CUPE Ontario President Fred Hahn. Photo: YouTube screenshot
The general vice president of Canada’s largest union said on Thursday that he will not resign despite demands from the union’s national executive board and a growing number of members that he step down for posting a video on Facebook in early August that has been widely viewed as antisemitic.
“Because I respect the democracy of our union, the choice of our members, I will be here to continue to fight side by side with all of you,” Fred Hahn said in a lengthy statement sent to members of the Canadian Union of Public Employees (CUPE), which has 750,000 members.
In a motion passed on Tuesday, CUPE’s national executive board said it “lost confidence” in Hahn’s ability to lead the union as general vice president after he shared a Facebook video on Aug. 11. The clip, which has since been deleted, showed a diver with a Star of David tattoo at the 2024 Olympic Games jumping off a diving board before turning into a bomb that exploded on civilians. The video ended with a message that said, “The athletes of the olympic team of Isreal [sic] has participated in the genocide of the Palestinians as they were a part of the IDF. Shame on them. Shame on the sports. Shame on the world.”
The CUPE leader apologized for his Facebook video on Aug. 18, but doubled down on his criticism of Israel and support for Palestinians in his statement on Thursday. He talked about being an “advocate for the cause of Palestine” and pointed out that he has been repeatedly targeted, “labeled antisemitic and vilified” for “expressing the views of our members in support for Palestine and against genocide.”
Hahn said although CUPE’s board wants him to resign, “because I respect the democracy of our union … the members should decide.” He said demands for his resignation have made him “so sad and so angry.”
“Trade unionists I have come to know and respect voted this week to overturn the democratic decisions of CUPE members,” he noted. “It is unprecedented in our union’s history and I’m worried countless CUPE members who are active in the Palestinian solidarity movement could be left more vulnerable and exposed by the precedent as they face similar situations as work.” He also rejected claims that he is antisemitic.
Hahn — who is the first openly gay labour leader in Ontario, according to the CUPE website — has been vocal about his anti-Israel stance in the past. A day after the Oct. 7 Hamas massacre in Israel, he applauded “the power of resistance” in a post on X/Twitter. He also retweeted a message that said, “Palestine is rising, long live the resistance.” Hahn, who has been a member of CUPE since 1991, has also supported Palestinian efforts to stop Canada from aiding Israel during the ongoing Hamas war.
CUPE’s National President Mark Hancock told the Toronto Star that because Hahn was elected to the national vice president position, the board cannot simply fire him.
“I have a [CUPE] constitution to live by and firing is … it’s not a job, per se, so it’s different,” Hancock explained. He said he thinks this is the first time the union has felt the need to push for the resignation of a senior leader. Hancock added that if Hahn will not resign on his own, “that’ll be new ground again for CUPE and me as a national president. I will review options available to me.”
Throughout the week, Hahn, who is also president of CUPE Ontario, has faced increased pressure to resign from a growing number of members of his union. The sector of CUPE that represents 10,000 Air Canada flight attendants called for his resignation as well as a local branch in Ontario that represents paramedics, EMS logistics and support staff members in the community of Windsor-Essex. A different CUPE Ontario branch representing more than 4,000 city of Hamilton employees said he also needs to step down as president of CUPE Ontario, a position he’s held since 2009.
“Being part of our union is about being part of a team, and Fred stopped being a team player a long time ago,” said CUPE’s Air Canda Component President Wesley Lesosky in a statement on Thursday. “His reckless comments last October put our members who have to travel to the Middle East as part of their flight duties in the crosshairs and he has never apologized for his role in jeopardizing their safety. Earlier this month he proved he hadn’t learned a thing when he reposted a racist and antisemitic video online. That is not leadership, and that is not what we expect of leaders in our union.”
“This is about whether we think it’s okay for our elected leaders to be sharing harmful views that violate CUPE’s Equality Statement online and repeatedly getting a pass for it,” Lesosky added. “The responsible thing for Fred to do was resign in October after his insensitive remarks that put his fellow CUPE members in harm’s way. The next best thing is for him to resign today.”
An increasing number of Canada-based Jewish groups are also calling on Hahn to resign, including the Center for Israel and Jewish Affairs (CIJA). The advocacy organization said in a statement on Thursday that CUPE needs to take action and “remove Fred Hahn from his position.”
“It is appalling but not surprising to see Fred Hahn once again put himself ahead of union members,” CIJA added. “Since Oct. 7, Hahn’s antisemitism and anti-Israel obsession has been made clear. His insincere apologies won’t cut it anymore. Jewish members, CUPE locals, and CUPE National have all called for his immediate resignation. Rather than cling to power, he should do the right thing.”
In November, the union’s Jewish members filed a complaint against CUPE at the Ontario Human Rights Tribunal for alleged discrimination and promotion of antisemitism, according to the Toronto Star. Kathryn Marshall, a lawyer representing CUPE workers in the complaint, told the publication that more union members have expressed interest in joining the case since Hahn posted the antisemitic Facebook video on Aug. 11.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Mahmoud Abbas, przywódca Autonomii Palestyńskiej, tak długo trzyma się władzy, że całe pokolenie Palestyńczyków i Izraelczyków dorastało, nie znając żadnego innego przywódcy na tym stanowisku. Wybrany po raz pierwszy w 2005 r., miał pełnić czteroletnią kadencję do 2009 r. Abbas jednak nie był gotowy odejść, więc przedłużył swoją kadencję o kolejny rok. Piętnaście lat później nadal tam jest — i nadal podsyca przekonanie, że kiedy w końcu opuści urząd, wyniosą go nogami do przodu.
