Archive | June 2026

Iranian Singer Sentenced to 74 Lashes for Not Wearing Hijab During Livestream Concert


Iranian Singer Sentenced to 74 Lashes for Not Wearing Hijab During Livestream Concert

Shiryn Ghermezian


Parastoo Ahmadi in a concert live streamed on YouTube in 2024. Photo: Screenshot

Iranian singer Parastoo Ahmadi and members of her production team have been reportedly sentenced to 74 lashes by the regime in Iran over her performing without a hijab in a concert that was broadcast live on YouTube.

In 2024, the 29-year-old singer and eight members of her production team performed a livestream concert on Ahmadi’s YouTube channel. Ahmadi defied Iran’s mandatory dress code for women and did not wear a hijab while performing the patriotic song “Az Khoon-e Javanan-e Vatan” (“From the Blood of the Youth of the Homeland”). Shortly after she posted the video of the “Caravanserai Concert” online, she and two members of her band were arrested and briefly detained, according to the US-based Center for Human Rights in Iran.

According to activists and media reports, the criminal court of Iran’s Qom province has now sentenced Ahmadi, musicians Ehsan Beiraqdar and Soheil Faqih Nasiri, and six members of her production team to flogging, a two-year ban on leaving Iran, and a two-year ban on participating in artistic activities because of the YouTube performance.

The ruling has not been published by the official judiciary news agency, but lawyers, human rights groups, and the UK news publication The Guardian saw court documents confirming the sentencing. The court ruled that Ahmadi and the others offended “public decency through the production and publication of obscene and immoral content on cyberspace platforms.”

“Ahmadi’s punishment of 74 lashes for merely singing and appearing without a hijab is yet another reminder that human rights conditions in Iran have not changed, despite the Iranian authorities’ wartime propaganda campaign aimed at improving their image,” said Bahar Ghandehari, the director of advocacy at the Center for Human Rights in Iran.

Iranian-American journalist and activist Masih Alinejad criticized the sentencing in a post on X.

“One day after the US signed a deal with the Islamic Republic، the regime in Iran, handed Parastoo Ahmadi 74 lashes for singing on YouTube,” she wrote, referring to the US memorandum of understanding with Iran.

“They call America the Great Satan. And then they flew to the table and signed a deal with the ‘Devil.’ But a woman’s voice scared them more than any superpower ever could,” Alinejad added. “A regime that whips women for showing their hair and singing – there’s not a normal government. This is called apartheid against women.”

Human rights lawyer Moein Khazaeli defended Ahmadi and condemned her sentencing while speaking to The Guardian.

“Singing, performing music, and producing or disseminating musical works by women are not criminalized under Iranian criminal law. Consequently, such activities cannot reasonably be construed as the ‘production, distribution, or publication of obscene content,’” he said “The imposition of a flogging sentence against artists, civil society activists, or other citizens is not merely a matter of domestic criminal law. It also raises serious concerns regarding states’ international obligations to prohibit torture and safeguard human dignity. For this reason, numerous human rights organizations consider flogging not a legitimate form of punishment, but rather a form of torture and inhuman treatment.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Odpowiedź Izraela na porozumienie z Iranem


Odpowiedź Izraela na porozumienie z Iranem

Vanessa Berg


Rozczarowujące porozumienie z Iranem raczej nie zmieni sposobu, w jaki Izraelczycy myślą, walczą i przygotowują się na to, co nadejdzie.

Dla Izraelczyków najbardziej niepokojącym elementem międzynarodowej dyplomacji często nie jest to, co wiadomo, lecz to, czego nie wiadomo.

Jeżeli Stany Zjednoczone i Iran rzeczywiście osiągnęły Memorandum Porozumienia mające zakończyć ostatni konflikt, wielu Izraelczyków natychmiast zada to samo pytanie: co dokładnie zostało oddane w zamian?

Na początku wojny cele Izraela były ambitne. Publiczna debata koncentrowała się nie tylko na powstrzymaniu bezpośredniego zagrożenia, ale na zasadniczej zmianie strategicznego układu sił, który od dziesięcioleci definiuje Bliski Wschód: ambicji nuklearnych Iranu, jego programu rakiet balistycznych, wspierania terrorystycznych organizacji zastępczych, a nawet przetrwania samego reżimu.

Jeżeli wynegocjowane porozumienie pozostawi znaczną część tej architektury nienaruszoną, rozczarowanie w Izraelu będzie nieuniknione – ale rozczarowania nie należy mylić z porażką.

Historia sugeruje, że Izraelczycy reagują na strategiczne niepowodzenia inaczej niż większość narodów. Rzadko postrzegają niekorzystne okoliczności jako trwały stan rzeczy. Zamiast tego traktują je jako problemy do rozwiązania.

Ta tendencja wynika z trzech głęboko zakorzenionych cech izraelskiego społeczeństwa.

1. Odmowa bycia „frajerem”

Niewiele pojęć jest bardziej centralnych dla izraelskiej kultury niż idea niebycia „frajerem” (frier, פראייר), której korzenie sięgają jidysz, gdzie określano tak osobę łatwowierną lub łatwą do oszukania.

Frajer to ktoś, kogo można wykorzystać – ktoś, kto ufa zbyt mocno, czeka zbyt długo albo pozwala innym decydować o swoim losie. Izraelczycy nie znoszą bycia frajerami.

Ten kulturowy instynkt został ukształtowany przez pokolenia doświadczeń. Raz za razem Izraelczycy przekonywali się, że obietnice składane na międzynarodowych forach często rozpływają się w zderzeniu z geopolityczną rzeczywistością. Gwarancje bezpieczeństwa mogą się zmieniać. Administracje przychodzą i odchodzą. Sojusze się przesuwają.

W rezultacie Izraelczycy mają tendencję do postrzegania międzynarodowych porozumień jako użytecznych, lecz niewystarczających. Nawet jeśli porozumienie amerykańsko-irańskie tymczasowo zmniejszy napięcia, niewielu Izraelczyków uzna, że problem zniknął. Zamiast tego będą pytać: co dalej?

Najbardziej prawdopodobną reakcją nie będzie rezygnacja, lecz adaptacja. Izrael niemal na pewno pogłębi działania wywiadowcze, rozbuduje zdolności cybernetyczne, przyspieszy innowacje technologiczne, wzmocni partnerstwa regionalne i dopracuje opcje militarne. Każda luka pozostawiona przez dyplomację stanie się wyzwaniem do pokonania dzięki pomysłowości i przygotowaniu.

Pytanie, które zada sobie wielu Izraelczyków, nie będzie brzmiało, czy porozumienie rozwiązuje problem, lecz czy nie byliby głupcami, zakładając, że tak właśnie jest. A Izraelczycy od dziesięcioleci udowadniają, że nie mają najmniejszej ochoty odgrywać takiej roli.

