Archive | 2014/09/10

Widziane żydowskimi oczami

Widziane żydowskimi oczami

Chaim Icel Goldstein

Chaim Icel Goldstein  Fot. Ośrodek Karta

Chaim Icel Goldstein Fot. Ośrodek Karta

Ten z karabinem zaczął iść w naszym kierunku spokojnie, jakby zastrzelił ptaka czy królika, a kiedy nas mijał, zasalutował porucznikowi i z uśmiechem, jakby mimochodem, rzucił: “Psiakrew, to był Żyd”, i poszedł dalej. Porucznik spojrzał na mnie i powiedział, jakby się usprawiedliwiając: “Nic nie mogę zrobić, on nie jest z mojego oddziału”.

W czasie bezsennych godzin, gdy leżałem na ziemi w ciemnym bunkrze, w pamięci pojawiały się wydarzenia z niedawno minionych tygodni, kiedy to setki Żydów przywiezionych do Warszawy z obozów, a także wielu innych, którzy wyszli z ukrycia, rzuciło się do walki natychmiast po wybuchu powstania. Było to w pierwszych dniach powstania. Cały dzień razem z innymi byliśmy na ulicach, budowaliśmy barykady i dzielnie broniliśmy się przed Niemcami. Walczyliśmy nie gorzej od innych mimo skrajnego wymęczenia latami poniewierki.

Wieczorem, była może jedenasta, leżeliśmy na jakimś podwórku przy ulicy Mławskiej [pierwotnie ulica ta znajdowała się na Nowym Mieście, dziś tę nazwę nosi ulica w prawobrzeżnej dzielnicy Białołęka]. Było tam wielu Żydów oczekujących na przydzielenie do punktów powstańczych. Zmęczeni całodziennym budowaniem barykad drzemaliśmy. Nagle zjawił się dowódca. Nie pamiętam, jaki miał stopień. Wszystkich obudzono. Powiedział: “Potrzebuję dwunastu ludzi do bardzo trudnej misji – chodzi o ochotników”. Wstało dwunastu Żydów. Tak, dwunastu Żydów. Byłem wśród nich.

Cicho wyszliśmy z podwórza, a potem pod ścianami, przez zaułki, których nazw nie znaliśmy, szliśmy za dowódcą. Zorientowaliśmy się, że idziemy w kierunku Wisły. Kilka razy zostaliśmy ostrzelani przez Niemców. Kiedy przybyliśmy na miejsce, była już późna noc. Dowódca ustawił nas na rogu jakiejś ulicy. Z daleka widać było pusty plac, który prowadził do Wisły. Były przygotowane łopaty, rydle i inne narzędzia, obok stały dwa ciężkie karabiny maszynowe.

– W tym miejscu – mówił dowódca – pod ulicą prowadzącą do placu trzeba wykopać okop zamaskowany z góry barykadą. Dwóch z karabinami maszynowymi niech się ustawi po obu stronach ulicy, a pozostała dziesiątka niech weźmie się do kopania. Niedaleko są Niemcy, którzy mogą was ostrzelać lub podejść i zaatakować. Dlatego trzeba to robić cicho, ale też bardzo szybko. Musicie skończyć przed świtem.

Dziesięciu Żydów resztką sił złapało za rydle i łopaty i zaczęło wyrywać kawały ziemi z takim impetem, że dowodzący Polak nie mógł się nadziwić, skąd tyle energii w wymęczonych ludziach, którzy dopiero co wyszli z obozów i gett. Nie była to siła fizyczna, lecz moralna, płynąca z ogromnej woli walki – każdy z nas od dawna marzył o takiej chwili.

Zanim nastał dzień, okop pod barykadą był gotów do przyjęcia powstańców, którzy mieli zaatakować Niemców przedostających się tędy na Stare Miasto. Kiedy z nastaniem świtu dowódca przyprowadził nas z powrotem na Mławską, do porucznika dowodzącego tym punktem powiedział: “Oni są bohaterami”, i odchodząc, każdemu z nas uścisnął dłoń. Zmęczeni padliśmy na ziemię pod ścianą i zasnęliśmy szczęśliwi jak dzieci…

Czytaj dalej tu: Widziane żydowskimi oczami


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

Zew krwi profesora Hirszfelda

Zew krwi profesora Hirszfelda

Beata Maciejewska 2014-09-08

Zew krwi profesora Hirszfelda

Zew krwi profesora Hirszfelda

Mężczyźni niesłusznie podejrzewani o ojcostwo znaleźli w nim wybawiciela – wszak to on jest współodkrywcą prawa dziedziczenia grup krwi, które pozwala wykluczyć rodzicielstwo. Walnie też przyczynił się do tego, że medycyna radzi sobie z konfliktem serologicznym mogącym doprowadzić do śmierci płodu.