W miarę jak uparcie trwała jego nieograniczona kadencja jako prezydenta, ten 88-latek stawał się coraz bardziej nieistotny zarówno w kwestiach dyplomatycznych, jak i militarnych. Izrael przyjął wobec niego podejście „lepszy ten diabeł, którego znasz”, argumentując, że gerontokratyczny przywódca OWP o dyktatorskich zapędach jest rozsądniejszą opcją niż ponowne przejęcie części Zachodniego Brzegu będącej pod kontrolą AP lub umożliwienie pojawienia się bardziej radykalnego przywódcy. Świat zewnętrzny, w szczególności Unia Europejska, myślał w podobnych kategoriach, kontynuując finansowanie notorycznie skorumpowanej AP — w przypadku UE prawie 1,5 miliarda dolarów w ciągu ostatnich trzech lat — i traktując ją jako państwo w budowie.
Jednak ze swojego wysokiego miejsca w Ramallah Abbas nie zapewnił Izraelczykom gwarancji bezpieczeństwa. Nie zapewnił żadnego dobrobytu Palestyńczykom na Zachodnim Brzegu, gdzie ponad 30% siły roboczej jest bezrobotnych. Nie udało mu się osiągnąć żadnej jedności z Hamasem, swoim zaciekłym rywalem islamistycznym, ani powstrzymać pragnienia Hamasu i sprzymierzonych grup, by zadawać Izraelczykom potworne okrucieństwa, co pokazuje pogrom 7 października w południowym Izraelu. Co najważniejsze, Abbas jest znienawidzony przez zdecydowaną większość Palestyńczyków. Według najnowszego sondażu przeprowadzonego przez Palestyńskie Centrum Polityki i Badań Ankietowych z siedzibą w Ramallah, 85% respondentów jest niezadowolonych z jego wyników, a 90% chce, by odszedł.
Abbas nigdy nie zwracał uwagi na opinię publiczną i nie zamierza tego teraz robić. Zdesperowany, by udowodnić, że Hamas nie wydaje wszystkich rozkazów, nadal podróżuje po świecie, przedstawiając się jako prawowity, wybrany przywódca Palestyny, a nie drobny tyran, który pozostał na stanowisku mimo sprzeciwów wyrażanych ze wszystkich stron. Podczas niektórych z tych zagranicznych wizyt Abbas wykazał lepiej niż którykolwiek z jego krytyków, dlaczego powinien wycofać się z polityki. Podczas podróży do Niemiec dwa lata temu, wygłosił niezwykłą tyradę, gdy dziennikarz zapytał go, czy przeprosi rodziny izraelskich sportowców olimpijskich zamordowanych przez palestyńskich terrorystów w Monachium 50 lat wcześniej, oskarżając Izraelczyków o dokonanie „50 holokaustów”. Takie porównania są szczególnie nie do przyjęcia w Niemczech, a to sprawiło, że gospodarz Abbasa, kanclerz Olaf Scholz, spąsowiał na ich wspólnej konferencji prasowej.
W ostatnim tygodniu Abbas znów był w trasie, ale tym razem odwiedzał kraje, w których prymitywne antysemickie analogie do Holokaustu nie spotykają się z potępieniem. Jego pierwszym przystankiem była Moskwa, miasto, które dobrze zna, ponieważ tam napisał swoją rozprawę doktorską, w której obarczał ruch syjonistyczny — a nie nazistów — odpowiedzialnością za Holokaust 6 milionów Żydów. Podczas spotkania z rosyjskim dyktatorem Władimirem Putinem, tuż po tym, jak ukraińskie wojsko rozpoczęło odważną i mile widzianą kontrofensywę w rosyjskim regionie kurskim, Abbas oświadczył, że Palestyńczycy stanęli po stronie Rosji „bez najmniejszych wątpliwości”. Rosja była „jednym z najdroższych przyjaciół narodu palestyńskiego” — powiedział Abbas, dodając: „Wierzymy w was, ufamy wam, czujemy wasze wsparcie”. Putin ze swojej strony zareagował ciepło, mówiąc swemu palestyńskiemu gościowi, że „robimy wszystko, aby wesprzeć Palestynę i naród palestyński” i podkreślając, bez cienia ironii w sytuacji, kiedy Rosja popełnia liczne zbrodnie wojenne przeciwko ludności ukraińskiej, że Moskwa jest przede wszystkim zaniepokojona „stratami wśród ludności cywilnej”.
Po ciepłych rozmowach z prezydentem Rosji Abbas udał się do stolicy Turcji, Ankary. Wizyta była nieco bardziej skomplikowana, ponieważ jego przybycie nastąpiło po sprzeczce z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem. Abbas odrzucił poprzednie zaproszenie do wystąpienia przed tureckim parlamentem, a jako powód podał powiązania Ankary z Hamasem, co skłoniło Erdogana do stwierdzenia ze złością, że przywódca Autonomii Palestyńskiej „jest nam winien przeprosiny”. Po załagodzeniu różnic Abbas wygłosił 15 sierpnia przemówienie przed tureckim parlamentem w sali, w której wszyscy obecni okryli się specjalnie zaprojektowanymi na tę okazję białymi szalikami z flagami Palestyny i Turcji.
Na prywatnym spotkaniu przed przemówieniem obaj przywódcy wydali płomienne potępienie „masakr popełnionych przez Izrael na terytoriach palestyńskich”, temat bardzo widoczny w uwagach Abbasa do tureckich parlamentarzystów. Centralnym punktem przemówienia było jego przyrzeczenie, że osobiście odwiedzi Gazę, zachęcając przywódców muzułmańskich do podróżowania tam razem z nim. „Postanowiłem pojechać do Gazy ze wszystkimi moimi braćmi w Palestynie” – powiedział Abbas wśród oklasków. „Pojadę, nawet jeśli ceną będzie moje życie. Moje życie, nasze życie, nie są cenniejsze niż życie jakiegokolwiek dziecka, które zginęło w Gazie”.
