w Gazie”, ten jest izraelskim propagandystą. W pierwszym apelu “ludzi kultury” do minister Marty Cienkowskiej “ludobójstwo” pojawia się aż cztery razy, w drugim, który jest reakcją na niego – ani razu.
Ten sam schemat można obserwować w debatach online, podczas rytualnych manifestacji i kontrmanifestacji w Berlinie, Londynie i Paryżu. “Ludobójstwo” działa nie jak koncepcja z Międzynarodowego Prawa Karnego, lecz jak krzyk bojowy, dzięki któremu członkowie zwaśnionych obozów rozpoznają szybko i sprawnie, kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem.
To, czym jest ludobójstwo, nie odgrywa tu żadnej roli. Ludobójstwo jest tu tylko narzędziem do narzucania narracji, zdobycia przewagi w krajowej i globalnej walce o emocje, która obecnie toczy się na X, Instagramie, TikToku i Facebooku.
Czy Holokaust był ludobójstwem?
W tej walce istnieją dwie skrajne argumentacje. Jedna z nich stawia poprzeczkę bardzo wysoko: ludobójstwem jest tylko to, co jakiś międzynarodowy trybunał prawomocnie uznał za ludobójstwo.
Argument ten ma sporo zalet: jest niezwykle precyzyjny i łatwy do zweryfikowania. Problem polega na tym, że nawet Holokaust nie spełnia tych kryteriów, bo Trybunał Norymberski nie znał jeszcze pojęcia ludobójstwa.
Oskarżeni tam – i przed trybunałem w Tokio – mieli zarzuty zbrodni wojennych, spisku przeciwko pokojowi i zbrodni przeciwko ludzkości. Holokaust został tam uznany za zbrodnię wojenną, jeśli dotyczył Żydów bez obywatelstwa niemieckiego, a za zbrodnię przeciwko ludzkości – jeśli niemieckich Żydów.
PublikujRafał Lemkin swoją koncepcję wymyślił właśnie dlatego, że wyniszczenie całych grup etnicznych i narodowych nie było jeszcze kodyfikowane.
Zgodnie z tak wysoką poprzeczką ani rzeź Ormian w Turcji, ani eksterminacja Afrykanów w Darfurze nie są ludobójstwami. Ludobójstwo na Jezydach w Iraku też jest tylko ludobójstwem w świetle wyroków kilku europejskich sądów krajowych – żaden sąd międzynarodowy o tym nie orzekał. W sprawie ludobójstwa na Ormianach mamy rezolucje wielu parlamentów, ale one nie są wiążącym prawem. Tylko kilka krajów penalizuje zaprzeczanie ludobójstwu na Ormianach.
W sprawie Darfuru Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) wydał nakazy aresztowania za ludobójstwo wobec sudańskich polityków i wojskowych, ale jak dotąd nikt nie został skazany.
W ten sposób mielibyśmy właściwie tylko dwa przypadki ludobójstwa w historii świata – ten w Rwandzie w 1994 roku i ten w Srebrenicy rok później. Nawet o ludobójstwie Niemiec na Herero i Nama na terenie dzisiejszej Namibii mowy być nie może, mimo że przedstawiciele niemieckich rządów przyznają się do niego. Ale żadnego wyroku międzynarodowego trybunału na ten temat nie ma.
Zaletą ustawienia poprzeczki tak wysoko jest przede wszystkim to, że Izrael wychodzi z tego bez szwanku. Nie ma wyroku, który skazałby Izrael za ludobójstwo. MTK nie oskarżył dotychczas żadnego izraelskiego polityka o ludobójstwo.
Premier Beniamin Netanjahu i były minister obrony Yoav Gallant mają nakazy aresztowania za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, ale nie za ludobójstwo. Podobnie zresztą jak rosyjscy wojskowi i politycy, wobec których istnieją nakazy aresztowania.
Dotychczasowe decyzje Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (MTS) dotyczące Strefy Gazy mają jedynie charakter środków tymczasowych, ale nie rozstrzygają i jeszcze przez kilka lat nie będą rozstrzygać o meritum zarzutów, jakie Republika Południowej Afryki wysuwa przeciwko Izraelowi.
To samo dotyczy zresztą Rosji: żadnemu rosyjskiemu politykowi ani wojskowemu nie postawiono dotychczas zarzutu ludobójstwa. Jeśli można mówić o ludobójstwie tylko po międzynarodowym wyroku przeciwko danemu państwu albo jego politykom i wojskowym, to taki zarzut obecnie nie jest uzasadniony ani wobec Izraela, ani wobec Rosji.