Gdy w 1901 r. austriacki patolog i immunolog Karl Landsteiner odkrył istnienie grup krwi, 17-letni Ludwik Hirszfeld uczył się w gimnazjum humanistycznym w Łodzi i miał mgliste pojęcie, kim ma być w życiu. Bankierem jak jego przodkowie, którzy w końcu XVIII w. przybyli z Berlina do Warszawy? Taką drogę wybrał jego ojciec Stanisław, który w świecie finansów ponosił tak wielkie porażki, że w końcu utracił rodzinny majątek. Może mógł zostać chemikiem, działaczem społecznym i hojnym mecenasem nauki jak stryj Bolesław? Albo pisarzem i publicystą jak ciotka Melania? Działaczem politycznym?

W 1899 r., kiedy miał 15 lat, stryj Bolesław, współzałożyciel Ligi Polskiej, tajnej organizacji niepodległościowej, popełnił samobójstwo, a na jego pogrzebie na cmentarzu Powązkowskim doszło do manifestacji i interwencji carskiej policji. Jakiś czas później w lesie pod Łodzią Ludwik uczestniczył w zebraniu działaczy robotniczych, ale uznał, że te sprawy niespecjalnie go pociągają. W swoich młodzieńczych wierszach wyznawał, że z chęci walki zwycięskiej bogi go uniosły, za to dały mu ciężar – świadomość istnienia i że on nie ma po co walczyć, nie widzi w tym celu.

Po gimnazjum z uczuciem “wewnętrznego niezaspokojenia i pogardy dla form życia, które go otaczały” wyjechał na studia medyczne, najpierw do Würzburga, a potem do Berlina.

Do czego prowadzi rozmowa o kobietach

Nim skończył 21 lat, zdecydował, że zajmie się serologią i bakteriologią oraz ożeni się z Hanną Kasman, którą poznał na lekcjach tańca, będąc gimnazjalistą. Hanna również studiowała w Berlinie medycynę i pewnego październikowego popołudnia 1905 r. poszli do urzędu stanu cywilnego. Powiedzieli “tak”, jednak niesakramentalne, bo sakramentalne nastąpiło 14 lat później w kościele rzymskokatolickim – oboje się wcześniej ochrzcili.

Na utrzymanie i zwierzęta służące mężowi do doświadczeń Hanna zarabiała lekcjami francuskiego. Ludwika pochłaniała nauka, choć na wieść o rewolucji 1905 r. chciał wrócić do kraju i kupił sobie nawet broń. Ale wyjazd odkładał, bo przecież musiał skończyć doświadczenia w pracowni Zakładu Higieny. Rewolucja skończyła się pierwsza.

Dwa lata później 23-letni Hirszfeld obronił doktorat i wyjechał do Heidelbergu do uniwersyteckiego Instytutu Badania Raka. Pracę na oddziale parazytologii (zakładano wówczas, że nowotwory mogą wywoływać nieznane pasożyty) polegającą w dużym stopniu na krojeniu myszy, oglądaniu pod mikroskopem, jak ameby wypuszczają wici, oraz znoszeniu wyjątkowo antypatycznego i niezbyt zdolnego szefa przerwał przypadek. Hirszfeld poszedł coś załatwić do zakładu serologii i zastał tam tylko profesora Emila von Dungerna, arystokratę, który z woźnym rozmawiał tak samo jak z księciem, a z młodym doktorem jak z noblistą. Z tym wybitnym uczonym ucięli sobie pogawędkę o kobietach.

Spółka Hirszfeld & Dungern

40-letni Dungern nie umiał znaleźć sobie żony, a 20 lat młodszy i żonaty już Hirszfeld uważał się za eksperta w sprawach damsko-męskich. Zostali przyjaciółmi na całe życie, a o kobietach rozmawiali nieraz, co więcej, Hirszfeld znalazł Dungernowi żonę, wdowę po profesorze chemiku. Ale ważniejsze od tych rozmów stały się ich debaty naukowe: z czasem ci dwaj mieli wspólnie odkryć prawo dziedziczenia grup krwi.

Hirszfeld i Dungern prowadzili badania nad odpornością tkanek zdrowych w nadziei, że uda się je wykorzystać w walce z komórkami nowotworowymi, i zboczyli trochę z drogi. Mianowicie wstrzyknęli królicom miazgę jądra samców, licząc, że uodpornią je na plemniki i tym samym zapobiegną ciąży. Następnie pozwolili zwierzętom na igraszki, które – jak przypuszczali – nie przyniosą wiadomych konsekwencji.

Potem pojechali w góry do Tyrolu, rozprawiając o przewrocie, który to “odkrycie” wywoła, a może jeszcze uda im się doprowadzić do odkrycia odporności na raka. Kiedy po powrocie pobiegli prosto do królic, okazało się, że wszystkie były w ciąży. – Bez błędów i herezji nie ma postępów w nauce – powtarzał do końca życia Hirszfeld, a odnosząc się w autobiografii do eksperymentu z królicami, napisał, że warto było przeżyć tych kilka tygodni upojenia mirażem sukcesu.