Wszystko bardzo szlachetne, choć Abbas nie podał daty swojej podróży. Co więcej, musiał być świadomy, że kilku członków parlamentu wymachiwało portretami jego rywala, Ismaila Hanijji, przywódcy Hamasu zabitego w Teheranie 31 lipca. Pod wieloma względami przemówienie było próbą Abbasa przypomnienia politykom w kraju, który przyjął Hamas i jego ludobójczy program, że AP również może być wystarczająco radykalna.
Kuszące jest odrzucenie tego wszystkiego jako pustego gadania, którego Abbas nie zamierza realizować. Ale takie postępowanie ignoruje fakt, że zarządzanie Gazą po zakończeniu wojny jest kluczową kwestią dla negocjatorów. Jeśli Hamasowi nie pozwoli się rządzić, a Izrael sprzeciwia się przywróceniu bezpośrednich rządów Hamasu w Gazie, to kto będzie rządził tym terytorium? Dla wielu Izraelczyków sugestia, że powinna to zrobić Autonomia Palestyńska (na podstawie tego, że choć jest zła, to nie jest Hamasem) nie jest zbyt przekonująca. Alternatywy dla Abbasa — takie jak terrorysta Fatahu, Marwan Barghouti, który obecnie odsiaduje karę dożywotniego więzienia w izraelskim więzieniu — również nie są zbyt atrakcyjne. Podczas swoich wypraw do Moskwy i Ankary Abbas jedynie wzmocnił przekaz, który miał nadzieję podważyć; mianowicie, że po stronie palestyńskiej nie ma wiarygodnych, godnych zaufania przywódców. To ból głowy dla wszystkich zainteresowanych, ale przede wszystkim dla Izraelczyków.
Ben Cohen autor cotygodniowych felietonów w JNS, publikował również w New York Post, The Wall Street Journal, Commentary, Haaretz i innych mediach.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Vice President Kamala Harris, former President Barack Obama, and U.S. President Joe Biden at the White House, April 5, 2022 Chip Somodevilla/Getty Image
Editor’s note: This blog will be continually updated throughout the convention, with new entries appearing first.
The Tablet news desk files daily dispatches from the convention.
.
Tuesday, Aug. 20
The Democrats’ Lean, Mean Messaging Machine
The most recent in-person Democratic National Convention took place in 2016, in a reality now almost totally alien to us. A battery of plagues, wars, and bitter national reckonings separated Monday morning from the last time the world’s most powerful political party had put its entire self on public display, risking an overly honest exposure of its innermost nature. As noon approached on the McCormick Place concourse, a trio of reporters, already stony with exhaustion, limply lowered their iPhones to the face of American Federation of Teachers President Randi Weingarten, who was saying nothing interesting of course but who at least represented a traditional core constituency of the national party. “In this reset moment she has come out courageously and passionately,” Weingarten riffed, without having to say who “she” is. A little farther down the same concourse, dressed in a black robe and a fabulous purple hijab, was another celebrity activist too recognizable to require a visible convention badge: The Bay Ridge firebrand Linda Sarsour, who was greeting admiring delegates from the “uncommitted” movement, a nationwide expression of discontent toward the Democratic presidential ticket’s excessively pro-Israel policies amid the fighting in Gaza.
The true self of the Democrats as expressed through the anthill of freshly arrived partisans at McCormick Place on Monday is somewhere well beyond ambivalence, as far as the Jewish state goes. Kaffiyehs with “Democrats for Palestinian Rights” printed on either end were as innocuous as those red “Donald Trump Is a Scab” shirts the United Auto Workers were all wearing. The uncommitteds’ “Not Another Bomb” buttons were rapidly subsumed into the wider convention panoply, taking their place alongside the “Remember January 6th” stickers and the “People Who Believe in Science for Harris” pins. The uncomitteds’ greatest stroke of genius was to produce attractive and plentiful beige “Democratic Majority for Palestine” T-shirts, which did not refer to any actually existing organization and were thus a bold guerrilla assault on the Democratic Majority for Israel, a high-spending PAC with no visible presence on Monday. It may well be a real organization before the end of the week.
“The only way the people we represent will rally around the nominee is if we believe they’ll work towards an end to the war in Gaza,” a youthful-looking 29-year-old named June Rose told me. Rose is the one uncommitted delegate from Rhode Island and the chief of staff of the city council in Providence, a skilled young Democrat in good standing in a place where 29% of primary voters chose “uncommitted.” As I prodded Rose, I discovered that “rally around” did not have the specific meaning of “vote for.” The uncommitteds were in fact committed to Kamala Harris, but only to a point. “We want to support her with enthusiasm,” Rose said of Harris. “And to do so we need to know she’ll save lives” and stop the U.S. government from “funding a massacre of children and families.”
Rose had stated the basic formula of anyone serious about politics. Uncommitted is backing the Democratic nominee for president but doing so through a carefully calibrated attitude of reluctance and expectation, meaning that they are holding out for more than they’re getting this week. But what they got was significant: On Monday, the movement hosted an official, DNC-sanctioned event at McCormick Place, a jam-packed panel discussion focused around the humanitarian situation in Gaza and a gathering executed with astounding political tact. The hand of the Harris campaign was obvious—as was the uncommitteds’ willingness to abide by the campaign’s apparent rules.
