
Kto krzyczy, a kto rządzi
Anna Grabowska
Grudzień nie przyniósł ciszy. Przyniósł za to zmianę formy, powiedziałabym z przekąsem – na “baśniową”. Ulice Europy nie są już wypełnione takim tłumem, jak jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy masowe demonstracje były codziennym rytuałem, a politycy liczyli kroki pod presją ulicy. Ale to nie znaczy, że protesty zniknęły. One zmalały, rozproszyły się, stały się punktowe i coraz częściej przeniosły się w miejsca symboliczne: pod kościoły, katedry, ratusze. W przestrzeń, gdzie łatwo grać na emocjach, gdzie jedno hasło wystarczy, by wywołać moralne wzruszenie albo oburzenie. I właśnie tam, także w Stanach Zjednoczonych, pojawiają się transparenty głoszące, że Jezus Chrystus był Palestyńczykiem. To zdanie samo w sobie mówi bardzo dużo o stanie debaty. Nie jest to pomyłka ani brak wiedzy. To jest świadome przepisanie historii, próba wyrwania Jezusa z jego żydowskiego świata i użycia go jako narzędzia w bieżącym konflikcie politycznym. Kiedy nawet historia chrześcijaństwa staje się rekwizytem propagandy, wiadomo, że nie chodzi już o fakty, tylko o emocje i symbole.
Bo ta wojna przeniosła się przede wszystkim do języka. Do dyskursu. Do tego, jak się o niej mówi, jak się ją opisuje, jak się ją sprzedaje w mediach i w Internecie. We Francji widzę to szczególnie wyraźnie w wypowiedziach części polityków lewicy (LFI). To, co potrafią pisać w mediach społecznościowych i mówić w publicznych wystąpieniach, często przekracza granice zwykłej krytyki. To nie jest już spór o politykę rządu Izraela. To jest stały strumień oskarżeń, sugestii i insynuacji, które żyją własnym życiem. Padają słowa o intencjach, systemowym złu, celowych działaniach, bez dowodów, bez precyzji, i tradycyjnie bez odpowiedzialności. A potem to krąży w sieci, powielane tysiące razy, aż przestaje być opinią, a zaczyna funkcjonować jako fakt, o którym “wszyscy wiedzą”.
Ten język ma realne konsekwencje. Bardzo szybko przestaje dotyczyć państwa czy instytucji, a zaczyna uderzać w Żydów jako ludzi. W osoby prywatne. W studentów, wykładowców, artystów, dziennikarzy, zwykłych użytkowników Internetu. Wystarczy żydowskie nazwisko, gwiazda Dawida w profilu, izraelska flaga albo zwykła odmowa powtarzania obowiązującej narracji. Hejt nie dotyczy tylko “instytucji”. Dotyczy ludzi. Komentarze, nagonki, wykluczenia z wydarzeń, presja środowiskowa, bojkoty personalne – to wszystko stało się codziennością w sferze internetowej i coraz częściej także poza nią. I dzieje się przy milczącym przyzwoleniu tych, którzy jeszcze niedawno deklarowali walkę z mową nienawiści.
Równolegle wojna toczy się w obrazach. Media społecznościowe zalewają filmiki i zdjęcia, które mają poruszać do łez: kobiety brodzące w wodzie, dzieci rzekomo stojące po pas w śniegu w Gazie, opowieści o mrozie i „zimowej apokalipsie”. Tyle że Gaza leży w strefie klimatu śródziemnomorskiego. W grudniu temperatury wynoszą tam około osiemnastu stopni. Bywają deszcze, chłodne noce, ale nie ma śniegu i nie ma mrozów. To są fakty elementarne. Te obrazy nie są błędem. Są narzędziem. Mają wywołać szok i wyłączyć myślenie. Algorytmy nie sprawdzają prognozy pogody. Algorytmy premiują emocje.
A teraz spójrzmy na to, co dzieje się poza ekranem.
Hamas nie zniknął. Hamas wykorzystuje czas rozejmu do odbudowy władzy. W Gazie wraca jego aparat państwowy: policja Hamasu znów patroluje ulice, działają sądy, ministerstwo spraw wewnętrznych publikuje komunikaty, administracja reguluje handel i dystrybucję pomocy. To nie jest chaos. To jest porządkowanie przestrzeni władzy.
Pod ziemią trwa odbudowa skrzydła zbrojnego. Naprawiane są tunele, reorganizowane struktury dowodzenia, wyznaczani nowi dowódcy, rekrutowani nowi ludzie – coraz młodsi. Kluczową postacią tego procesu był Raad Saad, odpowiedzialny za regenerację wojskowych zdolności Hamasu. Został zabity w trakcie tej działalności. To nie był epizod. To był dowód, że odbudowa była realna i zaawansowana. Po nim rolę tę przejmuje Mohammed Odeh, dotychczasowy szef wywiadu wojskowego Hamasu. W kierownictwie Gazy pojawia się też nazwisko Izz al-Din Haddada, a politycznym łącznikiem z zagranicą pozostaje Khalil al-Hayya.