Gdy przeczytali o eksperymencie polegającym na wstrzykiwaniu kozom krwi innych kóz, co u niektórych osobników powodowało wytwarzanie przeciwciał zlepiających krwinki, postanowili przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. Swój eksperyment przeprowadzili na psach. Stwierdziliśmy, że u psów istnieją określone rasy serologiczne, że cechy się dziedziczą, że nie mogą się pojawić u potomstwa, jeśli ich nie było u rodziców, chociaż mogą zniknąć – pisał Hirszfeld.

Króliki heidelberskie

Ale jak jest u ludzi? Sięgnęli do pracy austriackiego immunologa Karla Landsteinera, autora pionierskiej pracy o aglutynacji, czyli zlepianiu się krwinek, która przeszła prawie niezauważona. Królikami doświadczalnymi zostali heidelberscy profesorowie i pracownicy…..

Czytaj dalej tu: Zew krwi profesora Hirszfelda


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

“Sienkiewicz to klasyk polskiej ciemnoty i nieuctwa”

Sienkiewicz to klasyk polskiej ciemnoty i nieuctwa

Para prezydencka w Ogrodzie Saskim zainaugurowała akcję Narodowego Czytania

Para prezydencka w Ogrodzie Saskim zainaugurowała akcję Narodowego Czytania

Roman Pawłowski

Propagowanie czytelnictwa w kraju, w którym dwie trzecie obywateli w ubiegłym roku nie miało w ręku ani jednej książki, jest z pewnością słuszne, ale dlaczego musi być to od razu Sienkiewicz? – pisze w felietonie Roman Pawłowski

Z mieszanymi uczuciami czytałem relację z Ogrodu Saskiego, gdzie w miniony weekend para prezydencka zainaugurowała Narodowe Czytanie Trylogii. Propagowanie czytelnictwa w kraju, w którym dwie trzecie obywateli w ubiegłym roku nie miało w ręku ani jednej książki, jest z pewnością słuszne, ale dlaczego musi być to od razu Sienkiewicz? Pan prezydent Bronisław Komorowski z emfazą przekonywał podczas inauguracji, że Trylogia jest wyrazem “naszych narodowych tęsknot i marzeń, kroniką naszych militarnych oraz duchowych zwycięstw”. Że istnieje w zbiorowej pamięci “niczym mityczna historia o poszukiwaniu prawdy, o potrzebie duchowej przemiany, o poświęceniu i honorze”. Że pisana była “ku pokrzepieniu serc” i do dzisiaj serca te krzepi. Piękne komunały nie mogą jednak zasłonić szkodliwości dzieł tego “pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego”, jak autora “Potopu” nazywał Gombrowicz. To, czym Sienkiewicz pokrzepia, to nie jest bynajmniej wino z omszałego gąsiorka Zagłoby, ale bezkrytyczne uwielbienie przeszłości. To utożsamienie katolicyzmu z patriotyzmem i tożsamością narodową, ksenofobia i zaściankowość, mitomania i megalomania. To wreszcie stereotyp polskości oblężonej, która w każdym obcym upatruje wroga.

Nie czytajcie Sienkiewicza

Ta piekielna mieszanka, która miała Polakom przywrócić poczucie wartości w dobie zaborów, dzisiaj okazuje się jadem, zatruwającym życie publiczne i zbiorową wyobraźnię. Mentalny wąs naszych polityków, sarmackie postaw się, a zastaw się, skrajny indywidualizm, licytacja, kto jest Polakiem bardziej – to wszystko fatalne dziedzictwo popularnych powieści Sienkiewicza. Symptomy tej choroby możemy spotkać na każdym kroku: od pseudodworkowej architektury przez szaleńczą jazdę na polskich drogach po wojujący katolicyzm rodem z szańców Jasnej Góry. Dorzućmy do tego jeszcze podszyte uprzedzeniami opisy Kozaków, których nasz klasyk określa trzema słowami: tłuszcza, motłoch i czerń (ciekawie to brzmi w kontekście dzisiejszej miłości Polaków do Ukraińców) oraz pochwałę sadystycznego okrucieństwa, a zrozumiemy, dlaczego nie warto dzisiaj czytać Sienkiewicza. Doprawdy, nie wiem, co ma wspólnego z “mityczną historią o poszukiwaniu prawdy, o potrzebie duchowej przemiany, o poświęceniu i honorze” opowieść o pewnym rycerzu, który swego wroga nadział na pal, wyłupił oko, a następnie podpalił. Czy o innym herosie, którego życiową misją stało się ścięcie trzech tatarskich głów jednym pociągnięciem miecza.

Rację miał Stanisław Brzozowski, pisząc, że Sienkiewicz to klasyk polskiej ciemnoty i szlacheckiego nieuctwa. Wyciąganie go dzisiaj na czytelnicze sztandary to anachronizm. Już lepiej przeczytajmy w ramach ogólnopolskiej akcji “Grę o tron”. Krwi i przygód tyle samo, za to nie ma ani śladu narodowej megalomanii

Cały tekst: Sienkiewicz to klasyk…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com