Jak epatowanie ludobójstwem prowadzi do jego relatywizacji
Druga skrajna strategia polega na bardzo niskim ustawieniu poprzeczki dla ludobójstwa: każda większa masakra staje się wtedy ludobójstwem. Izrael (albo Rosja) bombardują miasta, bardzo dużo ludzi ginie – mamy ludobójstwo.
Problem w tym, że wtedy dzieje się bardzo dziwna rzecz: pojęcie się kompletnie dewaluuje i relatywizuje, w podobny sposób jak obecnie określenie “antysemityzm”. Kiedyś oznaczało to nienawiść wobec Żydów, przypisanie im takich samych cech niezależnie od tego, gdzie żyją, jakie mają obywatelstwo, czy są religijni lub nie.
Dla antysemity wszyscy Żydzi są tacy sami, mają – obojętnie, co faktycznie robią – złe cechy, zawsze trzymają się razem i spiskują przeciwko nam. Przy czym antysemici sami i kompletnie arbitralnie decydują o tym, kto jest Żydem i kto jest “nasz”. Dzięki temu “Żydów” jako zbiorowego aktora na świecie można jednocześnie winić za kapitalizm, liberalizm, komunizm i socjalizm.
Dziś już nie sposób ustalić, co jest antysemityzmem. Na skutek propagandy rządu Izraela każdy, który krytykuje jego politykę, staje się antysemitą. W ten sposób w tym samym worku znajdują się politycy jak Grzegorz Braun, prezydent RPA Cyril Ramaphosa, sędziowie i oskarżyciele MTK, agendy ONZ, a nawet niektórzy intelektualiści żydowscy z izraelskimi paszportami, którym nie po drodze z obecnym rządem Izraela.
Kiedy kilka lat temu na łamach prasy, w telewizji albo w portalach społecznościowych pojawił się zarzut antysemityzmu, to zazwyczaj wiedziałem, co on obejmuje. Dziś w Niemczech obcokrajowiec ubiegający się o azyl albo obywatelstwo może dostać odmowę, jeśli nie “uznaje prawa Izraela do istnienia jako państwo”, nie wystarczy, jeśli na ten temat nie ma opinii. Musi “uznać”. A organizacje, które nie mają pozytywnego nastawienia wobec Izraela, tracą dotacje.
Kilka tygodni temu rząd kraju związkowego Hesji przedstawił w Bundesracie (który ma inicjatywę ustawodawczą) projekt ustawy penalizującej “publiczne zaprzeczenie prawa Izraela do istnienia”.
Kiedy dziś ktoś komuś zarzuca “antysemityzm” – obojętnie, czy w USA, w Niemczech, czy w Polsce – to nie wiem, czy winowajca malował gwiazdy Dawida na szubienicy na elewacjach jakiegoś budynku, rzucił koktajlem Mołotowa w okna synagogi, zarzucił Izraelowi ludobójstwo czy po prostu uważa, że Netanjahu powinien zostać aresztowany, kiedy przyleci do Polski.
Określenie “antysemityzm” przestało cokolwiek znaczyć. Ludobójstwu grozi to samo, jeśli każde większe okrucieństwo tak określamy.
Ludobójstwo bez żadnych ofiar śmiertelnych
W międzyczasie również do dziennikarzy, aktywistów i lobbystów dotarła świadomość, że to wcale nie liczba ofiar decyduje o tym, czy jakaś masakra jest ludobójstwem, lecz zamiar sprawców.
Mniej znanym faktem jest to, że można zostać skazanym za ludobójstwo, nie zabijając ani jednej osoby. Ludobójstwo to bowiem każdy z pięciu czynów wymienionych w Konwencji w sprawie ludobójstwa i w Statucie Międzynarodowego Trybunału Karnego.
Tylko jeden z nich dotyczy „zabijania członków” grupy narodowej, rasowej, etnicznej lub religijnej. Pozostałe dotyczą wyrządzania „poważnych szkód fizycznych i psychicznych”, „narzucania warunków życia, które mogą doprowadzić do całkowitego lub częściowego zniszczenia grupy”, „uprowadzania dzieci z grupy” oraz „uniemożliwiania urodzeń w grupie”. Wszystkie te przestępstwa można popełnić bez zabijania kogokolwiek, a część nawet bez przemocy.