The panelists, which included Minnesota Attorney General Keith Ellison, longtime Democratic party activist James Zogby, former Congressman Andy Levin, two Palestinian American women active in Democratic politics, and a pediatric surgeon who had worked in Gaza this past March treated Iran and Hamas as if they didn’t exist and decried Benjamin Netanyahu’s fascism without so much as saying Yahya Sinwar’s name—only Ellison made any mention of the Oct. 7 attack. But the panelists also never talked about BDS, made only passing references to a one-state solution, and did not praise Palestinian militancy or treat America as inherently evil. Most of the panel wept when the doctor, Tanya Haj-Hassan, described watching children die at overwhelmed Gazan hospitals. Hala Hijazi, the California-raised child of Gazan parents, and someone who has lost scores of relatives during the war, emphasized her own patriotism, recalling that she had given a speech before a citizenship ceremony and knocked on doors for Barbara Boxer and Dianne Feinstein. “I know everyone is struggling, but the vice president is working very hard,” Hijazi said. “We have to hold her accountable, but we also have to give her a chance.”
“She can say things that don’t betray the president,” instructed Andy Levin. “She can say we’ll follow U.S. and international law.” A packed ballroom erupted in cheers.
At the very moment a pro-Palestine rally in Union Park fizzled into a sad carnival of Hoxhaists and other angry weirdos, the people who want to reorient American policy toward the future nonexistence of the Jewish state had made real progress through normative procedural means. The uncommitteds had organized a national movement within the country’s leading political party, established a measurable degree of intraparty leverage during an election season, made limited concessions to potential allies in the party hierarchy, pragmatically moderated their message, traded away their leverage for things that would actually advance their issue set, and then held out for more. They recognized that the Democratic Party wants this process to happen, even if it’s for cynical reasons of internal contradiction-management and even if it’s a long way off from an official full turn against Israel.
“We can call it what it is, it’s genocide,” Zogby alleged of Israel’s campaign in Gaza, “but what’s historic here is that we have an officially sanctioned panel to talk about it.” Zogby lauded “The message the Harris campaign is sending by saying we wanna talk about it, and we wanna hear you talk about it. … Thank you to the campaign for sponsoring this. Thank you for listening to us.”
The protests on the streets and parks of Chicago this week are inevitably minor episodes, but actual history might have been made at McCormick Place on Monday—and made within the structure and under the auspices of the Democratic Party itself.
What is the meaning of the strange and truncated presidency of Joe Biden, and does the man himself even know? “President Biden addresses the DNC, reflects on his legacy” read a USA Today headline that popped up on Apple News toward the tail end of the president’s lengthy headlining convention speech on Monday night, which began well into the 11 p.m. hour on the East Coast, outside of prime time. But this wasn’t true—Biden, who is less given to poetic flights of interiority than any of his recent predecessors in the White House, hadn’t plumbed any previously hidden inner depths across a half-hour of slurred and halting oratory. He’d listed his achievements, played the hits: Charlottesville, Wall Street didn’t build America, our best days are before us, etc., etc. A half-hour earlier he’d weakly gripped his daughter Ashley’s arm and mugged in front of a perfunctory dull roar from an already-thinning crowd, a welcome marked by its length and monotony—the delegates had launched into open frenzy for Hillary Clinton earlier in the night, but it was getting late, both for the Democratic faithful and for Biden himself, who never once articulated some larger theme or meaning to his unlikely four years in possession of ultimate earthly power.
Onstage, Biden looked and sounded less like the president than Kamala Harris had during her surprise appearance over two hours earlier. From within the convention hall, I could sense a growing collective panic about how long the shuttle bus lines back to the hotels were likely to be. Those who stuck it out till the end got to see Hunter among the Bidens who joined the president onstage for his curtain call, another one of the night’s little reminders of the unanswered and unanswerable questions about who’s been running the government lately.
Of course, the lack of a compelling or believable first-person master narrative was always part of Biden’s appeal: He presents as a problem solver and a pragmatist, someone dedicated to improving the country without threatening the deepest values and interests of the people who disagree with him. Less generously, he is a conflict-averse power seeker whose true political talent is an ability to detect where the party is going and to cloak any cynicism behind a folksy, ice-cream loving exterior.
Within that rubric, it was possible to read moments of candid self-assessment into his speech. “We saved Democracy in 2020, now we must save it again in 2024,” he warned. So it turns out democracy’s survival had not become a settled issue on Biden’s watch. He had not snuffed out the Trumpist plot against our way of life—or perhaps he’d failed to sufficiently convince Americans of the existence of the threat or of the appeal of democracy as he understands it. Biden would not get another chance at either coercion or persuasion, though he provided no explanation, other than a single self-deprecating reference to his age, for why he had decided to drop out of the race.
There was no sense in the convention hall or from the night’s other speakers that the departure of this man from the heights of national leadership was any kind of a tragedy, and his speech was notable for never reaching any even vaguely lyrical register of open regret. The closest he got was during an ad lib about the Gaza war. “Those protesters out in the streets, they have a point,” Biden said, referring to the Hoxhaists and cultists who had gathered to accuse Biden himself of committing genocide. “Too many innocent people are dying on both sides.”
Biden spoke for half an hour, but he did not tout his record of sending arms, experts, and American warships to Israel in the days after the Oct. 7 massacre, and never recalled his visit of solidarity to the reeling country in the week after the attack. Perhaps such things can’t be touted as achievements at a Democratic National Convention anymore. What does seem true is that Biden’s real political talent as revealed over the past half-century is that he always knows where the party is going.