Przypomina mi się historia początków Żelaznej Kopuły, niegdyś uznawanej za cud światowej klasy, a dziś będącej czymś niemal oczywistym w izraelskich realiach. Na początku lat dziewięćdziesiątych Mordechaj Josipow wyemigrował do Izraela z Uzbekistanu. Pewnego letniego poranka w 2004 roku czekał na kuzyna, który odwoził swojego wnuka do przedszkola w Sderot (kilometr od granicy ze Strefą Gazy), gdy nagle doszło do eksplozji.

Uderzenie rakiety Hamasu pozostawiło pośrodku asfaltowej ulicy, przed przedszkolem Lilach, w dzielnicy niskiej zabudowy mieszkaniowej, lej wielkości dużej patelni. Odłamki metalu przeszyły ciała trzyletniego Afika Zahaviego i jego matki Ruthie, gdy około ósmej rano szli w kierunku szkoły. Afik zmarł w drodze do szpitala, natomiast Ruthie przeżyła i mogła opowiedzieć swoją historię.

Czterdziestodziewięcioletni dziadek Ilanit oraz trzyletni Afik byli pierwszymi ofiarami rakiet wystrzelonych w stronę Izraela przez palestyńskich bojowników ze Strefy Gazy. Ich śmierć skłoniła izraelski rząd do rozpoczęcia projektu, który doprowadził do powstania innowacyjnego systemu obrony przeciwrakietowej znanego dziś jako Żelazna Kopuła.

Izraelczycy odmówili bycia frajerami wobec działań Hamasu. Podjęli działania, by zmienić rzeczywistość, i z takim samym zdecydowaniem będą podchodzić do zagrożenia ze strony Iranu.

2. Izraelski optymizm

Dla osób z zewnątrz Izraelczycy często wydają się zaskakująco optymistyczni jak na ludzi żyjących w jednym z najbardziej niestabilnych regionów świata. Ich optymizm nie jest naiwny. Jest wypracowany.

Od 1948 roku Izrael stoczył wiele wojen, przyjął fale terroryzmu, przetrwał kryzysy gospodarcze, doświadczył dyplomatycznej izolacji i wielokrotnie mierzył się z zagrożeniami, które zdaniem wielu obserwatorów mogły przytłoczyć państwo. A jednak Izrael trwa. Każde pokolenie Izraelczyków dorasta w otoczeniu przykładów pozornie niemożliwych przeszkód, które ostatecznie zostały pokonane.

Nikt nie uosabiał tego sposobu myślenia bardziej niż nieżyjący już wybitny izraelski mąż stanu Szimon Peres. W swojej książce No Room for Small Dreams („Nie ma miejsca na małe marzenia”) opisywał izraelski optymizm nie jako myślenie życzeniowe, lecz jako praktyczny sposób mierzenia się z rzeczywistością. Wskazywał trzy kluczowe składniki: kreatywne myślenie, odwagę brania odpowiedzialności i determinację.

Izrael narodził się dzięki niekonwencjonalnym rozwiązaniom niekonwencjonalnych problemów. Założyciele państwa odziedziczyli bagna, pustynie, skromne zasoby, wrogich sąsiadów i niemal zerowy margines błędu. Konwencjonalne myślenie było luksusem, na który nie mogli sobie pozwolić. Gdy bagna pełne malarii zagrażały pierwszym osiedlom, pionierzy sprowadzili z Australii eukaliptusy, aby pochłaniały nadmiar wody.

Nawet słynne izraelskie pojęcie balagan (trwały stan nieporządku) często służy jako inkubator kreatywności. W społeczeństwie, gdzie struktury bywają niedoskonałe, ludzie uczą się improwizować, dostosowywać i wynajdywać nowe rozwiązania. Jeśli porozumienie dyplomatyczne stworzy nowe ograniczenia, Izraelczycy nie zaakceptują ich biernie. Zaczną szukać niekonwencjonalnych sposobów ich obejścia. Tak było zawsze.

Izraelska kultura często zakłada, że jeśli coś trzeba zrobić, ktoś musi wystąpić naprzód i to zrobić. Tendencję tę można dostrzec w całym społeczeństwie. Widać ją w ekosystemie startupów, który niezmiennie należy do najbardziej innowacyjnych na świecie. Widać ją w wojsku, gdzie od młodszych rangą oczekuje się inicjatywy, a nie ślepego przestrzegania procedur. Widać ją również w ruchach młodzieżowych, takich jak izraelscy skauci, gdzie młodzi ludzie otrzymują wyjątkowo wysoki poziom odpowiedzialności już od najmłodszych lat.

Efektem jest kultura, która rzadko czeka na idealne warunki. Izraelczycy mogą narzekać. Mogą bez końca się spierać. Mogą nie zgadzać się co do strategii. Jednak w obliczu wyzwania zazwyczaj zakładają, że ostateczna odpowiedzialność spoczywa na nich samych.

Niewiele historii lepiej oddaje izraelską wytrwałość niż wysiłki Peresa zmierzające do stworzenia fundamentów izraelskiego programu nuklearnego.

W 1956 roku, jako dyrektor generalny izraelskiego Ministerstwa Obrony, Peres pomagał koordynować kampanię synajską. Podczas spotkań z francuskimi urzędnikami dostrzegł okazję, którą większość uznałaby za nierealną: przekonać Francję do pomocy Izraelowi w stworzeniu programu energetyki jądrowej. Ku jego zaskoczeniu Francuzi się zgodzili.

Jednak przekształcenie tej zgody w rzeczywistość okazało się znacznie trudniejsze. Projekt spotkał się ze sprzeciwem izraelskich przywódców, obawami Stanów Zjednoczonych oraz intensywną kontrolą ze strony Związku Radzieckiego. Następnie, gdy we wrześniu 1957 roku ostateczne porozumienie było już na wyciągnięcie ręki, francuski rząd zaczął się rozpadać.

Po latach negocjacji brakowało już tylko zgody politycznego kierownictwa Francji. Peres biegał od gabinetu do gabinetu, przekonując sceptycznych urzędników i gorączkowo zbierając niezbędne podpisy, zanim rząd upadnie. Gdy kryzys się pogłębiał, nawet Dawid Ben Gurion uznał, że misja Peresa najprawdopodobniej zakończy się „na niczym”. Mylił się.

Peresowi udało się zdobyć zgodę ustępującego premiera dosłownie w ostatniej chwili. Chociaż rząd faktycznie już się rozpadał, porozumienie celowo podpisano i opatrzono datą z dnia poprzedzającego jego upadek, torując drogę francuskiej pomocy. Tym podpisem zasiano ziarno izraelskiego programu nuklearnego.

Po latach Peres wspominał ten epizod z charakterystycznym pragmatyzmem:

„Ta data czy tamta – jakie to ma znaczenie?” – mówił. „Jakie ma to znaczenie między przyjaciółmi?”

