Archive | July 2026

Wszystko mu zawdzięczam – napisał Kisiel. 120 lat temu urodził się Jerzy Giedroyc

Jerzy Giedroyć (z lewej) i Marek Łatyński podczas rozmowy. Spotkanie z polską emigracją w Monachium, 1987 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe


Wszystko mu zawdzięczam – napisał Kisiel. 120 lat temu urodził się Jerzy Giedroyc

Agata Szwedowicz, Paweł Tomczyk


„Książę niezłomny”, „Redaktor” – tak nazywano jedną z najważniejszych postaci polskiej historii XX wieku, Jerzego Giedroycia, założyciela i redaktora paryskiej „Kultury”. 27 lipca mija 120 lat od jego urodzin. Wszystko mu zawdzięczam – ocenił Stefan Kisielewski „Kisiel”.

„Znam ponad 50 lat, u niego zacząłem pisać w »Buncie Młodych«, potem w »Polityce«. U niego wydałem szereg książek. Książę podobno. Urodzony chyba w Moskwie, a gimnazjum kończył w Mińsku. Ciągle tylko myśli o Wschodzie, o wolnej Ukrainie, o rozbiciu Rosji i to są jego idee” – napisał Stefan Kisielewski w swoim „Abecadle” w 1990 roku. „Wspaniały człowiek, szalonej pracowitości, który właściwie wolałby być politykiem niż redaktorem i dyrektorem wydawnictwa, ale mu się to nie złożyło. Ja całe życie z nim się właściwie kłócę, ale mu wszystko zawdzięczam. Jest urodzony w 1906 – w tej chwili ile ma lat? Dużo. No, ale pracuje ciągle jak koń. Powiedział, że po jego śmierci »Kultura« już nie powinna wychodzić, a książki to inna sprawa” – dodał. „»Kultura« bez niego nie mogłaby wychodzić, bo on tam wynalazł jakichś starych Litwinów, Ukraińców, którzy pisują. Tego nikt z młodych nie będzie kontynuował. Nie potrafią” – podsumował Kisiel.

Sportretował go w powieści „Sprzysiężenie” (1946) jako radcę Gieysztora. „Kochał się w dyplomacji, w tajnych posunięciach, w maskowaniu się i odgrywaniu swej roli z ukrycia, w tajemniczej korespondencji, w ważnych poufnych informacjach – napisał. „Pod tymi upodobaniami Zygmunt wyczuwał w nim jednak obecność głębszej i istotniejszej pasji: żądzę działania, namiętny kult energii i czynu, pragnienie wpływania na bieg wydarzeń i kształtowania losów społeczeństwa – dodał.

Giedroyciowi się to nie spodobało. „Jego poglądy były mi z gruntu obce. A zarazem miałem do niego dużą słabość za jego wielką odwagę. I za jego przekorę. To są cechy, które bardzo lubię i bardzo cenię” – wspominał Kisielewskiego w „Autobiografii na cztery ręce” (2006), przy okazji zdecydowanie źle oceniając jego twórczość beletrystyczną. „Powinien był przez całe życie pisać wyłącznie felietony miast porywać się na powieści i na politykę. Był doskonałym felietonistą, a felieton był formą, w której wyraził się najpełniej” – podkreślił „Redaktor”.

„Utożsamił się ze swoją pracą do tego stopnia, że nie sposób wyobrazić go sobie bez niej. Bo też jest ona czymś więcej niż pracą. Bycie redaktorem jest dla Giedroycia sposobem istnienia i działania, postawą wobec Polski i wobec świata” – tak charakteryzował Giedroycia jego przyjaciel i współpracownik Krzysztof Pomian.

„Jakoż Giedroyc redaguje nie tylko teksty napływające do »Kultury«, usiłuje też redagować Polaków w ogóle, w szczególności zaś inteligentów polskich, którzy irytują go w stopniu najwyższym. Jego lista zarzutów wobec nich jest tak długa, że nie zdołam jej tu wyczerpać. Sam bezinteresowny i wyzuty z egocentryzmu, nie znosi: zadęcia, prywaty, wyłącznej dbałości o własną korzyść, przypisywania sobie urojonych zasług, kombatanctwa, celebry” – pisał Pomian we wstępie do „Autobiografii na cztery ręce”.

Jerzy Giedroyc urodził się 27 lipca 1906 roku w Mińsku Litewskim – tam uczęszczał do szkoły średniej Polskiej Macierzy Szkolnej. Był naocznym świadkiem wybuchu puczu bolszewickiego w Rosji i jako 11-letni chłopiec samotnie odbył podróż przez ogarnięty zamętem kraj z Moskwy do Mińska. Palił już wtedy papierosy. Zafascynowany Witkacym eksperymentował z narkotykami („po opium chorowałem, ale kokaina robiła na mnie wrażenie” – opowiadał Ewie Berberyusz). Jego żona, Rosjanka z białej emigracji, uchodziła za jedną z najpiękniejszych kobiet przedwojennej Warszawy” – napisał Marek Żebrowski w książce pt. „Życie przed »Kulturą«” (2012).

Ciekawa jest, przedstawiona przez Żebrowskiego, przedwojenna droga ideowa redaktora „Kultury”. W 1924 roku absolwent stołecznego liceum im. Zamoyskiego, podjął na Uniwersytecie Warszawskim studia prawnicze i od razu wstąpił do korporacji studenckiej „Patria”, której założycielem był Janusz Rabski, pełniący już wówczas funkcje prezesa Młodzieży Wszechpolskiej. „Patria” była korporacją grupującą studentów o poglądach narodowych, krytycznie odnoszących się do działalności Piłsudskiego. Już w tamtych czasach widać było, że słusznie mawia o sobie: „Jestem zwierzęciem politycznym, polityka kulturalna jest dla mnie także formą polityki”.