Armin Rosen
Monday, Aug. 19
Squandering the Revolution
“This is a precious opportunity that must not be missed—a rare chance to make revolution—which must not be squandered (wasted, thrown away) but must be actively seized by everyone who hungers for a radically different and emancipating world.” So I read in REVOLUTION 66, a dispatch by Bob Avakian collected in “The Increasing Craziness, The Intensifying Situation and the Possibility of REVOLUTION,” a pamphlet handed to me by a member of the Revolutionary Communist Party, USA as I entered Chicago’s Union Park late Monday morning for the March on the DNC Rally. After a few hours, I couldn’t help but conclude that despite Mr. Avakian’s warnings, the revolutionary situation was indeed being squandered (wasted, thrown away).
The March on the DNC, organized by the Freedom Road Socialist Organization (FRSO) and the U.S. Palestinian Community Network (USPCN)—both of them connected to the Popular Front for the Liberation of Palestine, a U.S.-designated terror group—had been billed as the culmination of 10 months of radical protests against Israel’s war in Gaza. The march’s “coalition” included an eye-popping number of groups, ranging from hard-left stalwarts like the CCP-adjacent ANSWER Coalition and CODEPINK to groups that sounded like they were made up on the spot, like Skaters in Solidarity (motto: “recreation is a privilege born of resistance”). Organizers predicted that 40,000 might show up to vent their anger at “genocide Joe,” “killer Kamala,” and “baby killer Blinken.” But that was before Joe Biden was deep-sixed by the party inner circle so that Kamala could usher in a new era of Joy.
At the rally itself, USPCN executive director Hatem Abudayyeh hopefully proclaimed that 15,000 people had showed up, an estimate that was clearly off by a factor of 10. I overhead several attendees estimate the crowd size at between 1,000 and 3,000, which tracked with my own guess work. Whatever the real number was, it was small, with the crowd filling less than a fifth of the modest-size park, where hundreds of unused, preprinted signs littered the grass.
The attendees that did show up were almost invariably members of one or another radical microsect that exist outside the broad penumbra of party and foundation-sponsored and payrolled activists: Maoists, Trotskyists, The New Afrikan Black Panther Party, pro-Cuban groups, Puerto Rican independistas, Korean Juche apologists carrying banners demanding an end to “the War in Korea.” It was a diverse affair, but skewed toward the demographics of the dwindling white left. On the one hand, there were the aging militants who looked like they’d been to hundreds of these things, and who loudly kvetched that the sun was too hot and the speeches were too long. On the other hand were the Zoomer radicals looking exactly like they do in right-wing Twitter feeds: pasty, pear-shaped, Dada-punk hairstyles dyed strange colors, the vast majority of them in well-fitted N95 masks.
I chatted with one young man with peroxide blond hair who was holding an unfamiliar (to me) communist banner. He explained that it was a “Stalinist-Hoxhaist” flag, after Enver Hoxha, the lunatic leader of communist Albania. I asked why he was a Hoxhaist, of all things. He said he was still completing his political education, and asked that I direct further questions to his comrade, who was dressed like Strelnikov in Doctor Zhivago. When I persisted, he explained that his “buddies” were also all Hoxhaists. He himself had been a psychology student at the University of Wisconsin, but dropped out when he ran out of money. When I passed by later, he was giving the same spiel to Jack Posobiec.
The Islamist contingent was almost entirely absent, save for a small American Muslims for Palestine booth and one group of masked young men wearing hoodies that said “One UMMAH.” No Quranic verses on signs; no Muslim calls to prayer; no Hamas and Hezbollah flags; no Khaybar Khaybar ya Yahud chants. Even the counterprotests were half-hearted. A dozen people arrived to wave Israeli flags, while a street preacher blasted Christian rock in the background—police quickly formed a bicycle line to prevent any clashes, and they soon wandered off out of boredom.
The only excitement to speak of came from a young woman with purple hair carrying a sign scrawled with various anti-Black and antisemitic slurs, a swastika, and “Race War Now!” She told me she was against “Israel and Palestine,” then explained that while she was a “real reactionary,” her sign was also “performance art” to demonstrate that she had the same First Amendment rights as anybody else to write something extreme on a sign. I told her I agreed, but that she should try not to get beat up. She told me she’d already been “kicked by a man.”
Several months ago, when the Democratic Party was split over an aging and ailing Joe Biden, Israel’s war in Gaza was enough to draw more than 100,000 people to Washington, D.C., with activists from organizations wholly funded by the world of progressive big-donor dark money proudly marching alongside the partisans of Islamic terror to declare their implacable opposition to “genocide Joe.” Now “genocide Joe” is gone, the donors and the party are united behind Kamala, and there’s an election to win. Even while Jewish Democrats resorted to holding their conclaves in hidden locations for fear of pro-Palestine mobs, it was hard to avoid the conclusion that what I saw in Chicago on Monday—a paltry crowd of misfits, weirdos, and aging radicals—is what the “radical left” looks like in America when it is no longer being employed as a tool by far more powerful and important people.
Park MacDougald
Armin Rosen is a staff writer for Tablet Magazine.
Park MacDougald is senior writer of The Scroll, Tablet’s daily afternoon newsletter.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
The BBC said on Wednesday that it edited out a comment by Jewish actress Miriam Margolyes about the fictional Charles Dickens character Fagin being “Jewish and vile” from a recording of the BBC Radio 4 show “Front Row.”
The British-Australian actress, who is best known for playing Professor Sprout in the “Harry Potter” film franchise, made the comment on Tuesday while discussing her one-woman show “Margolyes & Dickens: The Best Bits” during a live talk at the 2024 Edinburgh Fringe Festival. When “Front Row” host Kristy Wark asked Margolyes, 83, who was “the first Dickens character that stuck in your head as a child,” she quickly replied, “Oh, Fagin. Without question. Jewish and vile.”
Her response elicited laughter from the audience. Margolyes then added, “I didn’t know Jews like that then — sadly I do now.”