3. Błogosławieństwo w przebraniu

Istnieje jeszcze jedna możliwość, którą wielu Izraelczyków po cichu dostrzeże: jeśli porozumienie okaże się rozczarowujące, może ono ostatecznie wzmocnić strategiczną niezależność Izraela.

Przez dziesięciolecia Izrael cieszył się wyjątkowym wsparciem Stanów Zjednoczonych. To partnerstwo pozostaje bezcenne. Jednak ostatnie wydarzenia przypomniały lekcję, którą wielu Izraelczyków już znało: sojusznicy mają interesy, a nie obowiązki.

Amerykańskie administracje się zmieniają. Amerykańskie priorytety się zmieniają. Amerykańscy wyborcy się zmieniają. A wraz z nimi zmienia się amerykańska polityka zagraniczna. Długoterminowe bezpieczeństwo Izraela nie może więc opierać się wyłącznie na założeniu, że Waszyngton zawsze będzie podzielał postrzeganie zagrożeń przez Jerozolimę lub jej harmonogram strategiczny.

Rozczarowujące porozumienie może przyspieszyć wysiłki na rzecz dywersyfikacji relacji Izraela na świecie, pogłębiania partnerstw regionalnych, rozwijania niezależnych zdolności oraz ograniczania zależności od pojedynczego zagranicznego partnera.

Historia sugeruje, że okresy strategicznego dyskomfortu często zmuszają państwa do stawania się silniejszymi. Historia Izraela, być może bardziej niż historia jakiegokolwiek innego kraju, pełna jest przykładów, gdy przeciwności losu stawały się nieoczekiwanym źródłem odporności. Paradoks może polegać na tym, że porozumienie mające ograniczyć Izrael ostatecznie popchnie go ku większej samodzielności.

Wielu obserwatorów będzie interpretować porozumienie amerykańsko-irańskie przez pryzmat dyplomacji. Izraelczycy spojrzą na nie raczej przez pryzmat adaptacji. Od pokoleń funkcjonują w rzeczywistościach, których sami nie wybrali.

Nie oznacza to, że z zadowoleniem przyjmują niekorzystne rezultaty. Oznacza to, że nie pozwalają, by niekorzystne rezultaty ich definiowały.

Porozumienie może zmienić strategiczny krajobraz. Może opóźnić realizację pewnych celów. Może stworzyć nowe wyzwania. Jest jednak mało prawdopodobne, by zmieniło fundamentalny charakter społeczeństwa, które wielokrotnie przekształcało niepowodzenia w szanse.

Izraelczycy nie należą do ludzi, którzy użalają się nad sobą – najprawdopodobniej już zastanawiają się, jak zdobyć irański uran, a przynajmniej od tego zacząć.


Link do oryginału:

Future of Jewish
Israel’s Answer to the Iran Deal
Future of Jewish is the ultimate newsletter by and for people passionate about Judaism and Israel. Subscribe to better understand and become smarter about the Jewish world…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


What’s behind the campaign to demonize Israel inside Trumpworld?


What’s behind the campaign to demonize Israel inside Trumpworld?

What’s behind the campaign to demonize Israel inside Trumpworld?


Dubious leaks about the Jewish state spying on America signify an effort to break up a valued alliance by those whose motives are rooted in antisemitic conspiracies.

U.S. President Donald Trump holds a cabinet meeting in the Cabinet Room of the White House, May 27, 2026. Credit: Daniel Torok/White House.

In recent months, the world has witnessed some of the closest cooperation between the governments and armed forces of the United States and one of its allies. The war launched on Feb. 28 by the United States and Israel against Iran required intense coordination in the areas of intelligence and precision attacks. What followed was an exhibition of high-tech warfare that bespoke both the common purpose of the two nations and the trust that has been built over the years between their militaries. And it resulted in the destruction of much of the Islamist regime’s military forces, the decimation of its nuclear and missile programs, and the targeting of Tehran’s leadership.

It was made possible by the willingness of the two governments to act, at least for a time, in unison strategically, but also for their forces to be engaged tactically on a level that rivals the great alliances of military history, such as the one between the United States and Britain during the Second World War.

That collaboration upsets the political foes of the Trump administration and Israel within the Democratic Party, as well as the broader red-green global alliance of Marxists and Islamists that essentially despise both nations. It’s also galling to the small but vocal faction on the American right that is isolationist in its sensibilities and virulently anti-Israel in a way that often betrays the antisemitic attitudes of its advocates.

Unsubstantiated claims of spying

And that is the context for understanding the story that made headlines at NBC News and The New York Times over the weekend about alleged Israeli spying on the United States.

A deep dive into the details of the story reveals that the hyperbolic headlines that stated that the “Pentagon raised threat of Israeli spying on U.S. to highest level, sources say,” and “Pentagon Sees Growing Espionage Threat From Israel” were not based on any actual revelations about Israeli espionage that had been uncovered. Instead, the articles merely floated suspicions. The leaked reports claimed that “Israel’s ability to conduct human espionage and technical collection is at a ‘critical level” and that Jerusalem was trying to “eavesdrop on senior American officials, including Steve Witkoff, President Donald Trump’s top negotiator, Elbridge A. Colby, the Pentagon’s top policy official, and one of his main deputies, Michael P. DiMino IV.”

That sounds alarming. But it also falls far short of any actual evidence that such activity had taken place or that it means that a crisis of confidence exists between the two allies.

Moreover, it flies in the face of what credible sources about Israeli intelligence say, like left-wing journalist Yossi Melman, who currently writes for Haaretz. No fan of the government of Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu, he has been covering this subject for decades. He confirms what most of those in the know say about the topic when he wrote that “Israel’s intelligence community stopped spying on U.S. soil and against American targets or individuals around the world following the Pollard affair in 1985. Period. Not Unit 8200. Not the Mossad and not the Shin Bet.”

Melman agrees with others who have noted that the real story here isn’t the unsubstantiated allegations about Israeli behavior, but rather why some figures in the Pentagon leaked these claims to liberal media outlets that remain notoriously hostile to the administration they serve.

They are clearly aiming at not only creating a wedge between the two countries but also to score points inside Trumpworld against the far larger faction of officials who are supportive of the alliance with Israel. More than that, they aim to blow it up by blaming Israel for a war that the isolationists didn’t support in the first place. In doing so, they hope to persuade the president to distance himself from a conflict that—like the left-wing publications to which they have fed these claims—they believe is a failure.

Obsessed with Israel

For those on the far right, it isn’t just that they lack enthusiasm about the alliance. They view Israel, and both its Jewish and non-Jewish supporters, as the source of all evil in the world and the root of America’s problems.

Their obsessive hatred for the Jewish state extends to believing without a shred of proof that Jerusalem was behind the Jeffrey Epstein scandal. Like the myths about “The Israel Lobby” that fuel resentments about AIPAC, the Jews and their state are not merely the scapegoats for scandals, but are believed to be manipulating Trump and the United States to work against American interests. In this way, antisemitic shorthand about “Zio-pedos” has become the way the far-right mimics the Marxist formulations about a “white oppressor” state in which Israel and Zionists are demonized as not just wrongheaded, but perverted criminals.

