Archive | May 2026

Bahrain Court jails nine for life for collaborating with Iran’s Revolutionary Guards


Bahrain Court jails nine for life for collaborating with Iran’s Revolutionary Guards

Reuters and Algemeiner Staff


Smoke rises following a reported Iranian drone strike on the fuel storage facility of Bahrain International Airport, amid the US-Israeli conflict with Iran, in Muharraq, Manama, Bahrain, March 12, 2026. Photo: REUTERS/Stringer

A Bahraini court sentenced nine defendants to life in prison and two others to three years in jail for collaborating with Iran’s Revolutionary Guard Corps (IRGC) to carry out what it described as “hostile and terrorist acts” against Bahrain, the state news agency reported on Sunday.

The defendants were involved in gathering information on sensitive sites and facilitating related financial transfers, the statement said.

Bahrain’s interior ministry said on May 9 that it had arrested 41 people it said were linked to the IRGC. The ministry said security authorities had uncovered a group tied to the IRGC while public prosecutor investigations also involved cases related to sympathy with Iranian attacks.

Iran launched attacks on targets in Bahrain and other Gulf Arab states hosting US military bases after the United States and Israel launched a war against Iran on February 28.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Sprawdzanie źródeł informacji


Sprawdzanie źródeł informacji

Elder of Ziyon


Idee i argumenty nie powstają w próżni. Sam argument jest ważny, ale bierze się skądś. Zanim ocenisz to, co mówi dane źródło, ważne jest, by wiedzieć, skąd „to” zostało wzięte.

Ocena źródła jest pierwszym krokiem w tej sekwencji, stosowanym przed wszystkimi pozostałymi, ponieważ wpływa na sposób patrzenia na wszystko jest dalej. Twierdzenie oceniane bez wiedzy o tym, kto je formułuje, dlaczego może to robić i jak postępował z podobnymi twierdzeniami w przeszłości, jest twierdzeniem ocenianym po omacku. Możesz mimo to dojść do właściwego wniosku. Ale utrudniłeś sobie zadanie bardziej, niż było to konieczne, i porzuciłeś najbardziej dostępne narzędzie, jakie masz.

Jakie bodźce działają na to źródło — co zyskuje, jeśli ludzie mu uwierzą, i co traci, jeśli zaczną wątpić? Jak wygląda jego dotychczasowy dorobek w odniesieniu do twierdzeń tego rodzaju, w tej dziedzinie, na tym poziomie szczegółowości? Jaką rzeczywistą wiedzę ekspercką posiada, w odróżnieniu od pokrewnych kwalifikacji, których autorytet pośrednio wykorzystuje? Czy coś opisuje, czy coś promuje? A kiedy wcześniej się myliło — bo każdy kiedyś się myli — jak zareagowało?

To ostatnie pytanie jest najważniejsze i jednocześnie zadawane najrzadziej.

Na tym polega ocena źródła. Jest pierwszym narzędziem, ponieważ jest najtańsza — informacje są prawie zawsze dostępne, nie kosztują nic poza decyzją, by sprawdzić, i mówią więcej niż jakikolwiek pojedynczy ruch o tym, z czym naprawdę masz do czynienia.

Źródła stronnicze nie są automatycznie zdyskwalifikowane. Wszyscy są stronniczy. Ale warto rozumieć ekosystem otaczający dane twierdzenie — czy istnieją jakieś słowa-kody, które dla ciebie nic nie znaczą, ale dla stałych odbiorców znaczą wszystko, oraz czy dane źródło potrafi się korygować, czy nie.

Test podatności na korektę

Źródła zachowują się różnie, kiedy pojawia się odpowiedzialność, a to zachowanie jest bardziej wymowne niż sam pierwotny błąd. Na jednym końcu spektrum znajduje się natychmiastowa, bezpośrednia, jasno sformułowana korekta. „Myliliśmy się w sprawie X. Oto co teraz wiemy.” Na drugim końcu jest gwałtowne zaprzeczanie, często połączone z oburzeniem, że ktokolwiek w ogóle może podawać dane twierdzenie w wątpliwość, oraz częstym oskarżaniem o spisek. Kiedy dowody stają się niepodważalne, przechodzi to w milczenie albo w jego bliskiego kuzyna: napisane przez prawników pseudo-przeprosiny, które technicznie uznają istnienie problemu, ale rozpraszają odpowiedzialność tak szeroko, że nikt faktycznie za nic nie odpowiada.

Pomiędzy tymi biegunami znajduje się całe spektrum zachowań, które warto nauczyć się rozpoznawać. Korekta ukryta trzy dni później w czternastym akapicie internetowej wersji artykułu mówi coś innego niż korekta opublikowana tam, gdzie ukazał się oryginał. „Doprecyzowanie”, które zmienia znaczenie twierdzenia bez przyznania, że pierwotne znaczenie było błędne, jest zarządzaniem reputacją przebranym za transparentność. Notka redakcyjna brzmiąca „ten artykuł został zaktualizowany o dodatkowe ustalenia” – bez sprecyzowania, co się zmieniło, dlaczego i co zawierała poprzednia wersja – jest sygnałem, że dla instytucji ważniejszy jest pozór odpowiedzialności niż sama praktyka odpowiedzialności. A ogromna liczba internetowych materiałów typu breaking news jest zmieniana co godzinę bez jakiejkolwiek informacji o zmianach.

Instytucje działające pod presją dokonują wyborów, a te wybory ujawniają priorytety. Medium, które szybko, wyraźnie i prostym językiem poprawia błędy, zdecydowało, że dokładność jest ważniejsza niż wstyd związany z pomyłką. Medium, które poprawia błędy niechętnie, minimalnie i językiem mającym zaciemnić to, co się wydarzyło, zdecydowało odwrotnie. Sam błąd mówi ci coś; forma korekty mówi znacznie więcej.

„The New York Times” w ciągu ostatnich dwóch dekad pokazał zarówno zdolność do korekty, jak i zdumiewający jej brak. Niestety, w ostatnich latach zmierza w niewłaściwym kierunku.

W maju 2003 roku „New York Times” opublikował liczący 7500 słów raport o śledztwie na pierwszej stronie dotyczącym własnego reportera, Jaysona Blaira, który przez lata pracy fabrykował i plagiatował dziesiątki artykułów. Tekst wymieniał Blaira z nazwiska, wskazywał redaktorów, których nadzór zawiódł, opisywał konkretne instytucjonalne zaniedbania na wielu poziomach i nie przypisywał ich pechowi ani nieporozumieniu. Redaktor naczelny Howell Raines i redaktor zarządzający Gerald Boyd zrezygnowali w ciągu kilku tygodni. Korekta pojawiła się, gdy historia wciąż była świeża – kiedy „Times” nadal miał możliwość inaczej zarządzać reakcją – i była bezpośrednia, samooskarżająca oraz pełna. Instytucja zdolna do takiego rozliczenia zasługuje na rzeczywiste uznanie.

Szesnaście lat później ta sama instytucja opublikowała „The 1619 Project”, którego główny esej zawierał twierdzenie, że ochrona niewolnictwa była jedną z głównych motywacji amerykańskiej rewolucji. Znani historycy zakwestionowali to twierdzenie natychmiast i konkretnie, kilku z nich bez żadnego ideologicznego interesu w podważaniu szerszej tezy projektu. „Times” bronił tego twierdzenia, a następnie po cichu zmienił sformułowanie w wersji internetowej – „one of the primary reasons” stało się „one of the reasons” – bez ogłoszenia i bez przyznania się do zmiany. Własny fact-checker gazety stwierdził później, że pierwotnego twierdzenia nie potwierdzały dowody. Redaktorka projektu opisała zmianę jako „doprecyzowanie”. Pierwotne sformułowanie nie zostało zachowane w opublikowanym tekście, by czytelnicy mogli je porównać.

Sam spór historyczny jest osobną kwestią – historycy mogą debatować nad przyczynami rewolucji, a rozsądni ludzie analizujący te same dowody mogą dochodzić do różnych wniosków. To, co ujawnia sposób dokonania korekty, jest niezależne od tego sporu. Istotne twierdzenie faktyczne zostało zakwestionowane przez ekspertów posiadających odpowiednie kwalifikacje, zarzut okazał się zasadny, sformułowanie zmieniono bez przyznania się do tego, a instytucja opisała zmianę językiem dobranym tak, by zminimalizować wagę tego, co się wydarzyło. Zestaw to z reakcją w sprawie Blaira, a otrzymasz obraz instytucji zdolnej do rzeczywistej odpowiedzialności, kiedy błąd dotyczy osobistego wykroczenia reportera, ale uciekającej w zarządzanie reputacją, gdy błąd jest ideologicznie niewygodny. Oba te przypadki powinny znaleźć się w twojej ocenie „New YorkTimesa” jako źródła.