The BBC told the UK’s Jewish News on Wednesday night: “This was an unexpected comment made during a live broadcast which should have been challenged at the time. We have taken swift action to remove it from the program and it is no longer available.”
In the edited version of the “Front Row” episode, Margolyes is heard saying Fagin in response to Wark’s question, but the recording then skips to the actress saying, “I [was] just magic-ed by the passion of him, the wickedness and the humor.”
Fagin was the villainous Jewish character in Dickens’ novel “Oliver Twist.” Dickens described him as a cruel, ugly, and manipulative old man who teaches young children to be pickpockets and robbers so he can exploit them and profit off of what they steal. Fagin is repeatedly referred to as “the Jew” throughout the book.
Margolyes’ comment on the “Front Row” radio show was condemned by social media users, including former BBC News journalist Sarah Deech. “This is plain and ugly racism, from a woman who’s given a pass because apparently she is a ‘national treasure,’” Deech wrote in a post on X. “The fact Margolyes is herself Jewish is not the get out of jail free card you think it is.”
During “Margolyes & Dickens: The Best Bits” at the 2024 Edinburgh Fringe Festival, the actress focuses on the works of Dickens and “brings to life the most colorful and iconic characters from his timeless novels,” according to a description provided by the festival. She’ll also do a Q&A with the live audience. The show, which is “guaranteed to offend and delight,” will take place on Thursday.
Margolyes has been a vocal critic of Israel’s ongoing war against Hamas terrorists in the Gaza Strip responsible for the Oct. 7 terrorist attacks in southern Israel. She has also advocated for a ceasefire to end the Israel-Hamas war. In April, she said Israeli military actions during the war have left her “so ashamed of Israel.”
“To me, it seems as if Hitler has won,” she added. “He’s changed us Jews from being compassionate and caring and do unto others as you would have them do unto you into this vicious, genocidal nationalist nation, pursuing and killing women and children.”
In 2014, Margolyes told Radio Times: “I don’t think people like Jews. They never have. English literature, my great love, is full of greasy and treacherous Jews.”
“I’m lucky they like me, and one always needs a Jewish accountant,” she added. “Antisemitism is horrible and can’t be defended, but Israel is stupid for allowing people to vent [about] it.” She also claimed that Israel’s defensive military actions against the US-designated terrorist group Hamas were “unacceptable.”
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Znęcający się nad Biblią ateiści z najwyższą pogardą piszą o „narodzie wybranym”. Patrzą ze zdumieniem i oburzeniem, kiedy ktoś próbuje im uświadomić, że są wiernymi dziećmi Kościoła. Przyjaciel potknął się w wojowniczej argumentacji, przywołując znanego autora, który stwierdził, że wszystkie religie monoteistyczne uprawiają prozelityzm i zmierzają do podboju świata. Oczywiście ów cytowany autorytet wymienił na pierwszym miejscu judaizm. Zapytałem o żydowskie zakony misjonarzy, o narody podbite mieczem lub nawrócone słowem na judaizm. Okazało się, że przyjaciel był świadomy, że nie ma niczego takiego jak żydowski prozelityzm i że próby konwersji na judaizm (w odróżnieniu od konwersji na chrześcijaństwo czy islam) spotykają się ze zniechęcaniem i piętrowymi trudnościami.
Na czym zatem polega problem? Prosta sprawa. Chrześcijanie i muzułmanie są bardzo zagniewani, że ukradziony plemienny bóg wybrał ich, a nie nas. Starożytni plemienni bogowie mieli dziwny obyczaj wybierania swoich plemion. To ich bóg/bogowie stworzył świat i ludzi i im zapewniał opiekę. Zwycięskie wojny kończyły się zazwyczaj upokorzeniem boga pokonanych wrogów przez palenie rzeźb, niszczenie świątyń i wyśmiewanie niemocy boskiego opiekuna.
Z bezliku narodów wybranych wybrano do prześladowań jeden, w ramach sprzeciwu wobec straszliwej niesprawiedliwości, że my porzuciliśmy naszych bogów dla ich boga, który zachował się tak samo jak nasi bogowie i bóg jeden wie, dlaczego wybrał sobie tych, którzy go sobie wymyślili.
Sprawa byłaby przezabawna, gdyby nie miliony trupów. Chrześcijanie mordowali Żydów w ramach aspiracji do bycia (wybranym przez izraelskiego Boga) Izraelem. Ten uderzający absurd powtórzył się, kiedy pojawił się „ostatni prorok” czyli Mahomet, ponownie sięgając po cudzą księgę w celu stworzenia własnej religii mającej podbić i podporządkować sobie cały świat.
Fakt, że cudze legendy przejęły nasze umysły, byłby mało znaczący, gdyby Żydzi wyginęli tak, jak to zrobili Sumerowie, czy inne narody, które włożyły swój wkład w początki opartej na rolnictwie i piśmie cywilizacji. Ale Żydzi trwali, nadal wierząc i praktykując swoją religię, która jest kamieniem węgielnym dwóch najbardziej krwawych religii monoteistycznych.
Przyprawianie gęby judaizmowi stało się filarem teologii chrześcijańskiej i zmieniało najpiękniejszą zasadę tej religii – poszanowanie bliźniego – w pośmiewisko. Zaszargany obraz Żyda w literaturze chrześcijańskiej stanowił bramę pozwalającą na zawieszenie miłości bliźniego, na gwałt, rabunek i mord z boską przychylnością kapłanów. W chrześcijaństwie i islamie Żydzi są narodem wybranym do nienawidzenia.