Unsupported allegations about Israeli spying are thus not merely overhyped concerns about security, but simply another layer of the same antisemitic paranoia that fuels some of the discourse about Epstein as well as the war on Iran.

The timing of the leaks is crucial because they came at a moment when the ultimate direction of U.S. policy toward Iran seems to be up in the air.

The president is under enormous political pressure to end the war due to the resulting hike in fuel prices and the way that seems to be impacting the chances of his party holding onto control of Congress in the 2026 midterm elections. Witkoff and Trump’s adviser and son-in-law, Jared Kushner, who have been pursuing some sort of agreement to end the war, seem, like their Democratic predecessors who sought appeasement of Iran in the Obama and Biden administrations, to believe in diplomacy for its own sake.

While Washington and Jerusalem have much in common with respect to Tehran, their positions are not identical. And if Trump is truly committed to getting a deal with Iran that would be on terms that resemble those of Obama’s disastrously weak 2015 nuclear accord with Tehran, it will turn those differences into a major problem. The Iranian regime’s purpose is Israel’s destruction and an endless generational war on the West. Diplomacy that is based on tolerating it or trusting its leaders to keep their word on nuclear or other issues is a trap that sensible policymakers should avoid.

Reversal of fortune

As far as those on the far right whose positions on Israel are little different from those on the far left, the notion that the Iran war is a failure, despite the enormous military success already achieved, is their chance for a reversal of fortune.

Trump agreed with some in the neo-isolationist wing of the GOP about the need to make Europe pay for its own defense and to focus on the threat from China. But they failed to reckon with the fact that, for all of his criticisms of the failed wars in Afghanistan and Iraq, Trump has always been a hawk about the Islamist regime in Iran, its role in international terrorism and the mortal threat its nuclear ambitions posed to the West.

As Eli Lake wrote in an insightful article published in March in The Free Press, this juxtaposition has led to someone like Colby, who is thought of as the leading “war skeptic” inside the administration, becoming a defender of the fight against Iran. Supporters of Israel viewed his appointment with trepidation because he had said that the United States could “live” with a nuclear Iran and appeared on political commentator Tucker Carlson’s podcast in 2024.

Colby’s willingness to go along with the war may well be due, as he said during his confirmation hearings, to Iran’s ballistic-missile program, which made it a threat to the United States. But it seems to indicate that the anti-war faction in the administration was not only powerless but, like its leading figure, Vice President JD Vance, had been forced by Trump to agree with him on the subject, or face isolation and potential eviction from their offices.

If Trump can be convinced to abandon his hopes of defeating Tehran, either by military strikes or a sensible strategy of strangling its economy, then the hopes of the isolationist Israel-haters can be revived.

Pollard’s tragic legacy

It is highly unlikely that Israel is conducting operations that could be characterized as a “critical threat” to American secrecy.

The disastrous Jonathan Pollard affair complicated U.S.-Israel relations for a generation. It also fostered unfair suspicions about the loyalty of American Jews that fueled several ensuing spy scares that proved to be more about the hatred for the Jewish state among some U.S. officials than anything else. Pollard was punished more harshly than he deserved and far more than anyone who had spied for a U.S. ally. But his betrayal, as well as that of his Israeli handlers and their high-ranking political masters (a list that included Prime Ministers Yitzhak Shamir, Shimon Peres and Yitzhak Rabin), stands as a cautionary tale for the Jewish state’s current policymakers and intelligence officers that can’t be ignored.

Those who consider Pollard, who was released from prison after 30 years in jail in 2015 and then allowed to immigrate to Israel in 2020, to be a hero are deeply misguided. The convicted spy’s delusions of grandeur about his misdeeds and terrible advice to American Jews to commit similar crimes should warrant treatment of him as a pariah rather than a role model.

That said, the motives of those who obsess about Israeli spying, whether by exploiting the legacy of the Pollard affair—much as they do about the attack on the USS Liberty by Israeli forces during the confusion of the 1967 Six-Day War—as a reason to distrust or hate the Jewish state, deserve to be questioned.

A mutually beneficial alliance

The feigned righteous indignation about Israeli espionage ignores the fact that all nations, including the closest of allies, constantly seek to find out all they can about each other, and their intentions and policies. Indeed, it is highly likely, if not almost certainly true, that the United States is currently engaged in spying on Israel. Still, as the junior partner in the alliance, Israel should be far more circumspect about its efforts to find out what the Americans intend to do than its partners.

Yet it is equally important to remember that among the main advantages of the alliance for the United States is that Jerusalem shares with Washington vast stores of information about the Middle East and the Islamic world that American agencies have proven unable to provide for themselves. The United States derives enormous benefits from this, coupled with Israeli contributions to joint projects to invent and improve various aspects of defense technology. And the billions in military aid that Israel gets—that its critics never stop complaining about—are almost all spent in the United States and are critical to bolstering American defense manufacturing.

Why then, attempt to blow up the relationship with a country that is not only Washington’s sole democratic ally in the Middle East, but one that has the capability and willingness to fight side by side with its American partners?

Far-right elements within the administration, likely behind the leaks about an Israeli spy scare, share the paranoid hatred of Jews regularly aired on the podcasts of antisemites like Carlson, the even crazier Candace Owens, neo-Nazi groyper Nick Fuentes, and even the supposedly more mainstream Megyn Kelly. They aren’t interested in promoting American interests so much as they are sowing distrust of Israel and its supporters simply to bolster their conspiratorial worldview.

Most of all, they are hoping to seize on what ought to be characterized as fear-mongering about Israel, rather than an actual threat to American security, to undermine the defense of the West against Iran’s Islamist terrorists.

Doubtless, they are encouraged by Trump’s erratic policy statements about Iran. The president’s efforts to restrain Jerusalem’s attacks on Iran and its Hezbollah terrorist auxiliaries in Lebanon have bolstered the belief that the two allies aren’t just having tactical disagreements about the next step in the conflict, but are pursuing mutually exclusive goals. Should Trump embrace an Obama-style deal with Iran, then those who are seeking to crack up the alliance will think they have gained the upper hand.

But what shouldn’t be forgotten is that the past few months of shared combat against Iran have proven that the U.S.-Israel relationship is not a plot imposed on Washington by a lobby. Those who strive to undermine it are making America weaker, not stronger. And their reasons for doing so are rooted in antisemitic conspiracy theories as opposed to rational strategic thought. The alliance is not a matter of American charity or mythical Israeli manipulation. It is a foundational element of U.S. national security against the ongoing threat of Islamist terror that deserves the support of all American patriots.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Iran Claims Control of Strait of Hormuz Passage, Sees Rapid Oil Windfall From Trump Deal


Iran Claims Control of Strait of Hormuz Passage, Sees Rapid Oil Windfall From Trump Deal

Ailin Vilches Arguello


People drive past an anti-US billboard depicting US President Donald Trump and the Strait of Hormuz, in Tehran, Iran, May 17, 2026. Photo: Majid Asgaripour/WANA (West Asia News Agency) via REUTERS

Iran has quickly moved to tighten its grip on the Strait of Hormuz while reaping an immediate surge in oil revenues amid eased export restrictions, as stalled negotiations with Washington deepen uncertainty over the US-Iran memorandum of understanding and raise concerns about the deal’s viability.