Praktyczny wniosek brzmi: pytaj nie o to, czy źródło jest ekspertem, ale w czym konkretnie jest ekspertem i jak ma się to do konkretnego twierdzenia, które czytasz. Opinia kardiologa na temat wpływu leku na układ sercowo-naczyniowy jest znacznie więcej warta niż jego opinia o wpływie tego samego leku na funkcje poznawcze. Analiza danych rynku pracy dokonana przez ekonomistę jest znacznie cenniejsza niż jego analiza przebiegu epidemii choroby zakaźnej. Organizacja praw człowieka może formułować twierdzenia o prawie międzynarodowym bardziej w oparciu o cele własnej kampanii niż o rzeczywistą treść prawa. Eksperci mogą mieć wartościowe poglądy poza własną specjalizacją; kwalifikacje związane są z ekspertyzą w danej dziedzinie, a nie z ogólnym autorytetem osoby, i ignorowanie tego prowadzi na manowce.

Problem staje się najbardziej dotkliwy wtedy, gdy eksperci wypowiadają się o kwestiach politycznych związanych z ich dziedziną, ale nie mieszczących się całkowicie w jej granicach. Epidemiolog może z autorytetem modelować rozprzestrzenianie się choroby. To, czy ekonomiczne i społeczne koszty konkretnej polityki ograniczeń są warte poniesienia, nie jest już pytaniem epidemiologicznym — wymaga ważenia wartości i dowodów z wielu dziedzin, a kwalifikacje epidemiologa nie rozciągają się automatycznie na ten obszar. W okresie COVID-19 to rozróżnienie niemal całkowicie zanikło w debacie publicznej. Ekspertów od transmisji chorób regularnie traktowano jako autorytety w sprawach kompromisów ekonomicznych, polityki edukacyjnej i swobód obywatelskich — kwestii, do oceniania których ich wykształcenie nie dawało im szczególnych kompetencji. Odbiorcy najbardziej ufający ekspertom byli pod tym względem najbardziej systematycznie wprowadzani w błąd – nie dlatego, że eksperci kłamali, ale dlatego, że ani eksperci, ani ich odbiorcy nie pytali, czy dane kwalifikacje rzeczywiście mają tu zastosowanie.

Kiedy instytucja już zdecydowała, co znajdzie

Pojedyncze źródła można oceniać pod kątem kompetencji, bodźców i historii wcześniejszych działań. Instytucje stanowią ten sam problem w większej skali, z dodatkowym utrudnieniem: kiedy wnioski instytucji konsekwentnie pokrywają się z interesami jej sponsorów lub ideologicznymi zobowiązaniami w wielu badaniach i przez wiele lat, sam ten wzorzec staje się dowodem, niezależnie od jakości jakiejkolwiek pojedynczej pracy.

Najbardziej klarowny udokumentowany przykład pochodzi z przemysłu tytoniowego. Począwszy od lat 50., a szczególnie intensywnie od lat 60., koncerny tytoniowe finansowały badania zaprojektowane wprost po to, by produkować wątpliwości dotyczące związku między paleniem a chorobami. Wewnętrzne memoranda, później ujawnione w procesach sądowych, pokazały, że naukowcy pracujący dla branży rozumieli skutki zdrowotne palenia i zorganizowali kampanię mającą je zaciemniać – finansując badania zaprojektowane tak, by dawały niejednoznaczne wyniki, umieszczając przychylnych naukowców w radach redakcyjnych i budując publiczną narrację o trwającej naukowej niepewności, mimo że własne prywatne badania branży od dawna rozstrzygnęły tę kwestię. Council for Tobacco Research, przedstawiana publicznie jako niezależna instytucja naukowa, istniała po to, by tworzyć pozory legalnych badań naukowych, podczas gdy jej wnioski były przesądzone z góry. To jest spisek w ścisłym znaczeniu tego słowa: skoordynowany, intencjonalny i udokumentowany.

Problem stronniczości w publikacjach finansowanych przez przemysł farmaceutyczny nie ma porównywalnego „dymiącego pistoletu”, ale jest co najmniej równie istotny. Badania kliniczne z pozytywnymi wynikami — pokazujące, że lek działa zgodnie z oczekiwaniami – trafiają do publikacji, są akceptowane przez czasopisma szukające istotnych odkryć i wchodzą do literatury medycznej. Badania z wynikami negatywnymi lub zerowymi – pokazujące, że lek nie działa albo działa gorzej niż alternatywa – często pozostają nieopublikowane. Nie potrzeba centralnej dyrektywy; wystarcząją same bodźce. Badacz, którego eksperyment dał wynik zerowy, dysponuje artykułem, który czasopisma mniej chętnie przyjmą, odkryciem, które nie rozwija kariery, i wynikiem, którego sponsor może nie chcieć nagłaśniać. Pomnóż te indywidualne decyzje przez tysiące badaczy i dekady pracy, a opublikowana literatura zacznie systematycznie zawyżać skuteczność leków względem pełnej bazy dowodowej – nie dlatego, że ktoś postanowił manipulować wynikami, ale dlatego, że presja selekcyjna dotycząca tego, co zostaje opublikowane, nie jest neutralna.

Poniżej tego znajduje się jeszcze trzecia warstwa, niewymagająca ani nacisków sponsorów, ani kalkulacji kariery. Badacze generalnie nie publikują prac obalających ich własne hipotezy. Naukowiec, który projektuje eksperyment, przeprowadza go i odkrywa, że jego hipoteza była błędna, otrzymuje wynik o ograniczonych szansach publikacji, niewielkiej wartości zawodowej i realnym koszcie psychologicznym. Wiedza społeczności naukowej budowana jest z podzbioru badań, które zostają opisane, zgłoszone i opublikowane – wyselekcjonowanej próbki całej wykonanej pracy, przesuniętej w stronę potwierdzeń, pozytywnych wyników i rezultatów wystarczająco „czystych”, by nadawały się do publikacji. Cała zbiorowa wiedza danej dziedziny opiera się na archiwum zawierającym sukcesy i ukrywającym porażki, co oznacza, że baza wiedzy jest bardziej pewna siebie i mniej trafna, niż uzasadniałyby to pełne dowody. Właśnie dlatego istnieją replikacje, metaanalizy i przeglądy systematyczne – by korygować ten problem – ale tylko w tych dziedzinach, gdzie narzędzia te stosuje się rygorystycznie i gdzie kumulujące się wyniki negatywne mogą ostatecznie wymusić rozliczenie z tym, co pierwotna literatura ukrywała.

Zadaniem czytelnika, oceniającego wnioski instytucji, jest pytanie: jakie presje selekcyjne działają na wyniki tej instytucji i jaki kierunek zniekształceń można by na tej podstawie przewidzieć? Wzorzec wniosków konsekwentnie korzystnych dla sponsorów, konsekwentnie unikających odkryć zagrażających relacjom instytucjonalnym i konsekwentnie przedstawiających niepewność w sposób służący preferowanym rezultatom jest istotną informacją. Prawdziwe spiski na skalę przemysłu tytoniowego są rzadkie, ale instytucjonalna stronniczość wpływająca na to, co przedstawia się jako obiektywne badania, jest zjawiskiem powszechnym.

Triangulacja

Kiedy samo środowisko medialne jest skażone – gdy media po przeciwnych stronach politycznych barykad wzmacniają własne narracje i tłumią fakty komplikujące ich przekaz – nadal pozostaje dostępna pewna metoda, choć wymaga więcej pracy niż czytanie jednego zaufanego źródła.

Trzeba ustalić, co każda ze stron mówi o tym samym wydarzeniu. Następnie wyodrębnić fakty, które obie strony przyznają mimo przeciwstawnych interesów. To wspólne pole należy traktować jako najbardziej wiarygodny rdzeń historii, ponieważ są to fakty, które przetrwały najbardziej wrogą możliwą kontrolę – każda ze stron miała wszelkie powody, by je ukryć, i nie mogła tego zrobić.

Począwszy od protestów po śmierci George’a Floyda w Minneapolis, a następnie w Portland, Kenoshy i dziesiątkach innych miast w kolejnych miesiącach, relacje medialne podzieliły się niemal idealnie według linii ideologicznych. Media lewicowe podkreślały skalę i pokojowy charakter demonstracji, zasadność podstawowych postulatów oraz prowokacje poprzedzające konkretne akty przemocy. Media prawicowe podkreślały niszczenie mienia, pożary, ataki na policję i niezdolność lokalnych władz do utrzymania porządku. Każda z tych relacji była, we własnych ramach interpretacyjnych, możliwa do obrony. Każda pomijała to, co dokumentowała druga strona.