Jeśli robi się to z zamiarem „całkowitego lub częściowego” zniszczenia grupy rasowej, narodowej, etnicznej lub religijnej, popełnia się ludobójstwo – nawet jeśli nikt przez to nie umiera.
Wszyscy, którzy ostatnie miesiące i lata spędzili z kalkulatorami w ręku przed ekranem laptopa, skrupulatnie obliczając stosunek zabitych kobiet i dzieci do wojowników Hamasu, mogli to sobie darować: obojętnie, jaka relacja im wychodzi, wynik i tak nie daje odpowiedzi na pytanie: Czy Izrael dopuścił się ludobójstwa?
Argumenty, które ciągle powracają w sieciach społecznościowych – że Izrael nie mógł popełnić ludobójstwa w Strefie Gazy, bo w przeciwnym razie wszyscy Palestyńczycy byliby martwi – w ogóle nie mają sensu. Izrael może tam popełnić ludobójstwo, nawet jeśli nie zginie przy tym ani jeden Palestyńczyk.
Dla influencerów, lobbystów i blogerów, którzy chętnie powołują się na prawo międzynarodowe, nie znając go, jest jeszcze więcej złych wiadomości. Prawo międzynarodowe czasami uznaje za przestępstwo czyny, nawet jeśli nie mają one żadnych konsekwencji.
Ogłoszenie, że „nie będzie się brało jeńców”, jest karalne nawet wtedy, gdy armia mimo to bierze jeńców. A przestępstwo „podżegania do ludobójstwa” można popełnić nawet wtedy, gdy w rezultacie do ludobójstwa w ogóle nie dochodzi. Wystarczy, że podżeganie ma miejsce podczas konfliktu zbrojnego.
Dowodów na to jest aż nadto, sami politycy izraelscy wygłosili takie mowy publicznie, a Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uwzględnił część już w uzasadnieniu środków tymczasowych, które nałożył na Izrael. Od tego czasu pojawiły się kolejne wypowiedzi.
Na przykład pod koniec kwietnia 2024 roku minister finansów Becalel Smotrich wezwał do „całkowitego zniszczenia Strefy Gazy” i kilku palestyńskich osad. 6 maja tego roku zażądał „skoncentrowania ludności najpierw w strefie humanitarnej”, a następnie deportowania jej do krajów trzecich. Nawet jeśli nie kryje się za tym zamiar ludobójstwa, stanowi to „podżeganie” do kilku czynów stanowiących „zbrodnię przeciwko ludzkości” (deportacja i pozbawienie wolności).
Podobnie jest zresztą z zakazem “głodzenia ludności cywilnej”, którego naruszenie może być zbrodnią wojenną (podczas konfliktu zbrojnego), zbrodnią przeciwko ludzkości (jeśli takiego nie ma) albo nawet elementem ludobójstwa.
Jest to karalne nawet wtedy, gdy nikt faktycznie nie głoduje na przykład dlatego, że ludzie mają jeszcze zapasy. Izraelscy politycy publicznie zapowiedzieli wstrzymanie pomocy humanitarnej, aby spowodować powstanie ludności Gazy przeciwko Hamasowi, i potem wstrzymali tę pomoc.
Czy niektórzy Palestyńczycy potem głodowali, czy wyglądali tylko na głodnych, bo mieli jakieś choroby albo kłamali, mówiąc, że nie mają, co jeść, jest kompletnie nieistotne dla oceny prawnej polityki izraelskiej.
W niedawnym wywiadzie główny prokurator Karim Khan przyznał, że nie ma dowodów na ludobójstwo w Strefie Gazy. Proizraelskie konta natychmiast rozpowszechniały tę informację z entuzjazmem jako ostateczny dowód na to, że Izrael nie dopuścił się ludobójstwa.
Jest to nieco pochopne, ponieważ z braku dowodów na popełnienie czynu przez określoną osobę nie można wywnioskować, że sam czyn nie miał miejsca. A tak naprawdę nie chodzi tu wcale o dowody na popełnienie czynu, ale o dowody na motywy sprawców.
Jednym z problemów związanych z rzekomym ludobójstwem w Strefie Gazy jest bowiem to, że ci, którzy wzywali do ludobójstwa, nie mieli wpływu na operacje wojskowe. Smotrich jako minister finansów i Ben-Gvir jako minister spraw wewnętrznych nie są odpowiedzialni za Strefę Gazy.