12 maja 1926 roku, podczas zamachu majowego, Giedroyc razem ze współkorporantami, opowiedział się po stronie Witosa. Wraz z innymi studentami udał się do Belwederu, aby bronić demokracji. Wspominał po latach: „dano mi jakiś karabin i kazano stać na warcie od strony Łazienek. A Stanisław Grabski chodził od jednego z nas do drugiego i powtarzał: »Przecież to jest bez sensu, my nie możemy się tu utrzymać«. I mówił to szczeniakom, studentom. Zrobił na mnie takie wrażenie, że nazajutrz wróciłem do domu. Wyleczyło mnie to zupełnie z parlamentaryzmu, pogłębiło nastawienie propiłsudczykowskie i przekonania o konieczności rządów autorytarnych” – pisał Giedroyc w „Autobiografii na cztery ręce”.

Tymczasem „Patria” stopniowo radykalizowała się i to w zupełnie przeciwnym niż Giedroyc kierunku, wydając w końcu swoim członkom zakaz przynależenia do jakichkolwiek organizacji prosanacyjnych. Giedroyc, który od 1928 roku należał do organizacji Myśl Mocarstwowa, został z „Patrii” wydalony. Myśl Mocarstwowa zrzeszała młodych konserwatystów i popierała sanację. Członkowie tego ugrupowania dążyli do przekształcenia Polski w europejskie mocarstwo, a w programie było odrzucenie „zgniłego parlamentaryzmu”, wprowadzenie silnej, autorytarnej władzy wykonawczej, zabieganie o kolonie zamorskie dla Polski, a także „rozprucie Związku Sowieckiego wzdłuż szwów narodowościowych” i skupienie narodów słowiańskich wokół Polski. Jerzy Giedroyc działał w ruchu konserwatywnym i przez wielu był uważany za jego nadzieję.

Od 1931 roku Giedroyc redagował pismo „Dzień Akademicki”, dodatek do ukazującego się w stolicy konserwatywnego „Dnia Polskiego”. „Dzień Akademicki” został wkrótce przemianowany na „Bunt Młodych”, a pismo z dwukolumnowego dodatku stało się samodzielnym dwutygodnikiem stopniowo sterując w stronę poparcia dla sanacji, choć broniąc wartości konserwatywnych. Stałym obiektem ataków „Buntu…” były „Wiadomości Literackie” które publicysta Adolf Bocheński określał jako organ „agitacji żydowskiej i liberalnej”. Giedroyc w tym okresie popierał utworzenie obozu w Berezie Kartuskiej i wytoczone przywódcom opozycji procesy brzeskie.

Po wybuchu II wojny światowej przedostał się do Rumunii, był kierownikiem wydziału polskiego przy poselstwie chilijskim w Bukareszcie. W marcu 1941 r. zgłosił się do służby wojskowej i wyjechał do Palestyny, walczył w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich, uczestniczył w kampanii libijskiej i walkach w Tobruku.

W marcu 1946 r. wraz z Józefem Czapskim, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim oraz Zofią i Zygmuntem Hertzami założył w Rzymie Instytut Literacki. W lipcu 1947 r. opublikowali pierwszy numer „Kultury”, wówczas kwartalnika. W październiku tego samego roku Instytut Literacki przeniósł swoją siedzibę pod Paryż, do Maisons-Laffitte. W okresie PRL ośrodek pełnił funkcję nieoficjalnej ambasady niepodległej Polski. Z „Kulturą” współpracowali wybitni polscy publicyści i pisarze emigracyjni, m.in. Józef Czapski, Jerzy Stempowski, Konstanty Jeleński, Juliusz Mieroszewski, Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Gustaw Herling-Grudziński.

Francja, Maisons-Laffitte pod Paryżem, 1997 r. Siedziba Instytutu Literackiego przy Avenue de Poissy 91 (od 1954 r.), polskiego emigracyjnego wydawnictwa założonego przez Jerzego Giedroycia w 1946 r. Fot. PAP/Jerzy Ruciński

Giedroyc już w 1949 roku razem ze swym zespołem wysunął koncepcję ułożenia sobie przez Polskę dobrych stosunków z bezpośrednimi sąsiadami na Wschodzie, bez roszczeń terytorialnych i bez prób – w razie zmiany sytuacji – dogadania się z Kremlem ponad głowami Litwinów, Ukraińców i Białorusinów.

„Środowisko »Kultury« słusznie kojarzone jest z »programem ULB« (Ukraina, Litwa, Białoruś) zdefiniowanym przez Juliusza Mieroszewskiego. Polegał on na uznaniu podmiotowości, a w przyszłości i suwerenności tych trzech państw, spadkobierców I Rzeczypospolitej, z jednoczesnym budowaniem na tej płaszczyźnie »szczególnych więzów« łączących Warszawę, Wilno, Mińsk i Kijów. Nieraz mówimy o Giedroyciu jako o spadkobiercy idei prometejskiej, czyli tej bardzo zgrabnej, ale i nieco dywersyjnej koncepcji politycznej kręgu Piłsudskiego, w myśl której wspieranie aktywności narodów zniewolonych przez Moskwę mogłoby doprowadzić do osłabienia, a ostatecznie dezintegracji Związku Sowieckiego” – powiedział PAP (2024) historyk i publicysta Wojciech Stanisławski. „Tyle że w przypadku Giedroycia jego życzliwość dla wszelkich ruchów, które miały na celu utrzymanie bądź rozszerzanie autonomii zniewolonych narodów, niekoniecznie prowadziła do jego antyrosyjskości. Jerzy Giedroyc był wychowany w kulturze rosyjskiej i był w niej głęboko zakorzeniony, szczególnie w kulturze tzw. srebrnego wieku, a więc schyłku imperium rosyjskiego. Zaryzykowałbym więc tezę, że o ile politycznie bliska mu była idea odrodzenia narodowego Białorusi czy Ukrainy, o tyle na poziomie emocjonalnym bliższa była mu kultura rosyjska: ją znał lepiej, język rosyjski znał doskonale” – przypomniał.