Czytelnik konsumujący wyłącznie media lewicowe otrzymywał obraz w zasadzie pokojowych protestów sporadycznie zakłócanych odosobnioną przemocą. To odpowiadało statystycznemu faktowi, że większość demonstrantów na większości wydarzeń nie uczestniczyła w przemocy – ale pomijało długotrwałe zniszczenia w konkretnych miejscach przez dłuższy czas. Czytelnik konsumujący wyłącznie media prawicowe otrzymywał obraz miejskiego chaosu i instytucjonalnej kapitulacji wobec przemocy tłumu. To odpowiadało udokumentowanym przypadkom spalonych budynków i posterunków policji – ale pomijało pokojową większość, dzięki której agresywna mniejszość pozostawała właśnie mniejszością, a nie reprezentacją całości.

Fakty, które obie strony musiały uznać, ponieważ żadna nie mogła ich ukryć bez oczywistej złej wiary, były następujące: demonstracje odbyły się w setkach miast; w znaczącej mniejszości lokalizacji doszło do poważnych zniszczeń mienia i przemocy; przytłaczająca większość protestujących na przytłaczającej większości wydarzeń nie uczestniczyła w przemocy; konkretne miejsca – szczególnie Portland przez dłuższy okres – doświadczały trwałych konfliktów wykraczających daleko poza pojedynczą noc. Czytelnik, który wyodrębnił te wspólne punkty, otrzymywał obraz bliższy rzeczywistości niż ktoś ufający wyłącznie jednej narracji.

Metoda ta ma jednak istotne ograniczenie. Triangulacja działa tylko wtedy, gdy dwa źródła są rzeczywiście wobec siebie antagonistyczne i niezależnie zbierają informacje. Dwa media korzystające z tej samej agencji prasowej są jednym źródłem pod dwoma różnymi nagłówkami. Liczba organizacji medialnych mogących sobie pozwolić na własne krajowe lub zagraniczne relacje dramatycznie spadła. Czytelnik, który widzi trzy redakcje publikujące tę samą informację i uznaje, że została ona potwierdzona przez trzy niezależne źródła, mógł w rzeczywistości zobaczyć jedną depeszę Associated Press przedrukowaną w trzech miejscach. Niezależność musi być rzeczywista – osobne łańcuchy reporterskie, osobne źródła, osobne instytucjonalne bodźce – inaczej triangulacja tworzy fałszywe poczucie pewności zamiast rzeczywistego potwierdzenia.

Kiedy dobra wiara nie jest uzasadniona

Cały schemat przedstawiony w tym rozdziale opiera się na założeniu, które warto wyrazić wprost: że oceniane źródła przynajmniej próbują odnosić się do rzeczywistości. Większość opisanych narzędzi – ocena podatności na korektę, analiza bodźców, triangulacja, rozpoznawanie wzorców – służy kalibrowaniu stopnia zaufania wobec źródła działającego w dobrej wierze, choć niedoskonale. Są one mniej użyteczne, a czasem wręcz przeciwskuteczne, gdy stosuje się je wobec źródeł, które nie działają w dobrej wierze.

Zachodnia tradycja intelektualna opiera się na założeniu szczerego zaangażowania. Debata, recenzja naukowa, dziennikarstwo i system kontradyktoryjny w prawie generalnie zakładają, że rozmówca rzeczywiście próbuje ustalić prawdę i jest — przynajmniej w zasadzie — otwarty na korektę w świetle dowodów. To założenie jest fundamentalne i zazwyczaj uzasadnione. W określonych kontekstach staje się jednak słabością.

W latach 90. negacjoniści Holokaustu odkryli Usenet — publiczne fora dyskusyjne wczesnego internetu — i zaczęli rozpowszechniać swoje kłamstwa. Prawdziwi eksperci odpowiadali, wykazując ich błędy. Nastąpił jednak proces iteracyjnego rozwoju argumentacji negacjonistów. Każde staranne obalenie pokazywało im, które argumenty są słabe, a które wytrzymują krytykę. Każde historyczne źródło, które im przedstawiano, pozwalało opracować bardziej wyrafinowane odpowiedzi na to źródło. Każdy logiczny błąd wskazany w ich rozumowaniu był z czasem „łatany”. Ludzie poświęcający godziny na metodyczne rozbijanie argumentów negacjonistów nie tylko marnowali czas na samych negacjonistów – negacjoniści czerpali z tych dyskusji. Efektem było, już po kilku miesiącach tego procesu, znacznie bardziej wyrafinowane ciało literatury negacjonistycznej niż wcześniej.

Negacjoniści nie byli podatni na przekonanie. Nie prowadzili sporu po to, by znaleźć prawdę. Prowadzili go po to, by stać się bardziej przekonującymi, a dobra wiara ich przeciwników była zasobem, który im to umożliwiał.

Źródło, które wykazało udokumentowany wzorzec fabrykacji – publikowało twierdzenia wykazane jako fizycznie niemożliwe albo jawnie fałszywe i nigdy ich nie korygowało, nadal produkując podobne twierdzenia służące tej samej agendzie – utraciło domniemanie dobrej wiary, które czyni zaangażowanie wartym wysiłku. Rozpoznanie tego nie jest tchórzostwem ani zamknięciem umysłu; jest trafną oceną tego, z czym ma się do czynienia, a działanie zgodnie z tą oceną jest właściwym zastosowaniem narzędzi opisanych w tym rozdziale.

Kiedy źródło zostaje zdyskwalifikowane, produktywną reakcją jest ujawnienie jego historii działań, a nie angażowanie się w konkretne bieżące twierdzenie. Pokazanie, że źródło publikowało oczywiste fałsze i nigdy ich nie poprawiało, jest dla uważnego odbiorcy bardziej użyteczne niż obalanie jego najnowszych twierdzeń – ponieważ przygotowuje odbiorcę do radzenia sobie z następnym twierdzeniem i kolejnym, bez konieczności każdorazowej eksperckiej analizy. Historia wcześniejszych działań jest argumentem. Konkretne twierdzenie schodzi na dalszy plan.

Zaangażowanie pozostaje uzasadnione pod jednym warunkiem: kiedy argumentacja prowadzona w złej wierze trafia do ludzi, których można jeszcze przekonać i którym bardziej pomoże zobaczenie odpowiedzi na argument niż samo usłyszenie, że źródło zostało zdyskwalifikowane. W takim przypadku celem argumentacji nie jest źródło działające w złej wierze – są nim ludzie odbierający jego przekaz, którzy mogą być całkowicie szczerzy i zasługują na prawdziwą odpowiedź. Argument prowadzi się dla nich, a nie dla źródła. Próba „naprawienia” samego źródła jest stratą czasu; uodpornienie odbiorców na uwierzenie temu źródłu jest bardzo wartościowe.

Powrót do Duke’a

W jaki sposób wszystko to pomaga w kwestii Davida Duke’a z rozdziału pierwszego?

Trzeba spojrzeć na całą historię Duke’a, a nie tylko na jego wywiad w NPR wyrwany z kontekstu.

Nawet jeśli uznamy, że Duke od dekad nie wiąże się już z Ku Klux Klanem, próba znalezienia jego tekstów jednoznacznie potępiających rasistowskie przekonania KKK zakończy się niepowodzeniem. Jego twierdzenie, że nie jest rasistą, wydaje się opierać na bardzo naciąganej definicji rasizmu, którą omówimy w kolejnych rozdziałach.

Jeśli zajrzeć na jego stronę DavidDuke.com, znajdzie się tam artykuły utrzymane w tonie całkowicie odmiennym od jego wywiadu dla NPR. Nagłówki obejmują między innymi: „The Giant Jewish Vampire Squid Criminal Bank With Its Blood Funnel Stuck Into the Face of Humanity!” odnoszący się do Goldman Sachs, oraz „Purim: A Festival of Hate and an Insight into How Jewish Supremacists View Gentiles”. Duke i współpracujący z nim autorzy piszą tam dla własnej publiczności, a przekaz znacząco różni się od tego, co Duke mówi w ogólnokrajowych mediach. Wykorzystuje NPR jako narzędzie rekrutacyjne. Można rozsądnie zakładać, że strona internetowa nosząca jego nazwisko jest bliższa jego rzeczywistym poglądom.

Historia jego działań umieszcza go, w kwestiach dotyczących Żydów i hierarchii rasowych, na dyskwalifikującym końcu spektrum. Jego argument w NPR, oceniany jako twierdzenie dotyczące tych tematów, pochodzi ze źródła, któremu nie przysługuje żadne znaczące domniemanie dobrej wiary w tej dziedzinie.