Równolegle Hamas przygotowuje zmianę przywództwa. Po śmierci Yahyi Sinwara trwa proces wyboru nowego szefa biura politycznego, który faktycznie kieruje całą organizacją. Najczęściej wymienia się dwa nazwiska: Khalila al-Hayyę i Khaleda Mashala. Ten drugi bywa przedstawiany jako „bardziej polityczny”, „bardziej pragmatyczny”. To złudzenie. Niezależnie od nazwiska nie ma mowy o rozbrojeniu, uznaniu Izraela ani porzuceniu przemocy. To jest zmiana twarzy, nie zmiana celu.
W tle trwają też działania w Judei i Samarii. Strzelanina przy punkcie kontrolnym Hashmonaim. Dzień wcześniej śmiertelny atak w Dolinie Jezreel. Sprawca, Ahmad Abu al-Roub z Qabatiya, przebywał w Izraelu nielegalnie; zatrzymano osoby z jego zaplecza logistycznego. To pokazuje ciągłość konfliktu. On nie „zamraża się” tylko dlatego, że w Europie zmienia się temat dnia.
I wreszcie pomoc humanitarna. Wbrew obiegowym hasłom pomoc do Gazy płynie. Przez Kerem Shalom, Rafah, Zikim, innymi korytarzami. Setki ciężarówek dziennie. Każda kontrolowana, skanowana, czasem opóźniana. To nie jest „totalna blokada”. Jednocześnie Gaza otrzymuje ogromne środki finansowe – setki milionów euro rocznie, miliardy od początku konfliktu, także z Unii Europejskiej i systemu ONZ. Problem polega na czymś innym: skoro Hamas jest realną władzą na miejscu, to kontroluje wtórny obieg tej pomocy. Kto dostaje, kto rozdziela, kto na tym buduje lojalność. Gaza nigdy nie była systemem jednokorytarzowym. Obok oficjalnych przejść istnieje sieć tuneli i nieformalnych kanałów. To jest mechanika władzy, nie teoria spiskowa.
Na tym tle szczególnie rażące są komunikaty Lekarzy bez Granic. Organizacji, która w nazwie ma „granice”, a w praktyce prowadzi kampanię niemal wyłącznie skoncentrowaną na Gazie. Apele, zbiórki, alarmy – na Facebooku, Twitterze, Instagramie – wciąż w jednym kierunku. Tymczasem Sudan, Jemen, Nigeria, kraje Afryki, gdzie ludzie naprawdę umierają masowo z głodu, nie zajmują porównywalnego miejsca w zachodniej wyobraźni. Nie dlatego, że tam nie ma tragedii. Ale dlatego, że nie ma prostego moralnego spektaklu. Nie ma jednego wygodnego winnego. Nie ma Izraela.
To jest selektywna empatia. I ona niszczy wiarygodność nawet najlepszych intencji.
I teraz punkt zasadniczy.
Kiedy politycy lewicy wygłaszają moralne tyrady, kiedy w Internecie linczuje się Żydów, kiedy organizacje humanitarne trąbią na jednostronny alarm, kiedy media żyją obrazkiem – Hamas nie krzyczy. Hamas liczy. Odbudowuje policję, sądy, administrację, tunele, dowództwo. Zmienia nazwiska, nie ideologię. Zmienia twarze, nie cele.
To jest zasadnicza asymetria tej wojny: jedni krzyczą, drudzy rządzą. Jedni produkują emocje, drudzy produkują władzę. Jedni żyją w świecie obrazków, drudzy w świecie struktur.
Największym zwycięstwem Hamasu nie są rakiety. Nie są tunele. Największym zwycięstwem Hamasu jest to, że Zachód zgodził się nie patrzeć na fakty, tylko na narracje. Że oddał język tym, którzy krzyczą najgłośniej. Że zaakceptował sytuację, w której Żyd znów musi tłumaczyć się z cudzych zbrodni, a przemoc znajduje usprawiedliwienie w „kontekście”.
Historia nie rozlicza intencji.
Historia rozlicza skutki.
A skutki są takie, że kiedy jedni krzyczą, Hamas rządzi.
Źródła:
https://www.ynetnews.com/article/byjwmdpm11x
https://www.ynetnews.com/article/byctvgtmbe
https://www.ynetnews.com/article/hy600ydnxwx
https://x.com/i/status/2002151705400783361
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