„I na tym tle Giedroyc próbował znaleźć wspólny język z Rosjanami. Oczywiście z tymi, którzy gotowi byli rozmawiać z Polską i innymi spadkobiercami tradycji I Rzeczypospolitej takimi jak Ukraina” – dodał Stanisławski.

Słynny był dystans, jaki „książę niezłomny” wytwarzał między sobą a otoczeniem; nawet z bliskimi sobie ludźmi na „ty” przechodził po latach znajomości. Przy drzwiach jego gabinetu wisiała tabliczka z wygrawerowaną łacińską sentencją „Cave hominem”, czyli „Strzeż się ludzi”. Giedroyc zachowywał swoje życie osobiste dla siebie. Publicznie twierdził nawet, że żadnego życia osobistego nie posiada.

Latem 1957 roku do Maisons-Laffitte dotarła Agnieszka Osiecka – autostopem z południa Francji, gdzie z grupą studentów pracowała przy winobraniu. Miała dostarczyć przemycony przez granicę rękopis „Cmentarzy” Marka Hłaski. Mieszkańcy domu zachwycili się nią, bezdzietni Hertzowie bardzo szybko zaczęli traktować ją jak córkę. Ale najgorętszy zachwyt, bynajmniej nie ojcowski, Osiecka wzbudziła w Jerzym Giedroyciu.

Z jej „Dzienników” (2021) poznajemy obraz kilku dni w Londynie, które poetka, po pobycie w Maisons-Laffitte, spędzała u ciotki. 31 października 1957 roku Jerzy Giedroyc po raz pierwszy i ostatni w życiu przekroczył kanał La Manche – żeby się z nią zobaczyć. „Jego pierwsze zdanie zaczęło się od – »nareszcie«” – opisała Osiecka spotkanie w hotelowej restauracji. „Pan Jerzy wyglądał tak, jakby przed chwilą wstał od biurka w Lafficie” – wspominała. „Był prawie zakłopotany, szczeniacki, lubię go za tę minę” – dodała, wspominając chwilę, gdy prosił ją o kolejne spotkanie, nazajutrz.

Dostała wtedy od niego „cztery bukieciki smutnych, londyńskich fiołków” – poza tym Giedroycia okradziono, kiepsko też radził sobie z angielskim i czuł się kompletnie zagubiony w londyńskim deszczu. Rozmawiali m.in. o przyjemności patrzenia na siebie nawzajem, „panice śmierci i panice straconego czasu”. „Gapiłam się na niego bezwstydnie, zachwycona jak cielę” – wspominała.

Jak poważne było uczucie między nią i o 30 lat starszym redaktorem „Kultury” można się przekonać z tekstu: „Moją najtrudniejsza decyzją był powrót do kraju w grudniu 1957 roku” – napisanego do szuflady wiosną 1959 roku. „Tamten człowiek nie wiedział, że go kocham. Zatem nie działał. Nie prosił, nie tłumaczył, nie szkodził ani też nie pomagał. Byłam sama, naradzałam się ze sobą” – wspominała Osiecka. „Ten człowiek był bardzo samotny. Był przyzwyczajony do samotności na tyle, na ile można się przyzwyczaić. Przestał umieć porozumiewać się z ludźmi. Chował się. Bał się ludzi. Był nieufny. Dokonałam w tym jakiegoś wyłomu. Mówił do mnie i wiedział, że rozumiem, o co chodzi. Pokochał mnie (nie należy do rzeczy opowiadanie skąd i jak się o tym dowiedziałam. Wiedziałam – to wszystko), ale nie mówiliśmy o tym” – opisywała. „Chyba zależało mu na tym, żebym decydowała sama” – oceniła. „Do ostatka nie przestaliśmy do siebie mówić »Pan« i »Pani«, chyba myślałam o nim nawet per »pan«, z tym dystansem, jaki stwarzała między nami sytuacja” – napisała poetka.

Giedroyc prawdopodobnie zwątpił w możliwość związku z Osiecką, gdy zobaczył ją wśród rówieśników z STS-u. Obiecywali sobie wiele wyjaśnić w listach – i na listach ta znajomość się zakończyła. Pisali je przez następne kilkadziesiąt lat, większość z tej korespondencji została zniszczona. Giedroyc nazywał ją Kikimorą – uwodzicielskim demonem z mitologii ludowej, a ona bardzo to metaforyczne określenie polubiła. Po powrocie do Polski Osiecka nie dostawała paszportu przez kolejnych siedem lat. Nie spotkali się już nigdy. W ostatnim numerze „Kultury”, który ukazał się po śmierci Giedroycia, zgodnie z jego wolą wydrukowano wiersz Osieckiej, kończący się słowami: „Przywilejem takich jak Pan – jest miejsce w historii i wieczny szacunek. I zazna Pan tego”.



Francja, Maisons-Laffitte pod Paryżem, 1997 r. Redaktor naczelny miesięcznika “Kultura” Jerzy Giedroyc w siedzibie Instytutu Literackiego przy Avenue de Poissy 91, gdzie mieszkał od 1954 r. Fot. PAP/Jerzy Ruciński

W serialu „Osiecka” (2020) w postać Giedroycia wcielił się Mariusz Bonaszewski. W filmie „Czarny sufit” (2022) wyreżyserowanym przez Arkadiusza Biedrzyckiego, zrealizowanym przez Instytut Pamięci Narodowej na okoliczność 120-lecia urodzin Józefa Mackiewicza, Jerzego Giedroycia zagrał Krzysztof Stroiński.

Po 1989 r. mimo zaproszeń, Jerzy Giedroyc nie przyjechał do Polski. W okresie przełomu 1998/89 krytykował odbywające się w Warszawie rozmowy okrągłego stołu z pozycji radykalnego antykomunizmu. Jednak po 1989 roku jego linia polityczna ewoluowała. Za największe zagrożenia dla Polski uznał nacjonalizm i klerykalizm, a nie spadkobierców PZPR.