Ci, którzy mieli kontrolę operacyjną, jak ministrowie obrony Gallant i Katz oraz premier Netanjahu, wypowiadali się zazwyczaj nieco bardziej wstrzemięźliwie. Międzynarodowy Trybunał Karny nie ściga jednak rządów i państw, a jedynie indywidualnych sprawców. Dlatego w nakazach aresztowania przeciwko Netanjahu i Gallantowi brakuje zarzutu ludobójstwa – Khan nie może udowodnić, że mieli oni taki zamiar. W przypadku Ben-Gvira i Smotricha może to zrobić – ale oni nie mieli władzy, by ten zamiar zrealizować.
Protest przeciwko ochronie zbrodniarzy wojennych, zorganizowany na Wiejskiej oraz al. Ujazdowskich Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl
Można jednak – choć dopiero od niedawna – zgłosić do tej argumentacji dwa duże „ale”. Od rozpadu gabinetu wojennego w czerwcu 2024 roku rząd Netanjahu jest bowiem uzależniony od głosów małych partii Ben-Gvira i Smotrich. Bez nich rząd upadnie. Są niezastąpieni i dyktują rządowi kierunek działania, mają więc znacznie większy wpływ na prowadzenie wojny, niż wynikałoby to z ich formalnych pozycji w rządzie.
Po drugie, brak dowodów na zamiar popełnienia ludobójstwa nie chroni ich przed oskarżeniami o podżeganie do ludobójstwa.
Skazany za ludobójstwo, którego nie było?
Można bowiem podżegać do ludobójstwa nawet bez jego faktycznego popełnienia, na przykład, gdy z przyczyn niezależnych od podżegacza do ludobójstwa nie dochodzi. Wystarczy, że w ramach zbrojnego konfliktu wzywa się bezpośrednio i publicznie do „częściowego lub całkowitego zniszczenia grupy”. Wypowiedzi obu ministrów bez problemu spełniają te kryteria; obaj włączyli je do publicznych przemówień, które wygłosili przed swoimi zwolennikami.
To jednak nie wszystko. Izrael ratyfikował Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”. Tylko dzięki temu Republika Południowej Afryki mogła „pozwać Izrael przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości za ludobójstwo”, jak donosiły media.
Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą. RPA pozwała Izrael za „naruszenie konwencji”, która nie tylko zakazuje ludobójstwa, ale także wymaga od państw zapobiegania ludobójstwu i karania za nie, a także zakazuje podżegania do ludobójstwa. Skarga nie dotyczy indywidualnych oskarżonych, ale obowiązków państwa.
Nie ma tu już znaczenia, czy ten, kto wzywał do wyniszczenia innej grupy “w części lub całości”, ma również władzę, by to zrealizować. Przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości nie są oskarżeni ani Smotrich, ani Ben-Gvir, lecz państwo Izrael. A ono ma obowiązek podjąć całą listę działań, które nakazał MTS w swoich decyzjach tymczasowych, aby zapobiec ludobójstwu: dopuścić więcej pomocy humanitarnej, jedzenia, wody, elektryczności i leków – wszystko to, co izraelski rząd potem zignorował.
Jeśli przy tej okazji ktoś pyta, dlaczego MTS nie potępił Hamasu, nie nakazał mu nic, to odpowiedź jest prosta: Hamas nie jest państwem. Jego liderów nie trzeba sankcjonować, oni już żyją pod sankcjami. A jako zbrojna milicja (według prawa międzynarodowego) albo terroryści (według Izraela) nie podlegają rygorom, jakie obowiązują państwa i nie mogą ani skarżyć, ani zostać pociągnięci do odpowiedzialności przed MTS. MTK zaś wystosował kilka nakazów aresztowania przeciwko ich liderom.
Dlaczego MTS domaga się, aby Izrael dostarczył swoim wrogom (Hamasowi) jedzenie? Otóż wcale się nie domaga. Decyzje tymczasowe dotyczą ludności cywilnej, nie Hamasu. A w świetle prawa międzynarodowego Izrael okupuje Strefę Gazy, według konwencji haskich (które izraelski sąd najwyższy sam uznaje za wiążące dla Izraela) ma obowiązek “traktowania ludności cywilnej humanitarnie”.
Zgodnie z konwencją przeciwko ludobójstwu Izrael ma również obowiązek karać nawoływania do ludobójstwa. Tak się jednak nie stało między innymi dlatego, że ukarani wtedy wyszliby z rządu i Netanjahu straciłby władzę.