Mimo to argument Duke’a wymaga odpowiedzi — nie dla dobra samego Duke’a, ale dlatego, że nie należy już wyłącznie do niego. Istnieje wielu młodych ludzi powtarzających jego idee, nawet jeśli nigdy o nim nie słyszeli. Same argumenty krążą w mediach społecznościowych. Ludzie je powielający mogą być całkowicie szczerzy. Dyskwalifikacja Duke’a nie oznacza, że argument nie wymaga odpowiedzi, ponieważ argument oderwał się od swojego źródła.

Na razie ten rozdział dowodzi jedynie, że nie trzeba szanować Davida Duke’a ani zakładać, że jego argumentacja prowadzona jest w dobrej wierze. Ale same argumenty nadal trzeba obalić. Tym zajmiemy się w kolejnych rozdziałach.


Link do oryginału:

Elder’s Substack
Checking the Source
Ideas and arguments are not created in a vacuum. The argument is important but it comes from somewhere. Before you evaluate what a source is saying, it is important to know where that somewhere is…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dzisiaj w Bilbao policja spuściła łomot działaczom…


Dzisiaj w Bilbao policja spuściła łomot działaczom…

Beata Lewkowicz


Dzisiaj w Bilbao policja spuściła łomot działaczom i sympatykom błazeńskiej flotylli atencjuszy, kiedy spróbowali blokować lotnisko i popychać funkcjonariuszy, demonstrując swoją standardową rewolucyjną pogardę dla wszelkiej władzy. Jakiejkolwiek, również tej w swoim własnym kraju. To się nazywa być anarchistą. Spróbowali tego poprzednio w Izraelu, ale zostali z niego ciupasem wyrzuceni. Chyba uwierzyli, że stoją ponad prawem. A tu taka niespodzianka, ojojoj. Hiszpańska policja najwyraźniej nie patyczkuje się z tymi, którzy chcą je łamać.
.
A polska prasa, jak zwykle w ariergardzie świata, aż drży z ekscytacji. Kto dowali Izraelowi najmocniej, kto wymyśli bardziej grafomański i pretensjonalny tytuł. Jak ten na przykład: „Mroczna twarz Izraela. Gdy prawo do obrony rodzi deprawację”. To oczywiście niezawodna Wyborcza. Mam momentami wrażenie, że najchętniej napisaliby po prostu „Precz z Izraelem, złem wcielonym”, ale jeszcze im trochę nie wypada, więc produkują te wszystkie nadęte kocopoły. W szranki stanął też jak zwykle niezawodny Onet, który stał się skrzyżowaniem Faktu z Pudelkiem i wysmażył tekst o okrucieństwach oraz zbrodniach Izraela, czyli o machaniu flagą przez Ben Gvira i zmuszaniu biednych aktywistów do wysłuchania Hatikwy.
Dla zainteresowanych fragment artykułu z Onetu:
.
„Coraz trudniej (…) tłumaczyć przemoc wobec cywilów, zasłaniając się historią Holocaustu. Pamięć o Zagładzie nie moze być immunitetem na bezkarność ani moralną tarczą dla współczesnych zbrodni.” Wow. Jest tutaj mowa o niezwykle heroicznych aktywistach z flotylli, którzy tej straszliwej niby przemocy zakosztowali przez nieco powyżej 24 godzin. I oczywiście panienka z okienka, która napisała ten tekst razem ze swoim przyjacielem czatem – musiała wytrzeć sobie buzię Holokaustem.
.
Jak ja mam już dość tej hipokryzji. Policja na całym świecie pałuje protestujących, obezwładnia ludzi, ustawia ich z rękami do tyłu i wypiętym tyłkiem, żeby jeden z drugim nie rzucał się na funkcjonariuszy. Ludzi wynosi się siłą z lotnisk, blokad i budynków. Ale kiedy robi to Izrael, nagle zaczyna się globalna histeria.
.
Niektórzy z tych marnych aktorów byli wynoszeni na noszach, żeby kilkanaście godzin później cudownie ozdrowieć i paradować z kwiatami przed kolejnymi kamerami. Cyrk. Chociaż właściwie to nawet obraza dla cyrku. Prawdziwy cyrk wymaga przynajmniej talentu, dyscypliny i ludzi, którzy coś naprawdę potrafią. Tutaj mamy grupę dyletantów i atencjuszy, potrafiących jedynie krzyczeć i pokazywać do kamery siniaki na ramionach, jakie ja nabijam sobie przy pracy w ogródku.
I wszystko to za kasę sponsorów Hamasu
.
No więc napiszę najprościej i najjaśniej jak potrafię. Izrael postąpił z próbującymi naruszyć blokadę prowokatorami wyjątkowo łagodnie. Nie aż tak łagodnie, jak ostatnim razem, kiedy dostali kanapki z hummusem i wodę mineralną, ale po prostu według standardów bezpieczeństwa stosowanych na całym świecie wobec ludzi utrudniających działania służb i działających na szkodę państwa.
Dobrze wam tak. Szkoda tylko, że wróciliście do domów na koszt izraelskiego podatnika, bo powinniście tam zmierzać pieszo albo wpław.
.
Żałuję jedynie, że moja ulubienica Greta nie miała okazji ponosić prawdziwej trytytki na nadgarstkach, a nie tylko udawać, że ją ma.
.
Mam nadzieję, że nie będziecie kolejny raz nadużywać cierpliwości Izraela, a jeżeli tak – to tym razem traficie do ośrodków odosobnienia na pustyni Negew. I będziecie musieli mocno się postarać, żeby stamtąd wrócić do domów. Pieszo, bo nikt w Izraelu nie wynajmie wam nawet wózka zaprzężonego w osiołka. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


US and Iran Report Progress on Talks Ending War


US and Iran Report Progress on Talks Ending War

Reuters and Algemeiner Staff


Iranian President Masoud Pezeshkian meets with chief of Defence Forces of Pakistan, Field Marshal Asim Munir, in Tehran, Iran, May 23, 2026. Iran’s Presidential website/WANA (West Asia News Agency)/Handout via REUTERS

Iran, the United States and mediator Pakistan all said on Saturday that progress had been made in talks on ending almost three months of war.

Iran said it was focused on finalizing a memorandum of understanding after its top officials met Asim Munir, the army chief of Pakistan.

The Pakistani army said the negotiations had resulted in “encouraging” progress towards a final understanding. “An MOU is being fine-tuned,” said a Pakistani security official who was briefed on Munir’s visit.

Sources have told Reuters the proposed ‌framework would unfold in three stages: formally ending the war, resolving the crisis in the Strait of Hormuz and launching a 30-day window for negotiations on a broader agreement, which can be extended.

US President Donald Trump said he would discuss the latest Iran draft agreement with advisers and might make a decision on Sunday on whether to resume attacks on Iran, Axios reported, citing an interview with Trump.

“Either we reach a good deal or I’ll blow them to a thousand hells,” Axios quoted him as saying.

TRUMP TO SPEAK WITH MIDDLE EAST LEADERS

Trump, whose ratings have been hit by the war’s impact on energy prices for US consumers, said on Friday he would not attend his son’s wedding this weekend, citing Iran among the reasons he planned to stay in Washington.

An Arab official told Reuters Trump would hold a phone call on Saturday with leaders from Saudi Arabia, Qatar, the UAE, Egypt, Turkey and Pakistan.

Pakistan’s mediation push aims to narrow differences between Iran and the US after weeks of war that have left the vital Hormuz waterway closed to most shipping despite a nervous ceasefire, upending global energy markets.

US Secretary of State Marco Rubio repeated Trump’s demands: “Iran can never have a nuclear weapon. The straits need to be open without tolls. They need to turn over their enriched uranium.”

Rubio, who is visiting India, said some progress had been made and work was continuing.

“Even as I speak to you now, there’s some work being done. There is a chance that, whether it’s later today, tomorrow, in a couple days, we may have something to say,” Rubio told reporters in New Delhi.

Iran denies it is pursuing nuclear weapons and says it has a right to enrich uranium for civilian purposes. It has demanded supervision of the strait, an end to the US blockade on its ports and the lifting of sanctions on Iranian oil sales.

Iranian Foreign Ministry spokesperson Esmail Baghaei said: “The trend this week has been towards a reduction in disputes, but there are still issues that need to be discussed through mediators. We will have to wait and see where the situation ends in the next three or four days.”

Pakistan’s army chief Munir left Tehran on Saturday after talks with Iran’s top negotiator Mohammad Baqer Qalibaf and Foreign Minister Abbas Araqchi.

Baghaei said the issue of the US blockade on Iran’s shipping was important, but that its priority was ending the threat of new US attacks and the ongoing conflict in Lebanon, where Iran-allied Hezbollah militants are fighting Israeli troops who have moved into the south.