„W jednej z nieustannych kłótni, jakie wiódł z nim Stefan Kisielewski, Giedroyc stwierdził, że do Polski – nawet wolnej – nigdy nie wróci, bo jeśli będzie wolna to będzie endecka” – napisała Magdalena Grochowska w książce „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu” (2009).

Zmarł na zawał serca w nocy z 14 na 15 września 2000 roku. Miał 94 lata. Został pochowany na cmentarzu w Le Mesnil-le-Roi.(PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


IDF bars Palestinian workers from Judea and Samaria communities after attacks


IDF bars Palestinian workers from Judea and Samaria communities after attacks

JNS Staff


They can still work in industrial zones.

Palestinian workers line up at the entrance to Ma’ale Adumim near Jerusalem, Feb. 23, 2023. Photo by Erik Marmor/Flash90.

The Israel Defense Forces on Sunday moved to bar Palestinian laborers from entering Jewish communities in Judea and Samaria until further notice, the army confirmed to JNS.

Palestinians will still be permitted to work in industrial zones, while construction sites may also be exempted at the request of individual communities, a military spokesman said.

The military order followed a series of terrorist attacks, including a shooting near Havat Gilad (Gilad Farm) in northern Samaria on Friday that left two IDF soldiers dead.

Another attack took place on Saturday, when a Palestinian terrorist seized an Israeli soldier’s weapon during an altercation south of Hebron in Judea, fired several shots and escaped.

Eliram Azulay, head of the Mount Hebron Regional Council, said a reservist was moderately wounded after being struck by a rock before the assailant took his weapon.

Prime Minister Benjamin Netanyahu and Defense Minister Israel Katz decided on “a series of steps” in the wake of Friday’s deadly attack, the Prime Minister’s Office said.

The approved measures include demolishing the homes of the attackers; stepping up military operations in terrorist strongholds, including seizing weapons and revoking work permits; reinforcing IDF deployments across Judea and Samaria; separating Israeli and Palestinian traffic at key routes and checkpoints; and accelerating the legalization of existing farms and the establishment of new ones.

IDF Central Command head Maj. Gen. Avi Bluth described the past several days as “tense,” speaking in a meeting with Judea and Samaria community leaders on Friday.

“Following the recent events, and especially this morning’s attack, there is concern about escalation throughout Judea and Samaria,” the military quoted him as saying. “We are carrying out counter-terrorism operations to prevent the area from spiraling into further violence and are using every means at our disposal.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


French Jewish DJ Leaves Music Festival Set After Violent Antisemitic Abuse From Pro-Palestinian Protesters


French Jewish DJ Leaves Music Festival Set After Violent Antisemitic Abuse From Pro-Palestinian Protesters

Shiryn Ghermezian


French DJ Barbara Butch during her performance at the Nuit Blanche festival on the forecourt of the City Hall in Paris, France on June 6, 2026. Photo: Quentin de Groeve / Hans Lucas via Reuters Connect

French Jewish disc jockey Barbara Butch was forced offstage Saturday after a large group of antisemitic, pro-Palestinian activists disrupted her performance at a music festival in Grenoble, pelting the stage with objects and subjecting her to sustained abuse.

Butch later described the incident in an op-ed for the French newspaper Le Monde, written with her lawyer, saying the confrontation represented the culmination of a months-long campaign to drive her from French cultural and public life.

She was performing at the Cabaret Frappé festival when more than 100 protesters packed the audience and assailed her with “whistles, boos, shouts, and insults,” according to the op-ed. Demonstrators also hurled gravel, cardboard, plastic objects, liquids, and glass bottles, some of which shattered on her mixing console and near her feet.

Video from the scene, shared by the pro-Israel entertainment industry organization Creative Community for Peace, showed protesters waving large Palestinian flags and chanting “Free, free Palestine.” Some members of the far-left La France Insoumise party were among the demonstrators, according to French Interior Minister Laurent Nuñez.

Butch was eventually escorted from the venue and her set was cut short.

The demonstrators had called for a boycott of Butch over her support for a controversial bill introduced by French lawmaker Caroline Yadan that sought to address contemporary forms of antisemitism. The measure was withdrawn in April, only hours before it was scheduled for debate in the National Assembly, amid criticism that it could restrict criticism of Israel.

Butch and her lawyer argued that the incident went far beyond political protest.

“That evening, a line was crossed: the one separating protest from coercion, disagreement from intimidation, speech from violence,” they wrote in Le Monde. “It was no longer a matter of responding to an artist; she was being driven off the stage.”

They said Butch has for months been subjected to an organized campaign intended to make her professionally untouchable.

“The method is consistent: singling her out; discrediting her morally; relentlessly spreading defamatory accusations against her; demanding her removal from lineups; pressuring venues, festivals, local authorities, and the public; intimidating those who invite or support her; and turning every one of her trips into a threat, every concert into an ordeal, and every employer into a target,” they wrote.

“Then, when none of that suffices, coercion is brought to bear at the very venue where she is scheduled to perform.”

In a lengthy video posted on social media, Butch said she has endured antisemitism since childhood and that the abuse intensified after she signed an open letter denouncing antisemitism in France and rejecting attempts to hold Jews collectively responsible for Israeli government policy.

She was also targeted after participating in the opening ceremony of the 2024 Paris Olympic Games, receiving death threats and a stream of antisemitic, sexist, fatphobic, and anti-LGBT abuse.

Butch described what happened in Grenoble as “intolerable.”

“The antisemitism that I have been subjected to on a daily basis and endured for years, ever since I was a child, and which has become even more intense after the Olympics — I’ve had enough,” she said.

“I’m not someone who resorts to violence. I am someone who advocates love, and that won’t change. I don’t condone any violence.”

Butch said antisemitism must be discussed as openly as other forms of bigotry.

“It’s an issue that affects us all and which, for me, is on par with racism, fatphobia, and LGBT-phobias,” she said.

“We need to talk about it and create safe spaces together. If we don’t have those spaces, we’re heading straight for defeat.”