Czy to oznacza, że sami Żydzi przestali wierzyć, że są narodem wybranym? Judaizm ma dziesiątki odmian (jako społeczeństwo zarówno w Izraelu, jak i w diasporze należą do najbardziej zlaicyzowanych), wśród wierzących interpretacja owego „wybrania” jest traktowana raczej jako jakiś obowiązek niż powód do dumy i poczucia wyższości. Moja, bardzo powierzchowna, obserwacja wskazuje na absurdalność zarzutów o rzekomą pogardę dla gojów. Jako jednostki bywają aroganccy (również wzajemnie wobec siebie), ale jako społeczeństwo cechuje ich tolerancja i życzliwość. (Co najlepiej widać po stosunku do ludzi innych wyznań żyjących w kraju, w którym Żydzi są większością.) Nie bardzo interesują mnie ich interpretacje określenia „naród wybrany”, ponieważ robakiem niszczącym moją kulturę są chrześcijańskie, islamskie, komunistyczne, ateistyczne, faszystowskie, drobnomieszczańskie i akademickie pretensje do „narodu wybranego”, a pokraczne harce wokół tego pojęcia wskazują na patologiczną potrzebę nienawiści, do której teologia zastąpienia otwierała bogato rzeźbioną bramę.
Twierdzenie, że wszystkie drogi antysemitów prowadzą do Rzymu jest pewną przesadą. Moskwa jako „trzeci Rzym” znakomicie zdała egzamin, dzisiejsze korzenie antysemityzmu są silnie splecione i trudno odróżnić, które odruchy serca płyną z tradycji chrześcijańskiej, a które z tradycji laickiej (z silnym rosyjskim akcentem).
Kiedy czytam wpis na koncie X amerykańskiego profesora (specjalisty od stosunków politycznych w Ameryce Łacińskiej), zastanawiam się nad wędrówką idei, które zrodziły ten rodzaj zwierzęcej, rasistowskiej nienawiści. Profesor Danny Shaw napisał:
“These Zi^nists are straight Babylon swine. We need to protest their neighborhoods…Why are you racist arrogant bullies?…Zionism is beyond a mental illness; it’s genocidal disease.”
[Ci syjoniści to zwykłe babilońskie świnie. Musimy protestować przeciwko ich sąsiedztwu… Dlaczego jesteście rasistowskimi, aroganckimi łajdakami?… Syjonizm jest gorszy od choroby psychicznej, to ludobójcza choroba.]
Jeśli masz trudności z dopatrzeniem się antysemityzmu w tym wpisie to powinieneś w tym miejscu przerwać lekturę, jeśli wierzysz w opowieści Hiszpanów, Francuzów, Portugalczyków, Belgów, Holendrów, Brytyjczyków, że Izrael jest mocarstwem kolonialnym i nie wybuchasz śmiechem, to możliwe, że nie masz poczucia humoru. W Polsce doświadczyliśmy kolonializmu Rosji i Niemiec, (sami wcześniej zajęliśmy zachodnią Ukrainę, Białoruś i Litwę, mieliśmy szczerą ochotę na kawałek Afryki), szczycimy się, że nasi odepchnęli Turków spod Wiednia. Muzułmanie zniewolili więcej narodów niż Brytyjczycy, ale dziś Izrael jest uważany za mocarstwo kolonialne. Ile takich „mocarstw kolonialnych” zmieściłoby się w Polsce? 15? Czy znasz imperium kolonialne, które w kolonii ma groby swoich przodków sprzed podboju? To duża sztuka.
Amerykański multimiliarder Mohamad Hadid stwierdził niedawno, że izraelscy Żydzi nie mają genetycznego powiązania ze starożytnymi Hebrajczykami. Nie tylko nie przestudiował raportów z badań, ale nawet nie zajrzał do Wikipedii. (Sam Hadid opowiadał, że jego ojciec uciekł w 1948 roku z terenów dzisiejszego Izraela, bo nie chciał żyć pod żydowską okupacją.) Sprawa jest o tyle jasna, że muzułmański naród wybrany przez Allaha ma klarowny zakaz życia pod niemuzułmańską władzą, a szczególnie pod władzą żydowską. Łamią ten zakaz w razie potrzeby, nie tracąc nadziei na podbicie niewiernych.
Z koncepcją narodu wybranego do nienawiści łączy się jakiś paranoiczny lęk. 15 maja 2024r. prezydent Turcji obwieścił, że jeśli Izraelowi uda się pokonać Hamas, to potem „skupi się” na Turcji. Erdogan powiedział: „Izrael nie zatrzyma się w Gazie i jeśli nie zostanie zatrzymany, to zbójeckie państwo w końcu obierze za cel Anatolię zgodnie ze swoimi złudzeniami co do ziemi obiecanej”. W tej sytuacji turecki prezydent zapewnił, że Turcja nadal będzie wspierała Hamas, „który walczy o niepodległość swojego kraju i broni Anatolii”.
Czy Erdogan jest świadomy absurdalności tego co plecie, czy choroba zaszła już tak daleko, że sam w to wierzy? Adolf Hitler prawdopodobnie rzeczywiście wierzył w zagrożenie ze strony „narodu wybranego”. (Jordańczycy tak bardzo wierzyli w żydowskie legendy, że po zajęciu wschodniej Jerozolimy w 1948 roku zamurowali bramę do starego miasta, przez którą ma podobno powrócić mesjasz.)