Qalibaf said Iran would pursue its “legitimate rights,” both on the battlefield and through diplomacy, but added that it could not trust “a party that has no honesty at all,” an allegation Iran has made several times before.

He said Iran’s armed forces had rebuilt their capabilities during the ceasefire and that, if the United States “foolishly restarts the war,” the consequences would be “more forceful and bitter” than at the start of the conflict.

Despite weeks of conflict, Iran has preserved its stockpile of near-weapons-grade enriched uranium as well as missile, drone and proxy capabilities.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Będziemy dbali o podsycanie zdrowego i radosnego instynktu wstrętu, jaki francuski naród żywi wobec Żyda”

Ilustracje z pism francuskich z czasów sprawy Dreyfusa. Z lewej wyobrażenie jego degradacji w styczniu 1895 r. Postać kobieca symbolizuje Sprawiedliwość, która strąca go między potępionych i zdrajców. Po prawej antysemicka litografia przedstawiająca dreyfusardów w postaci… (Fot. East News, BE&W)


“Będziemy dbali o podsycanie zdrowego i radosnego instynktu wstrętu, jaki francuski naród żywi wobec Żyda”

Jolanta Kurska


Publicysta Léon Daudet: – Pośród tchórzy i obrzezanych psów znalazł się tylko jeden patriota, który odważył się strzelać do Dreyfusa. Z cyklu “Adam Michnik poleca”

.

Po klęsce Francji w wojnie z Prusami w 1870-71 r. przez 20 kolejnych lat „republikański” nacjonalizm – oparty na idei suwerenności narodu, wierze w postęp i braterstwo między narodami – rozpalał w kraju gorączkę patriotyzmu. Nieobce mu były także nastroje rewanżystowskie wobec Niemiec, a armia stała się symbolem jedności narodowej, wcieleniem patriotycznych nadziei. Nacjonalizm ten był – zdaniem historyka Michela Winocka – „do pewnego stopnia nacjonalizmem otwartym ze względu na definicję narodu, jaką wyznawał” (Winock, „Les nationalismes francais”, w: „Le XX siecle idéologique et politique”, 2009).

Istotnie, „naród jest duszą, zasadą duchową” – mówił filozof i pisarz Ernest Renan w wykładzie „Co to jest naród“, wygłoszonym na Sorbonie w 1882 r. Budują go dwa elementy: „wspólne, bogate dziedzictwo wspomnień” oraz „zgoda, pragnienie, by żyć razem”. I konkludował: „Istnienie narodu jest codziennym plebiscytem”. (Cytaty za: Renan, „Co to jest naród?”, przekład Grażyny Majcher, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Fundacja Centrum im. prof. Bronisława Geremka, 2018).

W przeciwieństwie do niemieckiej, „etnicznej” koncepcji narodu, Francuzi wyznawali koncepcję przynależności do narodu „z wyboru”. Nacjonalizmowi republikańskiemu, przesyconego mitem „Wiecznej Francji”, obca była dyskryminacja rasowa.

Później, w walce idei i wartości wywołanej sprawą Alfreda Dreyfusa [kapitana sztabu generalnego pochodzenia żydowskiego, w 1894 r. oskarżonego fałszywie o szpiegostwo na rzecz Niemiec], wykrystalizował się nacjonalizm „oblężonej twierdzy”, ekskluzywny, który nie do końca pokrywał się z obozem prawicowym ani z jedną klasą społeczną. Była to raczej „nowa prawica” (Winock, „Les affaires Dreyfus”, w: „Vingtieme Siecle. Revue d’histoire”, 1985), która wywodziła się z jednej strony z konserwatywnej, katolicko-monarchistycznej prawicy, z drugiej zaś miała ludowe, nierzadko lewicowe korzenie.

O ile czytelnicy nacjonalistycznej i antysemickiej „La Libre Parole” Édouarda Drumonta byli zasadniczo „klerykałami” lub/i monarchistami, o tyle ci, którzy sięgali po inny antydreyfusowski dziennik, „L’Intransigeant” Henry’ego Rocheforta, byli zdecydowanymi antyklerykałami. Łączyły ich nacjonalistyczne fobie: parlamentaryzm, Żyd, obcy, niemiecki szpieg.

Choć francuski nacjonalizm wyrósł w cieniu porażki Francji w 1871 r., od której nie był w stanie się uwolnić, nie kierował się wyłącznie chęcią odwetu. Ostrza swojego ataku kierował przede wszystkim na obóz tzw. anty-Francji, szeroką koalicję „wrogów wewnętrznych”, wspierających reżim republikański.

„Te zwierzęta niszczą ojczyznę”

Już w latach 80. XIX wieku, wraz z narodzeniem się ruchu bulanżystowskiego, pierwotnie osadzonego na lewicy, narastała krytyka Republiki, odsądzanej od czci i wiary za rzekome oddalenie się od narodowych wartości i imperatywów. [Ruch bulanżystowski – od nazwiska francuskiego generała i polityka Georges’a Boulangera, ministra wojny III Republiki w latach 1886-87. Po nieudanej próbie zamachu stanu w 1889 r. i ucieczce generała do Belgii, jego ruch przestał istnieć].

Niejasny program tego niejednolitego ruchu, karmiący się ideami od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, a także populistyczną złością i pragnieniem rządów silnej ręki, zostawiał każdemu – także prekursorom faszyzmu – możliwość odnalezienia się i pokładania w nim swoich nadziei. Istotnie bulanżyzm stał się kuźnią nowego, ekskluzywnego nacjonalizmu, który się prawdziwie wzmocnił i rozwinął podczas sprawy Dreyfusa.

Ważną rolę w promowaniu nacjonalizmu „zamkniętego” odegrały nacjonalistyczne Ligi, zwłaszcza Liga Patriotów, założona w 1882 r. przez pisarza i polityka Paula Déroulede’a. Mobilizowała ona klientelę republikańską. Rozwiązana w wyniku sporów wewnętrznych w 1889 r., odrodziła się wraz z wybuchem sprawy Dreyfusa, głosząc otwarcie antyrepublikańskie, antysemickie i ksenofobiczne treści.

Rekrutowała ona swoich członków zwłaszcza spośród klas pracujących. Za to jej bliźniacza siostra, powstała w 1898 r. Liga Ojczyzny Francuskiej, w ramach protestu przeciwko dreyfusowskim intelektualistom i w odpowiedzi na utworzenie przez nich Ligi Praw Człowieka, skupiała w swoich szeregach licznych przedstawicieli intelektualnej socjety: członków Akademii francuskiej, pisarzy, poetów, popularnych malarzy i ilustratorów – m.in. Jules’a Verne’a, Francois Coppée, Jules’a Lemaitre’a, José-Marię de Heredia, Edgara Degasa, Auguste’a Renoira czy Caran d’Ache’a.

Nacjonalizm czasów sprawy Dreyfusa podporządkowywał wszystko wyłącznie interesom narodu, państwa narodowego, jego mocy i wielkości, a jego przedstawiciele zawłaszczyli sobie wyłączne prawo do patriotyzmu. U podstaw tego myślenia leżał strach przed dekadencją i upadkiem narodu, do którego prowadzić miały – zdaniem nacjonalistów – m.in. słabość demograficzna, prawo do rozwodów, emancypacja kobiet, indywidualizm, postępująca sekularyzacja.

Nacjonaliści „oblężonej twierdzy” odmawiali swoim adwersarzom jakiejkolwiek pozytywnej cechy, przynależności do francuskiej wspólnoty narodowej, a nawet do wspólnoty ludzkiej. Rezultatem stygmatyzacji i oszczerstw prowadzących do wykluczenia była ekskluzywna koncepcja narodu, w której tzw. prawdziwi Francuzi występowali przeciwko obozowi „anty-Francji”, złożonego z gorszych, ich zdaniem, i przede wszystkim niebezpiecznych dla ojczyzny obywateli.

Ich działanie pozwalało nienawiści przybierać uwodzicielskie formy twórczej kreatywności, odwoływać się do surowych kar dla „zdrajców”, usprawiedliwiać przemoc fizyczną. Po to, by ostatecznie uwolnić naród od wewnętrznych wrogów: Żydów, protestantów, dreyfusardów, „intelektualistów”. Nienawiść była nieodłącznym rewersem miłości do ojczyzny, pełna egzaltacji ekspresja nienawiści do Żydów, obcych i inaczej myślących musiała być brutalna, ludowa i kontestacyjna. Tylko wówczas bardziej mobilizowała i integrowała ponad podziałami.