Jest więc więcej niż prawdopodobne, że MTK w pewnym momencie skaże Izrael za naruszenie konwencji o ludobójstwie, ale niekoniecznie za ludobójstwo. Nie byłby to pierwszy raz. W wyroku MTK z 2007 roku skazano również Serbię (wówczas jeszcze wraz z Czarnogórą) za to, że nie zapobiegła ludobójstwu w Srebrenicy i sprzeciwiła się wydaniu jednego ze sprawców, ale nie została skazana za samo ludobójstwo, którego dopuściła się armia bośniackich Serbów (a więc armia innego państwa niż Serbia).
Innymi słowy, to, że RPA wygra w MTS przeciwko Izraelowi i że Izrael zostanie skazany “za naruszenie konwencji o ludobójstwie”, jest niemal pewne. Czy zostanie również skazany za popełnienie ludobójstwa wobec Palestyńczyków w Strefie Gazy – jest mniej pewne, ale dla wizerunku Izraela i dla tej globalnej walki o rząd dusz nie ma to większego znaczenia. Łatka ludobójstwa przylepi się do Izraela podobnie jak do Serbii, której politycy i wojskowi też nigdy nie zostali skazani za to.
Ten proces jest już w toku, i to dość zaawansowany.
Jak Izrael przegrał walkę o rząd dusz na świecie
Proizraelskie grupy lobbingowe, think tanki, poszczególni blogerzy i influencerzy mogą się wysilać, jak chcą, ale Izrael nie pozbędzie się już etykietki „ludobójstwa”. Widać to na przykładzie Google Trends: jesienią ubiegłego roku, kiedy temat ten najbardziej zajmował internautów, hasło „ludobójstwo” w połączeniu z Izraelem było wyszukiwane ponaddwukrotnie częściej niż w połączeniu z „Gazą” i ponad 20 razy częściej niż w połączeniu z „Hamasem”. Dotyczy to całego świata.
Sondaże również odzwierciedlają ten trend. Według badania PEW od października 2023 roku poparcie dla Izraela spadło w 43 badanych krajach o 18,5 punktu procentowego w porównaniu z okresem przed 7 października.
Nawet w USA, gdzie po masakrze Hamasu w październiku 2023 roku opinia publiczna przez długi czas bardzo mocno sympatyzowała z Izraelem, obecnie 60 proc. jest przeciwnych polityce Izraela wobec Strefy Gazy. Rząd Donalda Trumpa może mimo wszystko nadal wspierać Izrael, bo 78 proc. Republikanów popiera Izrael, a wśród Demokratów – zaledwie 8.
Niektórzy obarczają nawet politykę Joego Bidena wobec Izraela odpowiedzialnością za porażkę Kamali Harris z Trumpem. Co znamienne, w najnowszej wewnątrzpartyjnej analizie porażki z 2024 roku temat ten w ogóle się nie pojawia.
Duże zachodnie stacje telewizyjne i gazety unikają terminu „ludobójstwo” w odniesieniu do wojny w Strefie Gazy jak diabeł święconej wody. W „New York Timesie”, „FAZ”, „Le Monde”, „Guardianie”, w mediach publicznych od BBC po ARD, ZDF i amerykańskie stacje telewizyjne pojawia się on jedynie jako cytat. Cytowani są eksperci z think tanków, obrońcy praw człowieka, prawnicy, demonstranci, którzy twierdzą, że Izrael dopuszcza się ludobójstwa w Strefie Gazy – ale prawie nikt (z wyjątkiem mediów lewicowych i skrajnie lewicowych) nie przyjmuje tego terminu za swój.
W tym zgiełku propagandowym znika mały, lecz istotny szczegół, który przewraca argumentację obu obozów – tego proizraelskiego z bardzo wysoką poprzeczką wobec ludobójstwa, i tego antyizraelskiego z bardzo niską poprzeczką – do góry nogami.
Problem z przypisaniem motywacji ludobójczej politykom izraelskim bez odpowiedniej władzy (i odwrotnie) w ogóle nie występuje w przypadku Hamasu.
Po pierwsze, jest to skrajnie hierarchiczna i autorytarna organizacja, która od swoich członków i wojowników egzekwuje absolutne posłuszeństwo – problem, że “góra nie wie, co wojownicy na dole robią”, nie zachodzi w ogóle. W świetle orzecznictwa dowodzący i tak mają obowiązek karania zbrodni, jeśli nie mogli im zapobiec, inaczej sami za nie odpowiadają. Hamas swoich zbrodniarzy nagradza jako bohaterów, zamiast ich karać.