She added that her work as a DJ is intended to bring people together rather than deepen political and social divisions.

“My job is to bring people together, to unite them, to get you dancing and ensure we’re united; ensure we love one another and carry on doing it, even if everything around us is causing anxiety,” she said.

“I hope you’ll try to understand, try to reestablish dialogue so we can talk again, because things are getting worse and worse and we can’t let things carry on like this.”

Nuñez condemned the attack on Butch, describing the perpetrators as “pro-Palestinian militants.”

“Antisemitism, intimidation, and pressure have no place in our Republic,” he wrote on X. “Preventing an artist from performing is an unacceptable violation of freedom of expression and creation.”

Prominent French record producer and DJ Bob Sinclar also expressed solidarity with Butch, calling the episode “unacceptable.”

“Clubbing is a sacred, blessed community where racism, homophobia, antisemitism, or all forms of discrimination are unacceptable,” he said in an Instagram video Monday. “We are here together to celebrate music and happiness. That is it. No judgment, but love.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dlaczego zaprzeczają zbrodniom z 7 października


Dlaczego zaprzeczają zbrodniom z 7 października

Ben M. Freeman


Nawet gdy z obsesyjną dokładnością dokumentowali swoje zbrodnie, naziści starali się je negować i zatrzeć ich ślady. Gdy Zagłada trwała…

Nawet gdy z obsesyjną dokładnością dokumentowali swoje zbrodnie, naziści jednocześnie starali się je negować i zatrzeć ich ślady. W trakcie Zagłady podejmowali działania mające ukryć dowody: niszczyli dokumenty, demontowali obozy, palili ciała i usuwali wszelkie ślady masowych mordów. Jednak gdy wojna dobiegła końca, a skala Holokaustu stała się niepodważalna, naziści i ich ideologiczni sprzymierzeńcy nie wycofali się z negacjonizmu. Wręcz przeciwnie – zintensyfikowali go. Próbowali przepisać samą rzeczywistość, zaprzeczając popełnionym zbrodniom, umniejszając ich znaczenie, relatywizując je lub zniekształcając.

Z czasem zjawisko to przybrało wymiar globalny, mimo że Holokaust jest jedną z najlepiej udokumentowanych zbrodni w historii ludzkości. Istniały góry dowodów: dokumentacja transportów, fotografie, filmy, infrastruktura obozowa, relacje świadków i ocalałych, zeznania samych sprawców oraz materialne pozostałości przemysłowo prowadzonej eksterminacji. Dla negacjonistów nie miało to jednak znaczenia. Ponieważ negowanie Holokaustu nigdy nie dotyczyło dowodów. Chodziło o rehabilitację sprawców, podważenie wiarygodności żydowskiego cierpienia oraz ponowne przedstawienie Żydów jako manipulantów i kłamców, którzy wykorzystują status ofiary dla współczucia, władzy lub politycznych korzyści.

Zaprzeczanie jako wojna ideologiczna

Dziś coś niepokojąco podobnego dzieje się wokół wydarzeń z 7 października, szczególnie w odniesieniu do zbrodni seksualnych popełnionych przez Hamas na izraelskich kobietach, mężczyznach i dzieciach.

Nowy, obszerny raport Civil Commission, kierowanej przez niezrównaną dr Cochav Elkayam-Levy, przedstawia to, co CNN określiło jako „najbardziej kompleksowy jak dotąd zbiór dowodów” dokumentujących systematyczną przemoc seksualną podczas i po ludobójczym ataku z 7 października. Raport opiera się na zeznaniach ocalałych, uwolnionych zakładników, świadków, dowodach kryminalistycznych, relacjach terapeutów, ekspertów medycznych oraz ratowników. Jego wniosek jest jednoznaczny: Hamas i powiązani z nim terroryści wykorzystywali przemoc seksualną jako celową broń wojenną, mającą zmaksymalizować ból, upokorzenie i terror.


Szczegóły są przerażające. Kobiety były gwałcone obok ciał zamordowanych krewnych i przyjaciół. Ofiary znajdowano częściowo rozebrane, okaleczone, przywiązane do drzew i słupów, postrzelone w genitalia lub zamordowane po dokonanym gwałcie. Świadkowie opisywali gwałty zbiorowe podczas festiwalu Nova. Byli zakładnicy mówili o wykorzystywaniu seksualnym, przymusowym obnażaniu, groźbach przymusowego małżeństwa oraz długotrwałym seksualnym poniżaniu w niewoli.

Terroryści Hamasu oraz wielu palestyńskich sprawców dokumentowali swoje zbrodnie z odrażającą szczegółowością. Zabójstwa, porwania, tortury, upokorzenia i przemoc seksualna były filmowane, fotografowane, celebrowane i rozpowszechniane w internecie przez samych sprawców. W niektórych przypadkach okrucieństwa transmitowano za pośrednictwem telefonów i kont w mediach społecznościowych należących do ofiar. W przeciwieństwie do nazistów Hamas nie ukrywał swojej przemocy – nagłaśniał ją i gloryfikował.

A jednak zaprzeczanie trwa.

Niemal natychmiast po 7 października, zanim ciała ofiar zdążyły ostygnąć, media społecznościowe zapełniły się twierdzeniami, że doniesienia o gwałtach to „izraelska propaganda”. Aktywiści i komentatorzy utrzymywali, że „nie ma żadnych dowodów”. Inni twierdzili, że Izraelczycy sfabrykowali te oskarżenia, aby usprawiedliwić wojnę. Część domagała się niemożliwych do spełnienia standardów dowodowych, które niemal nigdzie indziej na świecie nie są wymagane w przypadku przestępstw seksualnych. Nawet dziś, gdy przybywa świadectw i pojawiają się kolejne dowody, negacjonizm pozostaje głęboko zakorzeniony w części środowisk aktywistycznych, akademickich i medialnych.