Nie brakowało zachęt do przemocy w tekstach nacjonalistycznych pisarzy. I tak oto Charles Maurras w artykule „Pierwsza krew” (w monarchistycznej i nacjonalistycznej „La Gazette de France”, 6-7 lipca 1898), odczłowieczając dreyfusardów – nazwał ich „zwierzętami”, gdyż niszczyli święte „prawa ojczyzny”, „zasady konstytuujące społeczeństwa oraz same reguły ludzkiego rozumienia” – tak uzasadniał użycie wobec nich przemocy: „jest to właśnie jeden z tych przypadków nieracjonalności, bestialstwa, na które (…) nie można odpowiedzieć inaczej, jak zadając cios nożem”.

Użycie siły w celu zastraszenia i uciszenia tych, którzy domagają się prawdy i sprawiedliwości, wydawało się więc logiczną konsekwencją. „Naród zareagował stosownie do swoich możliwości, lżąc Zolę, wybijając szyby Żydom i śpiewając »Marsyliankę«. To dobra reakcja”. I dalej: „Brutalna siła ukarała w ten sposób brutalny język dreyfusardów”.

Nienawiść piękna rzecz

Spośród młodych intelektualistów, którzy na przełomie XIX i XX wieku inspirowali się ideami Édouarda Drumonta, głównego piewcy antysemityzmu i autora „Żydowskiej Francji”, dwóch zwłaszcza zapisało się w historii francuskiego nacjonalizmu: Maurice Barres i właśnie Maurras.

Urodzony w 1862 r. w Lotaryngii w katolickiej rodzinie Barres w swojej twórczości sławił wielkość utraconej po klęsce Francji w 1871 r. prowincji. Stała się ona dlań motywem przewodnim patriotycznego wzmożenia, ostatnią szansą na ukierunkowywanie francuskiej „energii narodowej”. Utrata Alzacji i Lotaryngii była w jego oczach symptomem „choroby”, która toczyła Francję – pisał w powieści „Wykorzenieni” („Les Déracinés”). Wywołały ją zdrada „innych” i odcięcie się Francuzów od własnych korzeni i tradycji.

Dlatego piętnował „obcego, który jest pasożytem i nas zatruwa”, i władzę pieniądza. Motyw dekadencji łączył się z radykalną krytyką nowoczesności, nostalgią za złotym wiekiem. Odwołanie się zaś do prostego ludu mogło – jego zdaniem – podnieść kraj z ruiny, tylko on bowiem „strzeże krwi narodu” („Scenes et doctrines du nationalisme”).

Charles Maurras, prowansalczyk z urodzenia (1868), wychowany w duchu katolickim, zmagał się od 14. roku życia z głuchotą. W 1885 r. osiadł w Paryżu, gdzie chciał studiować na Sorbonie filozofię, jednak głuchota uniemożliwiła mu uczestnictwo w wykładach. Pod wpływem Barresa, którego poznał w 1889 r., popierał ruch bulanżystowski, a w czasie sprawy Dreyfusa zaangażował się po stronie antydreyfusowców. Po powstaniu w 1908 r. dziennika „L’Action Francaise” (wokół którego rozwinął się ruch Action Francaise) wszedł do jego komitetu redakcyjnego i przez 36 lat publikował w nim niemal codzienne edytoriale.

Maurice Barres w artykule „La formule anti-juive” opublikowanym w „Le Figaro” w lutym 1890 r. stwierdzał: „To nienawiść, po prostu nienawiść, której ekspresję widzimy przede wszystkim w tej antyżydowskiej formule. (…) Nienawiść jest jednym z najbardziej wyrazistych uczuć, jakie produkuje nasza cywilizacja. Nasz gwałtowny sprzeciw wobec luksusu i ubóstwa wytwarza ją i wzmacnia przez cały czas: nigdy jej nie zabraknie tym, którzy chcą ją wykorzystać”.

Jednoczący antysemityzm i antyrepublikanizm nacjonalistów mobilizował emocje tłumu, przeciwstawiał swoją brutalną siłę starym nawykom krytyki i refleksji, które – ich zdaniem – wyjaławiały działanie. Wydobywał najniższe instynkty z mas, świadczył o ich żywotności i sile. Symbolizował także zerwanie z reżimem republikańskim i jego zasadami oraz odrzucenie spuścizny rewolucji francuskiej. Nienawiść była nieodzownym instrumentem obalenia owego „reżimu”, wyzwolenia zbawczej energii i namiętności przeciwko „Republice Żydowskiej”.

W 1896 r., podczas obchodów czwartej rocznicy powstania dziennika „La Libre Parole”, Barres wychwalał tę „świętą i zbawczą nienawiść”, która przygotowywała opinię publiczną na nieuniknione, „heroiczne i chirurgiczne decyzje”. Podobnie Maurras, który nawoływał patriotów: „Przygotujmy broń… Dajmy upust naszemu gniewowi. Odważmy się nienawidzić”.

(Laurent Joly, Le nationalisme francais des années 1880-1900 et l’exaltation de la haine, »légitime«, »saine«, »populaire«, contre le juif”, 2009).

Istotnie, pisarze i publicyści antydreyfusowscy – także ci znani, np. Léon Daudet czy Ferdinand Brunetiere, krytyk literacki i dyrektor prestiżowego pisma „Revue des Deux Mondes” – zaczęli używać swych piór do podgrzewania emocji, które później gloryfikował nazizm: zwłaszcza nienawiści do wroga, w tym przypadku Żyda, masona i protestanta.

W tym klimacie nieprzypadkowa była więc próba zabójstwa Fernanda Laboriego, adwokata Dreyfusa podczas procesu w Rennes, wokół którego – w obawie przed uniewinnieniem oskarżonego – nacjonaliści rozpętali prawdziwe, histeryczne emocje. I tak oto 14 sierpnia 1899 r. zamachowiec strzelił Laboriemu w plecy na ulicy, wykrzykując triumfalnie: „Zabiłem dreyfusarda!”. Wydarzenie to zainspirowało antydreyfusowską piosenkę: „Jedyne, czego żałujemy,/ to to, że ta kula/ i szkoda/ zatrzymała się w drodze”.

Do dziś nie wiadomo, jaka była prawdziwa przyczyna przedwczesnej śmierci Zoli w 1902 r. Istnieją przypuszczenia, że doszło do zabójstwa, choć wedle oficjalnej wersji policji zmarł na skutek zatrucia tlenkiem węgla, gdyż przewód kominowy był zapchany (Alain Pages, „Émile Zola. De »J’accuse« au Panthéon”).

Czegóż innego dowodziło postrzelenie Dreyfusa podczas przewożenia prochów Zoli do Panteonu 4 czerwca 1908 r. przez dziennikarza Grégoriego, nacjonalistę i antysemitę, jeśli nie trwałości raz zasianej nienawiści? Grégori zdołał oddać dwa strzały w stronę Dreyfusa, raniąc go w ramię. Choć oskarżony był o próbę zabójstwa z premedytacją, został uniewinniony. A nacjonaliści z kręgów „L’Action Francaise” wychwalali jego patriotyczny, „bardzo francuski” gest.

Któżby przypuszczał także, że 110 lat później w niepodległej Polsce mechanizmy dehumanizujące przeciwników politycznych odżyją w takich określeniach jak „element animalny”, „mordy zdradzieckie”, nosiciele „genu zdrady”, a na przemoc na polskich ulicach wobec kobiet bitych teleskopowymi pałkami będzie przyzwolenie władzy?!

Świadomy zagrożenia ze strony nacjonalizmu był filozof i pisarz katolicki, obrońca Dreyfusa, Charles Péguy, który zaraz po wyborach parlamentarnych w 1902 r., w których wprawdzie zwyciężył blok lewicowy, z niepokojem pisał w „Cahiers de la Quinzaine”: „wybory dowiodły, iż ofensywa sił nacjonalistycznych jest o wiele bardziej zwarta, zatacza coraz szersze kręgi, jest bardziej radykalna, niż się spodziewaliśmy. Kłótnie pomiędzy czołowymi nacjonalistami, antysemitami, nie powinny przesłonić nacjonalistycznego i antysemickiego niebezpieczeństwa. I choć ponieśli oni w tych wyborach porażkę, któż nie widzi, że te partie mają na swoich usługach wielkie emocje i zwarte masy. Ruchy tak rozległe, głębokie i trwałe nie powstają przez podstęp czy sprytne sztuczki”.

Nie każde nawoływanie do przemocy w sferze publicznej kończy się przemocą fizyczną, jednak z reguły każdy akt przemocy poprzedzony jest nienawistnym nawoływaniem do agresji, czyni ją możliwą, usprawiedliwioną, a nawet pożądaną.