Less than a week after signing a controversial agreement with Washington, the Iranian regime is already testing key provisions of the accord while capitalizing on a flood of new oil revenue after narrowly avoiding total economic collapse.

According to tanker-tracking firm TankerTrackers.com, Iran exported roughly 18 million barrels of crude oil over the past five days, generating an estimated $1.44 billion in revenue as sanctions relief and eased export restrictions under the newly signed agreement revived the country’s oil trade.

Iran’s oil exports plunged by more than 70 percent after a US naval blockade of Iranian ports took effect in mid-April, triggering a sharp collapse in overseas shipments.

Even as Iran’s national oil company reduced production to avoid severe bottlenecks with storage facilities nearing capacity, the country was rapidly running out of available space, pushing the regime toward a full-scale production crisis.

With export restrictions now lifted, the regime appears to be drawing down accumulated stockpiles as oil shipments rebound, a development that could help sustain elevated export volumes in the weeks ahead.

The US blockade on Iranian ports had prevented the regime from exporting energy through the Strait of Hormuz — a critical global energy chokepoint through which about one-fifth of the world’s oil supply typically passes.

Iran has been using control over the strategic waterway as a major source of leverage, militarizing the passage and sharply restricting maritime traffic through one of the world’s most critical shipping corridors.

Now, even with the newly signed agreement requiring Iran to guarantee free navigation through the Strait of Hormuz, the regime’s newly created Persian Gulf Strait Authority (PGSA) has introduced new registration requirements for vessels, signaling Tehran may eventually seek to impose fees and additional controls on maritime traffic.

The PGSA announced new restrictions requiring vessels to submit compliant transit applications at least 48 hours in advance and provide valid, accessible contact information before being authorized to pass through the waterway.

Officials also noted that mandatory coordination of designated transit routes and passage schedules is required because of mine-affected areas and the need to ensure safe navigation while preventing maritime collisions.

According to the announcement, the Iranian regime said it will not collect any “tariff for security, safety, and environmental services, as well as related Iranian insurances” during the 60-day period in which Washington and Tehran are expected to negotiate a final agreement. The statement appeared to indicate the regime could try and charge tolls for passing the strait after 60 days.

.

.
Meanwhile, multiple reports on Friday morning said that Iran’s Islamic Revolutionary Guard Corps (IRGC) read a statement over maritime radio channels warning vessels from entering the strait because the US was in violation of the memorandum of understanding, which US President Donald Trump and Iranian counterpart Masoud Pezeshkian signed on Wednesday.

“Since Israel’s withdrawal from Lebanon, the complete lifting of the naval blockade, and the withdrawal of American terrorist forces from the Persian Gulf and the region are among the main conditions of the agreement between Iran and the United States, the Strait of Hormuz will remain closed until these conditions are met,” the IRGC said. “All ships are requested, for the sake of their security and safety, not to approach the Strait of Hormuz. Any vessel that defies this directive will be targeted.”

The Algemeiner could not immediately verify whether the statement attributed to the IRGC Navy was accurate. However, Iran’s Foreign Ministry later said that the media reports were not true.

“The armed forces of Iran, in accordance with the memorandum of understanding to end the war dated June 18, 2026, have taken the necessary measures to ensure the safe passage of commercial vessels through the Strait of Hormuz, and shipping in this route is currently underway,” Iranian Foreign Ministry spokesman Esmail Baghaei said Friday, according to Iran’s Fars News Agency.

With the newly signed deal hanging in the balance, planned US-Iran negotiations in Switzerland were postponed as renewed fighting in Lebanon deepened uncertainty around efforts to secure a final agreement to end the war and address longstanding concerns over Iran’s nuclear program.

Israel and the Iran-backed Lebanese terrorist group Hezbollah later agreed to a ceasefire in Lebanon on Friday, potentially paving the way for US and Iranian officials to move ahead with the start of negotiations expected to address Iran’s stockpiles of enriched material and other nuclear-related issues in a final accord.

According to a statement from Iran’s Foreign Ministry, negotiations on a permanent agreement with the United States will begin only after key provisions of the memorandum are implemented, including a permanent end to the war in Lebanon, the complete lifting of the US blockade, the issuance of waivers for Iranian oil exports, and the release of frozen Iranian assets.

The 14-point memorandum calls for an immediate and permanent end to the war across all fronts, including Lebanon, with both sides pledging not to carry out hostile actions, threaten force, or interfere in each other’s internal affairs.

Under the agreed framework, the United States would lift restrictions on maritime traffic and restore normal navigation within 30 days, while Iran would ensure the safe resumption of commercial shipping through the Persian Gulf and the Sea of Oman.

Washington would also begin withdrawing forces from surrounding areas within 30 days of a final agreement being reached.

The memorandum further outlines a US-backed economic rehabilitation plan for Iran valued at a minimum of $300 billion and commits Washington to eventually lifting sanctions under a timetable to be determined during final negotiations.

In the meantime, the US Treasury Department would issue waivers allowing Iranian oil and petrochemical exports to continue, while frozen Iranian assets could gradually be released as talks progress.

Amid mounting criticism of the deal, US President Donald Trump once again defended the agreement, dismissing concerns over concessions granted to Tehran and insisting Iran remained in a weakened position despite the diplomatic breakthrough.

“The War has diminished Iran!” Trump wrote in a post on Truth Social on Friday. “We didn’t ​meet out of desperation, Iran did. They are FINISHED! We’ll play out the 60 days. They get no money, not ten cents!”

Trump’s vice president, JD Vance, has been the US official most publicly defending the deal. US Sen. Lindsey Graham of South Carolina, a leader in the Republic Party’s foreign policy establishment, called Vance the “architect” of the agreement.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Bachmann: Za sprawą rządu Izraela już nie sposób ustalić, co jest antysemityzmem

Strefa Gazy. Kobieta z dzieckiem próbuje się schronić w czasie izraelskiego nalotu na dzielnicę Ridwan w mieście Gaza, 23 października 2023 r. (Fot. Ali Jadallah/Anadolu/Getty Images)


Bachmann: Za sprawą rządu Izraela już nie sposób ustalić, co jest antysemityzmem

Klaus Bachmann


[ webmaster: Wyborcza siega az do Niemiec, aby na nowo obsmarowac Izrael, wlasne antysemickie talenty nie wystraczaja. Nie bylo ludobujstwa w Hiroshimie ani w Nagasaki. Nie bylo w Dreznie, ale te same lewicowe karly ktore kiedys krzyczaly “religia opium narodow” dzis wciskaja nam Islamska ideologie otepienia Hamasu z Gazy.
Nikt NIE udowodnil jak dotad “Ludobojstwa” w Gazie, ale co drugi antysemita o tym krzyczy.  Wiele artykulow o wojnie Izrael z Libanem ale ani slowa o okupacji Syryjskiej Libanu 1976 – 2005]


Proizraelskie grupy lobbingowe, think tanki i influencerzy mogą się wysilać, jak chcą, ale Izrael nie pozbędzie się już etykietki “ludobójstwa”.