Dzieje się tak dlatego, że – podobnie jak w przypadku negowania Holokaustu – nie chodzi o dowody. Negowanie Holokaustu pojawiło się mimo przytłaczającej ilości materiału dowodowego, ponieważ samo zaprzeczanie służyło określonemu celowi. Chroniło moralny wizerunek sprawców, jednocześnie przekształcając Żydów z ofiar w oszustów. Negacjonista nie odrzuca jedynie faktów. Odrzuca samą możliwość żydowskiego cierpienia. Ten sam mechanizm widoczny jest również dzisiaj.

Gdy żydowskie cierpienie staje się niewygodne

Dla wielu osób przywiązanych do wizji świata, w której Izrael uosabia absolutne zło, a Palestyńczycy są wyłącznie ofiarami, uznanie zbrodni seksualnych z 7 października rodzi poważny dysonans. Nie można dopuścić, aby żydowskie kobiety były postrzegane jako ofiary, ponieważ ich doświadczenie komplikuje tę narrację. Izraelskie cierpienie staje się ideologicznie nie do zaakceptowania. Dlatego musi być kwestionowane, zaciemniane, umniejszane lub całkowicie wymazywane. Właśnie dlatego tak wiele przejawów negowania wydarzeń z 7 października koncentruje się właśnie na zbrodniach seksualnych.

Przemoc seksualna ma we współczesnym społeczeństwie szczególny ciężar moralny. Uznanie, że terroryści Hamasu i ich współsprawcy dopuścili się powszechnych i systematycznych gwałtów, okaleczeń oraz seksualnych tortur, zmusiłoby wielu aktywistów do zmierzenia się z rzeczywistością: osoby i ruchy, które wychwalali, romantyzowali, usprawiedliwiali lub wybielali, dopuściły się aktów wyjątkowego okrucieństwa.

Powinniśmy również dostrzec głęboko antyżydowski charakter tego zjawiska. Żydzi w wyjątkowy sposób spotykają się z podejrzliwością kiedy prezentują dowody popełnionych wobec nich zbrodni, kiedy ich prześladowanie zostało znormalizowane w życiu politycznym i kulturalnym. Nieufność wobec żydowskich świadectw zakorzeniła się tak głęboko, że wiele osób nie rozpoznaje już jej jako uprzedzenia.

Zbrodnia trwa poprzez wymazywanie

Tragedią są nie tylko same zbrodnie, lecz także to, co ich negowanie mówi o świecie, w którym żyją Żydzi. Po Holokauście wielu wierzyło, że ludzkość wyciągnęła z niego lekcję: że istnieje moralny obowiązek wysłuchania ofiar, uczciwego dokumentowania zbrodni oraz dopilnowania, by ludobójcza przemoc nigdy więcej nie została wymazana przez propagandę i negacjonizm. Tymczasem już w ciągu kilku godzin od 7 października ta obietnica zaczęła rozpadać się na naszych oczach.

Historia negowania Holokaustu powinna była nauczyć nas, że same dowody nigdy nie wystarczą w starciu z nienawiścią motywowaną ideologicznie. Nigdy nie będzie dość nagrań, dość świadectw, dość świadków, dość dowodów kryminalistycznych ani dość raportów dla tych, którzy już wcześniej postanowili, że żydowskie cierpienie się nie liczy.

Na tym właśnie polega rzeczywiste podobieństwo między negowaniem Holokaustu a negowaniem wydarzeń z 7 października. Oba zjawiska opierają się ostatecznie na tym samym założeniu: że Żydzi są wyjątkowo niewiarygodni, że ich cierpienie budzi szczególną podejrzliwość i że nie zasługują na moralne współczucie.

Ostatecznie, gdy te zbrodnie są negowane, umniejszane, relatywizowane lub wymazywane, ofiary doznają krzywdy po raz drugi. Zamordowanym odbiera się nie tylko życie, lecz także prawdę o tym, co im uczyniono. Zgłwałconym odbiera się nie tylko autonomię cielesną, ale również godność wynikającą z uznania ich cierpienia. Zaprzeczanie nigdy nie jest neutralne. Jest kontynuacją zbrodni poprzez wymazywanie.

Dlatego tak ogromne znaczenie ma mówienie wprost o wydarzeniach z 7 października, w tym o systematycznych zbrodniach seksualnych popełnionych wobec kobiet i dziewcząt. Nie możemy przywrócić życia zamordowanym. Nie możemy cofnąć okrucieństw, których doświadczyły ofiary. Możemy jednak odmówić pozostawienia ich w ciszy, zniekształceniu i zapomnieniu. Możemy dawać świadectwo. Możemy mówić jasno. I możemy dopilnować, aby ci, którzy cierpieli, nie zostali wymazani przez świat, któremu zbyt często trudno jest uznać żydowskie cierpienie.


Ben M. Freeman – Założyciel współczesnego ruchu Jewish Pride. Autor książek Jewish Pride: Rebuilding a People (2021), Reclaiming Our Story: The Pursuit of Jewish Pride (2022) oraz The Jews: An Indigenous People (2025). Jego działalność koncentruje się na edukowaniu, inspirowaniu i wzmacnianiu żydowskiej tożsamości oraz na badaniu historycznej i współczesnej nienawiści wobec Żydów. Przez ponad piętnaście lat zajmuje się badaniami nad Holokaustem. Zyskał rozgłos podczas kryzysu związanego z antyżydowskimi postawami w Partii Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna w Wielkiej Brytanii i szybko stał się jednym z czołowych przedstawicieli swojego pokolenia w walce z nienawiścią wobec Żydów.

Link do oryginału: https://honestreporting.com/why-they-deny-the-crimes-of-october-7/?utm_source=substack&utm_medium=email

Honest Reporting, 12 maja 2026


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Trump is a puzzle, but he’s standing firm on Iran and the Saudis


Trump is a puzzle, but he’s standing firm on Iran and the Saudis

Jonathan S. Tobin


The president’s refusal to appease Tehran, along with his insistence that Riyadh recognize Israel if it wants a nuclear program, are potential political liabilities. But both stands are right.