Dyskurs „nacjonalizmu oblężonej twierdzy”, uzbrajający umysły przeciwko wrogom wewnętrznym, był czymś więcej niż tylko prostą metaforą, skoro Daudet przyklasnął próbie zamordowania Dreyfusa przez Grégoriego: „Ojczyzna doznała podwójnego splugawienia: Zola w Panteonie i to w nagrodę za »J’accuse…!«! Pośród tchórzy i obrzezanych psów był tylko jeden odważny człowiek: Grégori” („Le geste de Grégori”, „L’Action Francaise”, 6 września 1908).

I tak oto ekskluzywny nacjonalizm przełomu XIX i XX wieku przygotował grunt dla narodowej prawicy, populistycznej i ksenofobicznej, w XX i XXI wieku.

Zszargany honor armii

Po słynnym artykule Zoli „J’accuse…!”opublikowanym w „L’Aurore” 13 stycznia 1898 r., oraz w obliczu możliwej rewizji procesu Dreyfusa doszło do scalenia szerokiej koalicji antydreyfusowców, przekonanych, że uniewinnienie Dreyfusa byłoby kolejnym upokorzeniem Francji i zszarganiem honoru armii.

W tym klimacie, w kwietniu 1898 r., powstał nacjonalistyczny ruch pod nazwą Komitet Akcji Francuskiej, który podsycał strach przed niemieckim zagrożeniem, osłabieniem armii, upadkiem Francji. Jednym z głównych motorów tego przedsięwzięcia był antysemityzm przestrzegający przed rosnącymi wpływami „Żydów Republiki”.

W czerwcu 1899 r. ów ruch posiadał już swój dwumiesięcznik „Revue de l’Action Francaise”, który w 1908 przekształcił się w gazetę codzienną o znacznie większym zasięgu. Maurras publikował w nim regularnie.

Gazeta skutecznie mobilizowała opinię publiczną, organizując kampanie prasowe potępiające skandale III Republiki. Choć początkowo założyciele „L’Action Francaise” – Henri Vaugeois i Maurice Pujo – nie chcieli zrywać z Republiką, w czasie sprawy Dreyfusa pismo agitowało antydrefusowców w duchu antyrepublikańskim i silnie antysemickim.

Założona na mocnych fundamentach doktrynalnych Action Francaise była przez prawie 40 lat ruchem nacjonalistycznym – także budzącym strach ruchem ulicznym – a dzięki dziennikowi stała się wpływową kuźnią ekskluzywnego nacjonalizmu.

„Najsilniejszą polityczną grupą, która jest w stanie podjąć uliczne działania, jest oczywiście Action Francaise. Jest pewne, że gdyby jutro Maurras wydał rozkaz, by wyjść na ulice, zrobiłyby to setki, tysiące obywateli. Jest także pewne, że byliby oni skłonni dla sprawy narażać własne życie. Każda partia potrafi zgromadzić w Paryżu ludzi, którzy podczas wieców skandują i klaszczą, ale tylko AF potrafi zebrać ludzi gotowych umrzeć dla sprawy, a to rzadkość” – pisał w 1929 r. dziennikarz Louis Latzarus.

AF wspierała się na uzupełniających się filarach: antysemityzm, antyrepublikanizm, Kościół, Monarcha – Dyktator.

Obalić choćby siłą

W jednym z pierwszych artykułów pismo jasno określiło swoje założenia programowe: „przede wszystkim walka z obrońcami Dreyfusa. Analizując i komentując ten pouczający przypadek [Dreyfusa], »L’Action Francaise” będzie dbała o usprawiedliwianie i podsycanie zdrowego i radosnego instynktu wstrętu, jaki francuski naród żywi wobec Żyda. Antysemityzm będzie miał na łamach naszej gazety myślących sprzymierzeńców. Będą się starali pogłębiać i wyjaśniać jego historyczną i naturalną legitymację”. Autorem artykułu był Vaugeois („Réaction, d’abord”, „L’Action Francaise”, 1 sierpnia 1899).

Wedle Vaugeois antysemityzm był odpowiedzią na „niewyobrażalną pogardę”, jaką Żydzi żywić mieli do Francuzów. Pisał także, że tylko francuski lud potrafił uchwycić spontanicznie „tę prawdę, którą my musimy zrozumieć, a lud ją już wyczuwa. Dla ludu Żyd jest niebezpieczny, jakkolwiek by był oczyszczony i zasymilowany. Powiem wręcz, wzmacniając tę tezę, że Żyd jest jeszcze bardziej niebezpieczny, gdy jest oczyszczony, zasymilowany i ucywilizowany”.

Vaugeois – antydreyfusowiec o lewicowych korzeniach – jeszcze w sierpniu 1899 r. na łamach swojej gazety wyznawał, iż „nienawidzi ciepłej wody w kranie” (czyli istniejącego burżuazyjno-republikańskiego porządku), a jego pragnieniem było „obudzenie dwóch prawd: reakcyjnej i lewicowej” („Lettre a Mailly”, „Bulletin de l’Action Francaise”). Ale już kilka tygodni później zdał sobie sprawę, że pod wpływem Maurrasa – twórcy doktryny nacjonalizmu „integralnego” (łączącej nacjonalizm z rojalizmem, zakładającej, że jedynie instytucje monarchii na czele z dyktatorem-królem mogą realizować interes narodowy) – patriotyzm przechodzi na pozycje nacjonalistyczno-prawicowe i coraz bardziej skłania się ku „prawdzie monarchistycznej”. Odtąd przedstawiano Republikę jako wcielone zło: „Republika zdradza Francję, gdyż republikanie gardzą francuskim duchem, nienawidzą go…” – pisał Vaugeois („Aux Républicains”, 1 września 1899).

Nacjonaliści z kręgu AF z Barresem na czele twierdzili, że ideał republikański legł w gruzach pod niszczącym wpływem Żydów, protestantów i masonów. Głosili apologię republiki antyparlamentarnej i plebiscytarnej, ustanowienie rządów twardej ręki, na czele z silnym przywódcą, który zemściłby się na „kosmopolitach” za rujnowanie Francji. Później pod wpływem Maurrasa popierali nacjonalizm integralny.

Odkąd w 1908 r. „AF” stała się dziennikiem, jej znaczenie stale rosło, zyskiwała sympatyków i czytelników nie tylko w kręgach rojalistycznych, a na jej łamach ostrzyli swoje polemiczne pióro znani pisarze i publicyści – Léon Daudet, Robert Brasillach, Paul Bourget. Założona zaś w tym samym roku młodzieżowa przybudówka i zbrojne ramię Action Francaise, tzw. Kameloci króla (Camelots du roi, od camelot – uliczny kolporter gazet), do której wstąpił m.in. pisarz katolicki Georges Bernanos, skupiała głównie studentów zafascynowanych Maurrasem.

Oprócz sprzedaży ulicznej i działań promocyjnych wokół dziennika „L’Action Francaise” organizowała zjadliwe antyrepublikańskie i antysemickie kampanie uliczne z wyraźnym zamiarem obalenia republiki siłą. Promowała tzw. coup de force (działanie siłowe), podbudowane teoretycznie przez Maurrasa i przygotowywane przez nacjonalistów, chętnych zaprząc „przemoc w służbę rozumu” na rzecz monarchii.

„Action Francaise zawsze uważała, że obecny rząd będzie najprawdopodobniej obalony (..) siłą oraz że zorganizowanie tego »coup de force«, jak i przygotowanie na to opinii publicznej (…) to główne i konieczne elementy jej programu. (…) Musimy pracować nad tym, by obalić tę legalną i konstytucyjną fikcję, która sprzeciwia się porządkowi, prawu i Królowi” – pisał Maurras w „AF” w grudniu 1909 r.

Zawsze z Kościołem

Ideę ojczyzny, przynależność do narodu nacjonaliści łączyli z katolicyzmem, gdyż był on czynnikiem spajającym wspólnotę narodową, elementem tożsamości francuskiej. W styczniu 1907 r. w biuletynie Ligi Ojczyzny Francuskiej Barres stwierdzał: „Uważam, że francuska narodowość jest ściśle powiązana z katolicyzmem, że ukształtowała się ona i rozwinęła w katolickiej tradycji oraz że próbując zniszczyć lub wyrugować z narodu katolicyzm, tak blisko związany z naszym sposobem odczuwania, nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo możemy zniszczyć tkankę narodu”.

Podobnie dziś brzmią słowa Jarosława Kaczyńskiego, który utrwala figurę Polaka-katolikapodkreślając, że polska wspólnota narodowa musi opierać się na Kościele katolickim, gdyż „Kościół jest jedynym depozytariuszem systemu wartości, który w Polsce jest powszechnie znany” (wystąpienie w Lublinie, 7 września 2019). Ten zaś, „kto podnosi rękę na Kościół, chce go zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” (wystąpienie w Pułtusku, 4 maja 2019).