Masakra 7 października nosiła wszystkie cechy “zbrodni przeciwko ludzkości” i tak też figuruje w nakazach aresztowania MTK. W swojej Karcie z 1988 roku Hamas otwarcie (choć w dość zawiłych sformułowaniach) wzywa do zniszczenia Izraela, przy czym niemal zawsze utożsamia Żydów z Izraelem, co sprawia, że całość staje się wypowiedzeniem wojny całemu narodowi, a nie tylko państwu.
Najostrzejsze sformułowania przeciwko Żydom i odwołania do “Mędrców Syjonu” zniknęły po nowelizacji Karty w 2017 roku. Nowa co prawda twierdzi, że Hamas zwalcza “syjonistyczny projekt”, a nie Żydów, ale nie zostawia złudzeń co do tego, że Hamas nie widzi żadnej organizacji żydowskiej w “wyzwolonej od rzeki do morza” Palestynie.
Warto tu zaznaczać, że definicja ludobójstwa w statucie MTK nie chroni życia poszczególnych członków jakiejś grupy, lecz “istnienia grupy jako takiej”. Jeśli zatem Izrael zamierza pozbawić Palestyńczyków w Strefie Gazy ich przywódców, tak aby stali się oni niezdolną do podejmowania decyzji bezwładną masą, to świadczy to tak samo o zamiarze ludobójczym, jak starania Hamasu do tworzenia “wolnej Palestyny”, w której Żydzi mogą żyć w rozproszeniu pośród Arabów, ale bez własnej organizacji z odrębną hierarchią i zdolnością do podejmowania zbiorowych decyzji.
W ten sposób „rozległy lub systematyczny atak na ludność cywilną” na południu Izraela, który Hamas rozpoczął 7 października, staje się aktem ludobójstwa, mimo że pochłonął znacznie mniej ofiar niż izraelskie bombardowanie Strefy Gazy.
Fakt, że ofiarami masakry z 7 października padli również nie-Izraelczycy i nie-Żydzi, niczego tu nie zmienia – z prawnego punktu widzenia w przypadku ludobójstwa nie chodzi o to, co sprawcy zrobili, ale o to, co chcieli zrobić. To zaś sami zapisali w swojej Karcie.
Tu mała dygresja. Postulowane przez Hamas i wielu zwolenników “prawo do oporu” faktycznie istnieje, ale tylko w dokumentach, które dla krajów Bliskiego Wschodu nie są wiążące, na przykład w rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ albo w Karcie Unii Afrykańskiej, do której ani Państwo Palestyńskie, ani Izrael nie należą.
Oba dokumenty dodatkowo zastrzegają, że owo prawo do oporu może być urzeczywistnione tylko w ramach prawa międzynarodowego, co oczywiście wyklucza dokonania masakry na ludności cywilnej.
To jest ten punkt, w którym ta cała walka o rząd dusz na świecie gryzie własny ogon. Jeżeli bowiem wolno mówić o ludobójstwie tylko w przypadku, kiedy ostatnie słowo wypowiedział trybunał międzynarodowy, to nie wolno Izraelowi zarzucić ludobójstwa. Ale Rosji i Hamasowi też nie.
Wtedy również mówienia o ludobójstwie w Katyniu oraz rokrocznych uchwał Sejmu o “ludobójstwie” albo “czystkach etnicznych o znamionach ludobójczych” Polaków z rąk “ukraińskich nacjonalistów” należałoby zaniechać – żaden sąd międzynarodowy o nich nie orzekł.
Jeśli zaś poprzeczkę dla tego zarzutu ustanawiamy tak nisko, że przeskoczą ją i Izrael, i Hamas, i Rosja, to prawie każdemu państwu i każdej milicji uczestniczących w jakimkolwiek konflikcie zbrojnym też można zarzucić ludobójstwo.
Wtedy też “Katyń”, “Wołyń”, “Wola” staną się zwykłymi masakrami, jakich wiele w historii ludzkości. I jednocześnie przestaje to wtedy znaczyć cokolwiek.
red. Ewa Wieczorek

Klaus Bachmann – dziennikarz, publicysta, historyk, politolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Autor wielu książek i prac naukowych, m.in. „Polska kaczka w europejskim stawie. Polskie szanse i wyzwania po przystąpieniu do UE” i „Długi cień Trzeciej Rzeszy”.