Okopy są wykopane, obie strony mają sporo amunicji i jasny obraz wroga: kto wymienia wyraz “Izrael” w jednym zdaniu ze słowem “ludobójstwo”, ten jest antysemitą; kto zaczyna swój wywód od 7 października i “prawa Izraela do samoobrony”, zaprzecza ludobójstwu w Strefie Gazy.

“Hasbara” przeciwko “propagandzie Hamasu”. Pola do kompromisu nie ma, bo w walce o prawdę kompromisu być nie może.

Tę logikę można stosować do wszystkich listów otwartych na ten temat, do wszystkich apeli, wezwań do protestu i manifestacji od Londynu po Berlin, Nowy Jork, Paryż i teraz też Polskę.

Walka dotarła też do nas, okopy, amunicja i fanatyzm walczących są podobne, tylko antagoniści inni. Natężenie emocjonalne tych tekstów jednak sugeruje, że tu wcale nie chodzi o prawdę, lecz o tożsamość walczących, dla których stosunek do konfliktu na Bliskim Wschodzie jest papierkiem lakmusowym, czy ktoś stoi “tam, gdzie ZOMO”, czy “tam, gdzie »Solidarność«”.

Nie chodzi o prawdę, nie chodzi w ogóle o Bliski Wschód, chodzi o stosunek Polaków do innych Polaków, o “naszą” i “ich” przeszłość. Nic tego lepiej nie pokazuje niż “List ludzi kultury” i reakcje jego najzagorzalszych krytyków.

Im list ten jawi się jako powtórka antysyjonistycznej kampanii późnych lat 60. Oskarżenie Zjednoczonych Emiratów Arabskich o ludobójstwo w Sudanie – gdzie one popierają Rapid Support Forces – takich wybuchów emocji nie powoduje.

Oskarżeniami Demokratycznej Republiki Konga o ludobójczą politykę wobec rwandojęzycznej ludności jej wschodnich prowincji (ani też oskarżeniami Konga wobec Rwandy) nikt w Polsce się nie przejmuje.

Oba te konflikty trwają co prawda dłużej niż wojna o Gazę i spowodowały więcej ofiar, ale ich nie da się odnieść do niedawnej przeszłości czy do wewnętrznych podziałów Polski.

Ludobójstwo i jego negacja

Najważniejszą bronią w tej walce jest zarzut ludobójstwa. Nie ma żadnych racjonalnych przesłanek ku temu, aby uważać ludobójstwo za gorszą zbrodnię niż zbrodnie wojenne albo zbrodnie przeciwko ludzkości.

Ludobójstwo w Srebrenicy trwało kilka dni i spowodowało około 8 tys. ofiar, podczas gdy “zwykłe zbrodnie wojenne” w Syrii trwały 13 lat i pociągnęły za sobą mniej więcej pół miliona ofiar. Tam stosowano broń chemiczną wobec ludności cywilnej, a ofiary umierały w potwornych mękach.

Palestyńczycy wracający do zniszczonego przez wojnę obozu dla uchodźców w Dżabaliji na północy Strefy Gazy, 19 stycznia 2025 r. Fot. Omar Al-Qattaa/AFP/East News

Ale i tak światowa opinia publiczna uważa ludobójstwo za swoistą królową wszystkich zbrodni; zarzut ludobójstwa przekształca każdy konflikt między dwiema stronami w nierówną walkę niewinnej zbiorowej ofiary z nikczemnym zbiorowym katem.

Reputacja jakiejś grupy, jakiegoś narodu albo państwa jako “ofiary ludobójstwa” gwarantuje uwagę, uznanie, respekt, moralną przewagę nad sprawcami i tymi, “którzy nic nie robili, aby temu zapobiec”, czasami nawet możliwość dochodzenia reparacji i prawo do wysuwania innego zarzutu, który w podobny sposób nie występuje w przypadku zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości

Chodzi o zarzut negacjonizmu: kto podaje w wątpliwość, że dane wydarzenie miało miejsce, było ludobójstwem, albo opisuje lub nazywa je łagodniej, niż ofiary to robią, spotyka się z moralnym, politycznym, dyplomatycznym ostracyzmem, a często nawet z zarzutami karnymi.

Prawo co prawda zna też zakaz zaprzeczenia innym ciężkim zbrodniom, ale w sferze publicznej tylko negacjonizm wobec ludobójstwa przyciąga uwagę.

Dlatego zarzut ludobójstwa jest tak ważny w obecnym sporze o konflikt na Bliskim Wschodzie. Jedni mają go niemal nieustannie na ustach, wywołując wrażenie, jakoby był już ostatecznie udowodniony i jakoby wątpliwości stanowiły przypadki negacjonizmu.

Nawet gorzej: kto nie potępia “ludobójstwa w Gazie”, ten jest izraelskim propagandystą. W pierwszym apelu “ludzi kultury” do minister Marty Cienkowskiej “ludobójstwo” pojawia się aż cztery razy, w drugim, który jest reakcją na niego – ani razu.

Ten sam schemat można obserwować w debatach online, podczas rytualnych manifestacji i kontrmanifestacji w Berlinie, Londynie i Paryżu. “Ludobójstwo” działa nie jak koncepcja z Międzynarodowego Prawa Karnego, lecz jak krzyk bojowy, dzięki któremu członkowie zwaśnionych obozów rozpoznają szybko i sprawnie, kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem.

To, czym jest ludobójstwo, nie odgrywa tu żadnej roli. Ludobójstwo jest tu tylko narzędziem do narzucania narracji, zdobycia przewagi w krajowej i globalnej walce o emocje, która obecnie toczy się na X, Instagramie, TikToku i Facebooku.

Czy Holokaust był ludobójstwem?

W tej walce istnieją dwie skrajne argumentacje. Jedna z nich stawia poprzeczkę bardzo wysoko: ludobójstwem jest tylko to, co jakiś międzynarodowy trybunał prawomocnie uznał za ludobójstwo.

Argument ten ma sporo zalet: jest niezwykle precyzyjny i łatwy do zweryfikowania. Problem polega na tym, że nawet Holokaust nie spełnia tych kryteriów, bo Trybunał Norymberski nie znał jeszcze pojęcia ludobójstwa.