A tutaj cytat z programu wyborczego PiS-u z 2015 r.: nauka społeczna Kościoła nie ma „w szerszym społecznym zakresie żadnej konkurencji, dlatego też w pełni jest uprawnione twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm”

Prezes i PiS wykluczyli tym samym ze wspólnoty narodowej tych, którzy się z katolicyzmem nie identyfikują, bądź jako katolicy odnoszą się krytycznie do zachowań hierarchów Kościoła.

W myśleniu Barresa i Maurrasa nie wiara katolicka była najważniejsza, lecz Kościół katolicki jako instytucja zhierarchizowana, stojąca na straży uświęconego porządku, tradycji i obyczajów. Dlatego nacjonalizm ekskluzywny instrumentalizował religię w celach politycznych i ideologicznych. Ówcześni zwolennicy sojuszu ołtarza z tronem to byli często niewierzący pisarze, publicyści i artyści.

Do tego grona należał m.in. Barres, który choć wychowany w duchu katolickim, zachowywał dystans do katolickiej wiary i atakował leżącą u podstaw chrześcijańskiej doktryny prawdę o tym, że „wszyscy ludzie są braćmi” („Scenes et doctrines du nationalisme”).

Pojęcie katolicyzmu pojawiało się w tekstach Barresa często, ale nie było ono pojmowane przez autora jako credo, lecz jako element konstytutywny kultury francuskiej i jedności narodowej.

To także przypadek Maurrasa, który wszak uważał się przez dużą część życia za agnostyka i pisał o ewangelistach jako o „czterech ciemnych Żydach”, ale akcentował wagę Kościoła katolickiego w społeczeństwie oraz jako instytucji nierozerwalnie złączonej z monarchą.

Jak twierdzi Michel Winock, zdecydowana „większość ówczesnych nacjonalistów, nawet oddalonych od katolicyzmu, odczuwała solidarność z instytucją Kościoła katolickiego. Podobnie jak armia (..) zapewniał on trwałość francuskiej tożsamości narodowej zakorzenionej w dawnej Francji, którą ukształtowała i skonsolidowała religia katolicka” („Les nationalismes francais”, jak wyżej).

Francja? Nie, to Polska

„L’Action Francaise” przeżywała swoje chwile chwały podczas I wojny światowej, wsławiając się gorącym patriotyzmem i antygermanizmem, przyciągając licznych czytelników i sympatyków, także tych z kręgów politycznych (Pierre Nora, „Les deux apogées de l’Action Francaise”, w: „Annales. Economies, sociétés, civilisations” nr 1/1964).

Na początku XX wieku sympatyzowało z tym pismem wielu intelektualistów czy pisarzy, m.in. Francois Mauriac, który wprawdzie nigdy nie znalazł się w kręgu Maurrasa, lecz nie krył podziwu dla intelektualnego wpływu, jaki jego ruch i dziennik wywierały na francuską młodzież. Podobnie Jacques Maritain, filozof i teolog, który w 1906 r. z protestantyzmu przeszedł na katolicyzm i także pozostawał pod silnym wrażeniem maurrassowskiej myśli. Dopiero papieskie potępienie „L’Action Francaise” i Charles’a Maurrasa, którego niektóre książki znalazły się na indeksie ksiąg zakazanych w grudniu 1926 r., skłoniło Mauriaca i Maritaina do ostatecznego zerwania z Maurrasem. Jednak w lipcu 1939 r., za pontyfikatu Piusa XII, ekskomunika została cofnięta.

W latach 30. Maurras odżegnywał się od niemieckich nacjonalistów: „Żadna nasza doktryna nie zbliża nas do nich. Wszelkie próby oskarżania nas o to nic nie dadzą: nikt nie zrobi z nas rasistów” („AF”, 9 października 1933). Pisał także, iż „rasistowskie przedsięwzięcie jest bez wątpienia czystym szaleństwem i prowadzi w ślepy zaułek” („AF”, 15 lipca 1936).

Jednak po klęsce Francji w 1940 r. gazeta przyjęła z radością utworzenie kolaboracyjnego rządu Vichy na czele z marszałkiem Pétainem i jego „rewolucję narodową”, która w oczach Maurrasa jawiła się jako „boska niespodzianka” a marszałek jako „cudowny zbawca”. Ten quasi-religijny język wymuszał wiarę bezgraniczną, dobrowolne, nieograniczone wyrzeczenie się wszelkiego osądu i kwestionowania reżimu Vichy. Całkowite posłuszeństwo.

Dlatego gazeta stała murem za marszałkiem, popierając ustawy antyżydowskie, Maurras zaś w 1941 r. potwierdzał konieczność „państwowego antysemityzmu”: „Nie chodzi o zniszczenie rasy [żydowskiej]. Chodzi o to, by naród francuski trzymał się z dala od tego narodu, który żyje pośród niego jako ciało całkowicie odrębne. Czy to więc kwestia krwi żydowskiej? Nie. To nie jest coś fizycznego – to historyczny stan członków narodu żydowskiego, którzy żyli i żyją nadal w tej wspólnocie”.

Gazeta nie protestowała także, gdy administracja i policja francuska ustalały listy proskrypcyjne i organizowały deportację Żydów (np. obława Vel d’Hiv w Paryżu w lipcu 1942 r.). Pozostawała wierna marszałkowi nawet po zajęciu przez Niemcy „wolnej strefy”. Jesteśmy, pisał Maurras, „zdecydowani wykonywać każdy z podjętych przez niego środków (…) w tym sensie, który on uznał za pożyteczny lub lepszy” („AF”, 3 lipca 1942).

polecił: Leon Rozenbaum
Mimo że w czasie wojny Action Francaise wyznawała radykalny antygermanizm, którego Maurras nigdy się nie wyrzekł, odmawiała poparcia dla ruchu oporu czy wznowienia walki z okupantem niemieckim. Potępiała rodzący się w Londynie Komitet Wolnej Francji pod przywództwem gen. de Gaulle’a, twierdząc, że „pozostawał on na usługach obcej potęgi”.

Maurras sugerował nawet dokonywanie egzekucji na członkach ruchu oporu: „Jeżeli kara śmierci nie wystarczy do wyplenienia gaullistów, trzeba brać zakładników spośród ich rodzin i wszystkich ścinać” („AF”, 1 września 1943). W artykule „Dla tych, którzy powinni się ukryć” żądał represji wobec ruchu oporu, bo działał on przeciw,,legalnemu rządowi” (Vichy), uprawiał „bandytyzm” (akcje zbrojne) i prowokował kontrakcję niemiecką, której za wszelką cenę należało uniknąć („AF”, 24 lutego 1943).

Równolegle AF odcinała się od paryskich dziennikarzy czy pisarzy, którzy wydawali, w dużej mierze ze wsparciem finansowym ambasady niemieckiej, kolaboracyjne pisma („Je suis partout”, „l’Oeuvre”, „Au Pilori”, „Aujourd’hui” i dziesiątki innych) lub regularnie publikowali na ich łamach swoje artykuły (m.in. Louis-Ferdinand Céline, Robert Brasillach, Pierre Drieu La Rochelle czy Marcel Déat (ten sam Déat wsławił się w 1939 r. zamieszczonym w „L’Oeuvre” artykułem „Dlaczego musimy umierać za Gdańsk?”, w którym nawoływał, by Francja nie wikłała się w wojnę z Niemcami w przypadku niemieckiej agresji na Polskę).

Maurras uważał się za agnostyka i wątpił w istnienie Boga, ale nie wątpił w Kościół jako instytucję. Dlatego tak on, jak i jego nacjonalistyczny ruch pozostają symbolem pokusy sojuszu ołtarza z tronem, instrumentalizacji religii przez ideologię czy partię polityczną.

Dowodów na istnienie owego sojuszu nie brakuje także w dzisiejszej Polsce. W istocie jest on na rękę obu stronom: hierarchowie Kościoła katolickiego, część kleru i wiernych popiera ów mariaż, gdyż zapewnia on finansową przychylność władzy, roztoczenie parasola ochronnego dla sprawców pedofilii w Kościele, zapewnia klerykalizację życia publicznego w zamian za promowanie partii Jarosława Kaczyńskiego i nawoływanie z ambon do głosowania na nią.

Śledząc losy francuskiego nacjonalizmu, nie trudno doszukać się podobieństw do dzisiejszego nacjonalizmu polskiego. Można by nawet wobec dzisiejszych polskich nacjonalistów sformułować zarzut zwykłego naśladownictwa tak postaw, jak i języka, gdyby nie to, że zapewne tylko nieliczni spośród nich słyszeli o Maurrasie.

To samo można powiedzieć o polskim Kościele, który stara się nie dostrzegać konsekwencji sojuszu ołtarza z tronem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com