U.S. President Donald Trump departs the Ellipse on Marine One in Washington, D.C., en route the U.S. Army War College in Carlisle, Pa., July 15, 2026. Credit: White House intern Austin DeSisto/White House.

As a man who has always prided himself on his unpredictability, President Donald Trump has achieved at least one goal in the Middle East of late. Few, if any, among his supporters or detractors (and perhaps not even the president himself) know exactly what he’s going to do next. As he zig-zags his way through the ongoing war with Iran while navigating the sometimes fractious relations with America’s main allies in the region—Israel and Saudi Arabia—he is, if nothing else, keeping friends and foes guessing.

But while it’s difficult to be sure where this is all heading, even his critics should concede that, for all of his erratic public statements and course shifts over the past few months, for the time being, Trump isn’t taking the expedient or even popular path with respect to the war. For the moment, he’s actually doing the right thing.

An unpopular war

That’s not the way most members of Congress see it. Democrats are united against his policies and the war. Republicans fear that the fallout from the conflagration is going to hurt them in the fall midterm elections; in fact, they are starting to worry about that more than being in Trump’s bad graces, with some even crossing the aisle to make their stance known.

The president’s declining poll ratings also demonstrate the war’s unpopularity, which has kept gas prices high for the past five months.

At the same time, the Iranians remain committed to their drive to achieve a nuclear weapon, and buoyed by opposition to the renewed war against them, rejected a U.S. ceasefire offer this week.

Meanwhile, the Saudis, who seem to be of two minds about the conflict, think that Trump double-crossed them. They’re angry because he first signed an accord that could let them enrich nuclear fuel. Then, only a day later, he said the deal was contingent on them joining the Abraham Accords and formally recognizing Israel.

For those who claim that Trump is an unprincipled cynic, his stand on both Iran and the Saudis makes no sense. After all, if doing the popular thing was his priority, he would have ended the conflict with Iran. An attempt by some in Congress to pass a war powers resolution that would hamstring the administration’s ability to carry on the fight has, to date, failed. It’s a reflection of the general lack of enthusiasm for a war the president struggles to explain clearly as much as it is about anti-Trump partisanship.

If he wanted to shore up America’s standing with a major ally in the Middle East that is also one of the world’s leading oil producers, then he might not have thrown a monkey-wrench into the nuclear agreement with Riyadh.

But Trump, who realizes that the final two years of his term in office could be turned into a nightmare if the Democrats win the midterms, chose not to do either of those things.

The war against Iran continues with no letup in sight. U.S. forces have been pounding Iranian targets for the last two weeks. Meanwhile, Tehran’s leaders continue to menace shipping in the Strait of Hormuz. They also continue to strike at America’s Arab friends in the region, including Jordan, Iraq, Kuwait, Bahrain, the United Arab Emirates and Oman, while conspicuously not targeting the two most powerful countries allied with Washington: Israel and Saudi Arabia.

Taking him seriously, not literally

Undeniably, Trump’s statements on the war have been all over the place.

One day, he’s predicting that Iran will soon come to its senses and make a deal with him over its nuclear project and perhaps other outstanding issues that he can accept. Only a few days later, he’s declaring that the deal the United States struck with them in June is “over”—and that the regime’s leaders are “scum” or “sick people being led by sick individuals” and that “negotiations are a waste of time” with them. That’s after having said only a month ago that the same bunch was a group of “very rational people.”

Part of the problem is that Trump watchers, especially in the media and among his political opponents, keep forgetting the basic insight about him that journalist Salena Zito famously wrote in 2016 and which remains true today: “The press takes him literally, but not seriously; his supporters take him seriously, but not literally.”

The point isn’t that he engages in hyperbole, as well as pays little attention to whether his statements are measured or entirely accurate. His threats, like his praise, are merely talking points and negotiating tactics.

Sometimes, that’s deeply unfortunate. His comments earlier this year that encouraged the Iranian people to revolt against their corrupt Islamist tyrants, saying “help was on the way” when it was not, were a tragic mistake. The result was that tens of thousands of protesters were slaughtered by a regime still in place.

Rejecting appeasement

But for all of his inconsistency, Trump still gets the big picture on Iran right.

He ended the joint Israeli military campaign against Iran in April with a ceasefire out of impatience with Tehran’s resilience, despite overwhelming losses, mainly because the hike in gas prices was a blow to the GOP’s hopes of holding onto Congress this fall. And he sent Vice President JD Vance, along with foreign-policy envoy Steve Witkoff and presidential adviser/son-in-law Jared Kushner, to Switzerland to negotiate a pact to end the war while allowing him to claim that he had also ended the Iranian nuclear threat.

Predictably, this exercise in essentially repeating past administration’s mistakes failed. The notion, put forward by Vance—that ending the war was a priority and that the United States could trust the Islamists to keep their word on nuclear issues—was soon exposed as a colossal blunder. Iran had no more intention of giving up its nuclear ambitions than it had of ceasing its role as the world’s leading state sponsor of terrorism, locked in a generational war against the West.

Trump could have accepted this humiliation. Indeed, all the experts urged him to do so because they argued that Iran could not be defeated. It was, they said, a struggle in which America’s refusal to accept any economic pain or even minimal casualties was matched against Tehran’s capacity to continually escalate the conflict and tolerate almost unlimited destruction. That’s something, establishment voices say, that makes them invincible.

But so far, Trump isn’t buying it.

He gave the Iranians a chance to make a deal that was extremely favorable to them. Had they abided by the Memorandum of Understanding negotiated by Vance, it would have been a triumph for the regime and a defeat for the United States. But, like former Presidents Barack Obama and Joe Biden, Vance learned that the Islamists don’t want a favorable settlement. They will never give up their quest for regional hegemony or their mission of spreading their brand of fanatical Islam across the globe. The difference between this administration and its predecessors is that the man in the Oval Office isn’t willing to accept that kind of humiliation.