Oskarżeni tam – i przed trybunałem w Tokio – mieli zarzuty zbrodni wojennych, spisku przeciwko pokojowi i zbrodni przeciwko ludzkości. Holokaust został tam uznany za zbrodnię wojenną, jeśli dotyczył Żydów bez obywatelstwa niemieckiego, a za zbrodnię przeciwko ludzkości – jeśli niemieckich Żydów.

PublikujRafał Lemkin swoją koncepcję wymyślił właśnie dlatego, że wyniszczenie całych grup etnicznych i narodowych nie było jeszcze kodyfikowane.

Zgodnie z tak wysoką poprzeczką ani rzeź Ormian w Turcji, ani eksterminacja Afrykanów w Darfurze nie są ludobójstwami. Ludobójstwo na Jezydach w Iraku też jest tylko ludobójstwem w świetle wyroków kilku europejskich sądów krajowych – żaden sąd międzynarodowy o tym nie orzekał. W sprawie ludobójstwa na Ormianach mamy rezolucje wielu parlamentów, ale one nie są wiążącym prawem. Tylko kilka krajów penalizuje zaprzeczanie ludobójstwu na Ormianach.

W sprawie Darfuru Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) wydał nakazy aresztowania za ludobójstwo wobec sudańskich polityków i wojskowych, ale jak dotąd nikt nie został skazany.

W ten sposób mielibyśmy właściwie tylko dwa przypadki ludobójstwa w historii świata – ten w Rwandzie w 1994 roku i ten w Srebrenicy rok później. Nawet o ludobójstwie Niemiec na Herero i Nama na terenie dzisiejszej Namibii mowy być nie może, mimo że przedstawiciele niemieckich rządów przyznają się do niego. Ale żadnego wyroku międzynarodowego trybunału na ten temat nie ma.

Zaletą ustawienia poprzeczki tak wysoko jest przede wszystkim to, że Izrael wychodzi z tego bez szwanku. Nie ma wyroku, który skazałby Izrael za ludobójstwo. MTK nie oskarżył dotychczas żadnego izraelskiego polityka o ludobójstwo.

Premier Beniamin Netanjahu i były minister obrony Yoav Gallant mają nakazy aresztowania za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, ale nie za ludobójstwo. Podobnie zresztą jak rosyjscy wojskowi i politycy, wobec których istnieją nakazy aresztowania.

Dotychczasowe decyzje Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (MTS) dotyczące Strefy Gazy mają jedynie charakter środków tymczasowych, ale nie rozstrzygają i jeszcze przez kilka lat nie będą rozstrzygać o meritum zarzutów, jakie Republika Południowej Afryki wysuwa przeciwko Izraelowi.

To samo dotyczy zresztą Rosji: żadnemu rosyjskiemu politykowi ani wojskowemu nie postawiono dotychczas zarzutu ludobójstwa. Jeśli można mówić o ludobójstwie tylko po międzynarodowym wyroku przeciwko danemu państwu albo jego politykom i wojskowym, to taki zarzut obecnie nie jest uzasadniony  ani wobec Izraela, ani wobec Rosji.

Jak epatowanie ludobójstwem prowadzi do jego relatywizacji

Druga skrajna strategia polega na bardzo niskim ustawieniu poprzeczki dla ludobójstwa: każda większa masakra staje się wtedy ludobójstwem. Izrael (albo Rosja) bombardują miasta, bardzo dużo ludzi ginie – mamy ludobójstwo.

Problem w tym, że wtedy dzieje się bardzo dziwna rzecz: pojęcie się kompletnie dewaluuje i relatywizuje, w podobny sposób jak obecnie określenie “antysemityzm”. Kiedyś oznaczało to nienawiść wobec Żydów, przypisanie im takich samych cech niezależnie od tego, gdzie żyją, jakie mają obywatelstwo, czy są religijni lub nie.

Dla antysemity wszyscy Żydzi są tacy sami, mają – obojętnie, co faktycznie robią – złe cechy, zawsze trzymają się razem i spiskują przeciwko nam. Przy czym antysemici sami i kompletnie arbitralnie decydują o tym, kto jest Żydem i kto jest “nasz”. Dzięki temu “Żydów” jako zbiorowego aktora na świecie można jednocześnie winić za kapitalizm, liberalizm, komunizm i socjalizm.

Dziś już nie sposób ustalić, co jest antysemityzmem. Na skutek propagandy rządu Izraela każdy, który krytykuje jego politykę, staje się antysemitą. W ten sposób w tym samym worku znajdują się politycy jak Grzegorz Braun, prezydent RPA Cyril Ramaphosa, sędziowie i oskarżyciele MTK, agendy ONZ, a nawet niektórzy intelektualiści żydowscy z izraelskimi paszportami, którym nie po drodze z obecnym rządem Izraela.

Kiedy kilka lat temu na łamach prasy, w telewizji albo w portalach społecznościowych pojawił się zarzut antysemityzmu, to zazwyczaj wiedziałem, co on obejmuje. Dziś w Niemczech obcokrajowiec ubiegający się o azyl albo obywatelstwo może dostać odmowę, jeśli nie “uznaje prawa Izraela do istnienia jako państwo”, nie wystarczy, jeśli na ten temat nie ma opinii. Musi “uznać”. A organizacje, które nie mają pozytywnego nastawienia wobec Izraela, tracą dotacje.

Kilka tygodni temu rząd kraju związkowego Hesji przedstawił w Bundesracie (który ma inicjatywę ustawodawczą) projekt ustawy penalizującej “publiczne zaprzeczenie prawa Izraela do istnienia”.

Kiedy dziś ktoś komuś zarzuca “antysemityzm” – obojętnie, czy w USA, w Niemczech, czy w Polsce – to nie wiem, czy winowajca malował gwiazdy Dawida na szubienicy na elewacjach jakiegoś budynku, rzucił koktajlem Mołotowa w okna synagogi, zarzucił Izraelowi ludobójstwo czy po prostu uważa, że Netanjahu powinien zostać aresztowany, kiedy przyleci do Polski.

Określenie “antysemityzm” przestało cokolwiek znaczyć. Ludobójstwu grozi to samo, jeśli każde większe okrucieństwo tak określamy.

Ludobójstwo bez żadnych ofiar śmiertelnych

W międzyczasie również do dziennikarzy, aktywistów i lobbystów dotarła świadomość, że to wcale nie liczba ofiar decyduje o tym, czy jakaś masakra jest ludobójstwem, lecz zamiar sprawców.

Mniej znanym faktem jest to, że można zostać skazanym za ludobójstwo, nie zabijając ani jednej osoby. Ludobójstwo to bowiem każdy z pięciu czynów wymienionych w Konwencji w sprawie ludobójstwa i w Statucie Międzynarodowego Trybunału Karnego.

Tylko jeden z nich dotyczy „zabijania członków” grupy narodowej, rasowej, etnicznej lub religijnej. Pozostałe dotyczą wyrządzania „poważnych szkód fizycznych i psychicznych”, „narzucania warunków życia, które mogą doprowadzić do całkowitego lub częściowego zniszczenia grupy”, „uprowadzania dzieci z grupy” oraz „uniemożliwiania urodzeń w grupie”. Wszystkie te przestępstwa można popełnić bez zabijania kogokolwiek, a część nawet bez przemocy.

Jeśli robi się to z zamiarem „całkowitego lub częściowego” zniszczenia grupy rasowej, narodowej, etnicznej lub religijnej, popełnia się ludobójstwo – nawet jeśli nikt przez to nie umiera.

Wszyscy, którzy ostatnie miesiące i lata spędzili z kalkulatorami w ręku przed ekranem laptopa, skrupulatnie obliczając stosunek zabitych kobiet i dzieci do wojowników Hamasu, mogli to sobie darować: obojętnie, jaka relacja im wychodzi, wynik i tak nie daje odpowiedzi na pytanie: Czy Izrael dopuścił się ludobójstwa?

Argumenty, które ciągle powracają w sieciach społecznościowych – że Izrael nie mógł popełnić ludobójstwa w Strefie Gazy, bo w przeciwnym razie wszyscy Palestyńczycy byliby martwi – w ogóle nie mają sensu. Izrael może tam popełnić ludobójstwo, nawet jeśli nie zginie przy tym ani jeden Palestyńczyk.

Dla influencerów, lobbystów i blogerów, którzy chętnie powołują się na prawo międzynarodowe, nie znając go, jest jeszcze więcej złych wiadomości. Prawo międzynarodowe czasami uznaje za przestępstwo czyny, nawet jeśli nie mają one żadnych konsekwencji.

Ogłoszenie, że „nie będzie się brało jeńców”, jest karalne nawet wtedy, gdy armia mimo to bierze jeńców. A przestępstwo „podżegania do ludobójstwa” można popełnić nawet wtedy, gdy w rezultacie do ludobójstwa w ogóle nie dochodzi. Wystarczy, że podżeganie ma miejsce podczas konfliktu zbrojnego.

Dowodów na to jest aż nadto, sami politycy izraelscy wygłosili takie mowy publicznie, a Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uwzględnił część już w uzasadnieniu środków tymczasowych, które nałożył na Izrael. Od tego czasu pojawiły się kolejne wypowiedzi.

Na przykład pod koniec kwietnia 2024 roku minister finansów Becalel Smotrich wezwał do „całkowitego zniszczenia Strefy Gazy” i kilku palestyńskich osad. 6 maja tego roku zażądał „skoncentrowania ludności najpierw w strefie humanitarnej”, a następnie deportowania jej do krajów trzecich. Nawet jeśli nie kryje się za tym zamiar ludobójstwa, stanowi to „podżeganie” do kilku czynów stanowiących „zbrodnię przeciwko ludzkości” (deportacja i pozbawienie wolności).

Podobnie jest zresztą z zakazem “głodzenia ludności cywilnej”, którego naruszenie może być zbrodnią wojenną (podczas konfliktu zbrojnego), zbrodnią przeciwko ludzkości (jeśli takiego nie ma) albo nawet elementem ludobójstwa.

Jest to karalne nawet wtedy, gdy nikt faktycznie nie głoduje na przykład dlatego, że ludzie mają jeszcze zapasy. Izraelscy politycy publicznie zapowiedzieli wstrzymanie pomocy humanitarnej, aby spowodować powstanie ludności Gazy przeciwko Hamasowi, i potem wstrzymali tę pomoc.

Protest przeciwko ochronie zbrodniarzy wojennych, zorganizowany na Wiejskiej oraz al. Ujazdowskich Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Można jednak – choć dopiero od niedawna – zgłosić do tej argumentacji dwa duże „ale”. Od rozpadu gabinetu wojennego w czerwcu 2024 roku rząd Netanjahu jest bowiem uzależniony od głosów małych partii Ben-Gvira i Smotrich. Bez nich rząd upadnie. Są niezastąpieni i dyktują rządowi kierunek działania, mają więc znacznie większy wpływ na prowadzenie wojny, niż wynikałoby to z ich formalnych pozycji w rządzie.

Po drugie, brak dowodów na zamiar popełnienia ludobójstwa nie chroni ich przed oskarżeniami o podżeganie do ludobójstwa.

Skazany za ludobójstwo, którego nie było?

Można bowiem podżegać do ludobójstwa nawet bez jego faktycznego popełnienia, na przykład, gdy z przyczyn niezależnych od podżegacza do ludobójstwa nie dochodzi. Wystarczy, że w ramach zbrojnego konfliktu wzywa się bezpośrednio i publicznie do „częściowego lub całkowitego zniszczenia grupy”. Wypowiedzi obu ministrów bez problemu spełniają te kryteria; obaj włączyli je do publicznych przemówień, które wygłosili przed swoimi zwolennikami.

To jednak nie wszystko. Izrael ratyfikował Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”. Tylko dzięki temu Republika Południowej Afryki mogła „pozwać Izrael przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości za ludobójstwo”, jak donosiły media.

Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą. RPA pozwała Izrael za „naruszenie konwencji”, która nie tylko zakazuje ludobójstwa, ale także wymaga od państw zapobiegania ludobójstwu i karania za nie, a także zakazuje podżegania do ludobójstwa. Skarga nie dotyczy indywidualnych oskarżonych, ale obowiązków państwa.

Nie ma tu już znaczenia, czy ten, kto wzywał do wyniszczenia innej grupy “w części lub całości”, ma również władzę, by to zrealizować. Przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości nie są oskarżeni ani Smotrich, ani Ben-Gvir, lecz państwo Izrael. A ono ma obowiązek podjąć całą listę działań, które nakazał MTS w swoich decyzjach tymczasowych, aby zapobiec ludobójstwu: dopuścić więcej pomocy humanitarnej, jedzenia, wody, elektryczności i leków – wszystko to, co izraelski rząd potem zignorował.

Jeśli przy tej okazji ktoś pyta, dlaczego MTS nie potępił Hamasu, nie nakazał mu nic, to odpowiedź jest prosta: Hamas nie jest państwem. Jego liderów nie trzeba sankcjonować, oni już żyją pod sankcjami. A jako zbrojna milicja (według prawa międzynarodowego) albo terroryści (według Izraela) nie podlegają rygorom, jakie obowiązują państwa i nie mogą ani skarżyć, ani zostać pociągnięci do odpowiedzialności przed MTS. MTK zaś wystosował kilka nakazów aresztowania przeciwko ich liderom.

Klaus Bachmann
Klaus Bachmann – dziennikarz, publicysta, historyk, politolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Autor wielu książek i prac naukowych, m.in. „Polska kaczka w europejskim stawie. Polskie szanse i wyzwania po przystąpieniu do UE” i „Długi cień Trzeciej Rzeszy”.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com