While he may be deeply frustrated with the failure of the military campaign to bring the regime to its knees as quickly as he would like, he is equally determined not to give up and let a terrorist regime have its way.

Trump entered politics primarily as a critic of the failed “forever” wars in Afghanistan and Iraq. Although he is sensitive to critics who claim that he’s repeating the mistakes made by former President George W. Bush in those two unwinnable conflicts, he understands that while the United States might have been able to walk away, albeit disgracefully, from those battles, Iran is a different story.

The Islamic Republic has been at war with the United States since the Islamist regime seized power in 1979. It is responsible for killing hundreds of Americans and launching wars that caused the deaths of exponentially more people around the region, including the one that followed the Hamas-led Palestinian Arab assault in southern Israel on Oct. 7, 2023. Its nuclear ambitions are a direct threat to the United States as well as other countries in the Middle East.

Contrary to the arguments of those who claim that Washington can simply walk away from this problem—whether articulated by liberal pundits who hate Trump and are allergic to the exercise of U.S. power or antisemitic conspiracy-mongers like former Fox News host Tucker Carlson, who have become Islamist cheerleaders—this is a conflict where the defense of U.S. interests requires the defeat of America’s antagonist. Far from an illegal or immoral foreign adventure, it is a just war that needs to be fought to a successful conclusion.

Kicking the can down the road for a successor to deal with a dilemma that will almost certainly be harder to solve might lower fuel costs for now, as well as preclude any further casualties and bad press. But it would also be irresponsible and dangerous.

Ultimately, Trump may not stay the course on Iran. But for the moment, he is acting, if not always speaking, as if he knows that he must not let the Islamists triumph. The fighting will have to keep going until there is a government in Tehran that will accept American terms and be forced to abide by them.

It’s also true that Trump may have already concluded that his administration’s worries about the midterms won’t be fixed by letting the Iranians win. Whatever political capital he expended on the issue is, at this point, spilt milk and cannot be retrieved by adopting appeasement. Having lost a war to terrorists will be worse for the Republicans in November than to still be fighting one that is far from popular.

Standing his ground on Iran will be a better position for him and the GOP than waving the white flag. And in doing so, he will actually be rising to his responsibility of defending his nation and the West.

Saudi nuclear deal

The same is true for his reversal on the deal with the Saudis.

The Saudi monarchy was initially quietly in favor of the U.S.-Israeli war on Iran, which poses as great a threat to Riyadh as it does to Jerusalem. But it got cold feet once the Gulf states began to be hit by Iran, coupled with attacks on shipping that disrupted the oil trade.

Their interest in a nuclear deterrent to Iran—and approving the start of a nuclear project for the Saudis has no other purpose other than that—may be understandable. In a world where the United States punts on stopping the Iranian nuclear threat, this might seem rational. But save for Vance’s neo-isolationist rants, it has never been something Trump accepted as an option.

In contrast to Obama and Biden, Trump has rightly sought to maintain close relations with a nation that is—its flaws as an Islamist autocracy notwithstanding—key to keeping Iran in check and a Middle East that is friendly to the West. But giving it a pathway to nuclear weapons (safeguards in the proposed agreement with the United States notwithstanding) is frankly insane. There is always the possibility that the current leadership embodied by Crown Prince Mohammed bin Salman (MBS), who wants to modernize if not democratize his country, might be toppled by his radical foes. It is equally true that even under its current conservative leaders, the Saudis ought not to be trusted with the ultimate weapon.

Many in Israel and in the United States believe that it is only a matter of time before the Saudis join the Abraham Accords. But that sort of optimism, which was widespread after the normalization agreement was crafted in 2020, is almost certainly wrong.

The Saudis may have a relatively friendly relationship with Israel. They are tacit allies with it against Iran and open to the economic benefits of commerce with the Jewish state. But MBS and other Saudi leaders don’t need to extend themselves much further than that and rock the regional boat; they feel their current relationship with Israel is just fine.

Moving to full recognition and the exchange of embassies will bring them more problems than benefits. The core identity of the Saudi regime is inextricably linked to the Wahhabi sect of Islam, and its status as the guardian of the Muslim holy places in Mecca and Medina. That’s an insuperable obstacle to normalization. Moreover, their enthusiasm for closer ties with Jerusalem rises and falls in direct relation to the threat level from Tehran, which, as long as Washington is dedicated to ending the nuclear peril, is low.

By demanding normalization, Trump is essentially spiking the nuclear deal with the Saudis. Like the MoU with Iran, the pact with Iran was always a terrible idea. While there is clearly a faction inside the administration that, motivated by neo-isolationist sentiment, wants to retreat from the Middle East and likely pushed for this fiasco, Trump knew better.

Again, there is a political cost to this decision.

It is entirely possible that alienating Riyadh could contribute, either directly or indirectly, to oil-supply decisions that could contribute to rising prices—political poison for Trump. But to his credit, again he did the right thing after flirting with an unforced error that would have been a potential disaster.

Big picture decisions

Trump’s Middle East policies continue to be a mix of keen insight and puzzling decision-making. For example, his closeness with Turkey’s leader Recep Tayyip Erdoğan has led to mistaken policies with respect to the Kurds and Syria that are undermining the struggle against Iran and its terrorist auxiliaries.

And his on-again, off-again bromance with Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu is deeply frustrating for friends of the Jewish state and those who understand the stakes involved in nurturing the alliance between the two nations. Going back and forth from rightly praising Israel for fighting side by side with America against common foes—and then, inappropriately, using the prime minister as a scapegoat for the lack of immediate success against Iran—only encourages the war’s critics, and antisemites on the right and the left.

When looking at the big-picture decisions the president is making, the errors aren’t as serious as his determination to keep fighting against Iran and not to let the Saudis go nuclear, despite the potential political costs. Focusing on his inconsistent day-to-day statements on the war only adds to the confusion. But so long as he is standing his ground on Iran and protecting U.S. interests rather than doing the politically expedient thing, Trump deserves far more praise than criticism.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com