Światli pracownicy carskiej Ochrany produkując fałszywkę pod tytułem Protokoły mędrców Syjonu, byli bardziej świadomi tego, że kłamią, niż Erdogan czy Hitler. Umberto Ecco w swojej znakomitej powieści Cmentarz w Pradze przypisuje inicjatorowi Protokołów mędrców Syjonu (Piotrowi Iwanowiczowi Raczkowskiemu, który nadzorował zagraniczne placówki Ochrany), następujące słowa:
„Lud jest niezadowolony i kieruje swą niechęć przeciwko carowi. Potrzebuje wroga. Nie ma sensu szukać wroga daleko. Wróg, aby był rozpoznawalny i aby się go bano, musi być w domu, musi stać na progu. Oto dlaczego Żydzi. Boska opatrzność dała nam ich, więc na miłość boską wykorzystajmy to i módlmy się, aby zawsze był jakiś Żyd, aby się go bać i by go nienawidzić. Wróg jest potrzebny, aby dać ludowi nadzieję. Nikogo nie kocha się przez całe życie. Ale nienawidzić można. Nienawiść rozgrzewa serce”.
Literacka fikcja? Z pewnością, ale intryga w postaci wyprodukowania fałszywego dokumentu mającego podburzyć antysemickie nastroje, wyraźnie wskazuje na mocne osadzenie tego poglądu nadzorcy zagranicznych placówek Ochrany w rzeczywistości.
Niemiecki historyk Götz Aly złośliwie twierdzi, że to co najbardziej ludzi u diasporowych Żydów drażniło, to pęd do wiedzy i pracowitość. Pisał o niechęci gnuśnych do pracowitych wzmacniającej zarzuty o pychę „narodu wybranego”. Pracowitość i zaradność Chińczyków i Hindusów mieszkających wśród narodów chrześcijańskich i islamskich również często była powodem rozruchów, podpaleń, rabunków i mordów, ale jak się wydaje nie towarzyszyła temu zakorzeniona w kulturze ideologia nienawiści. Aly przypomina, że rozpad wielonarodowych imperiów w Europie i dążenie do odrodzenia państw narodowych z konieczności prowadziło do idei narodowej czystości, prowadzącej często do ludobójczej niechęci do etnicznych mniejszości, a to wzmacniało istniejące już wcześniej zapotrzebowanie na arcywroga, do którego nienawiść mogła wzmocnić ideę etnicznej i religijnej czystości jako fundamentu państwa narodowego.
Czy mieliśmy w Polsce naszą własną wersję Protokołów mędrców Syjonu? Można wskazać kilku kandydatów, wśród których ciekawa jest broszura Andrzeja Niemojewskiego (wydana w 1918 roku), pod tytułem Prawo żydowskie o gojach.
Andrzej Niemojewski, szlachcic, urodzony w 1864 roku, prawnik, poeta, znany głównie jako wolnomyśliciel i antyklerykał (twórca teorii o astrologicznym pochodzeniu chrześcijaństwa), początkowo socjalista, ale po rewolucji październikowej przeszedł do obozu narodowców, a uporczywy antysemityzm prześladował go od najmłodszych lat.
W swojej broszurce o grozie istnienia Żydów (ostatnie wznowienie w wersji cyfrowej 2020 r.) Andrzej Niemojewski pisał, że Żydzi są społeczeństwem zamkniętym, i „nie wolno goja uczyć zakonu”. Żydzi kłamią, Żydzi oszukują, Żydzi pogardzają, mordują, mają zakaz zwracania długu, o którym wierzyciel zapomniał, w stosunku do gojów mogą łamać wszystkie prawa. To „dzieło” nie nabrało wielkiego rozgłosu (chociaż było wznawiane przed wojną), a jest ciekawe ze względu na fakt, że jest jedną z pierwszych ateistycznych publikacji antysemickich, oczywiście opierających się na „źródłach” katolickich, które są nie tylko kłamliwe, ale rażąco sprzeczne z duchem judaizmu. (Nawiasem mówiąc antysemickie wypowiedzi Stanisława Staszica również należały już raczej do oświeceniowego, laickiego, nurtu. Staszic był pod silnym wpływem Woltera i próbował „naukowo” podbudować swoje uprzedzenia rasowe.)
Od Niemojewskiego zdecydowanie bardziej popularnym piewcą rasowej i religijnej nienawiści był ksiądz Stanisław Trzeciak, gorący wielbiciel Hitlera, który w sierpniu 1944 roku zginął z rąk hitlerowców. Jego słynna rozprawa pod tytułem Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce w zasadzie zawierała ten sam gatunek bełkotu, te same kłamstwa i tę samą paranoiczną trwogę przed „narodem wybranym” jaką oferował swoim czytelnikom Niemojewski.
Książka wznowiona w roku 2024 przez CapitalBook, reklamujący się jako „imperium dobrych książek”.
Oczywiście ksiądz Trzeciak nie zdobył międzynarodowej sławy, a nasi propagatorzy nienawiści z konieczności odsyłali czytelników do wielkiej literatury światowej takiej jak wspomniane Protokoły mędrców Syjonu lub Mein Kampf, które z czasem miały wzmacniać pozycje z antysyjonistycznej literatury radzieckiej.
Upadek Związku Radzieckiego nie zakończył radzieckich wpływów. Można powiedzieć, że zgoła przeciwnie, teraz radzieckie idee uwolnione z piętna zimnowojennej propagandy nabrały wiatru w żagle, przybierając nową formę – nienawiści do Izraela i jego mieszkańców, którą można zgrabnie połączyć z obchodami pamięci o pomordowanych, ze współczuciem dla tych, którym Żydzi utrudniają mordowanie Żydów, z niechęcią do kapitalizmu, wolności i demokracji.
Nowy antysemityzm jest równie intersekcjonalny jak stary. Chimera karmionej kłamstwami nienawiści jest doskonałym zwierzęciem pociągowym, które można zaprząc do każdego wozu. (Tyle że dziś są to chimery mechaniczne, wsparte silnikami nowoczesnych środków przekazu, Wikipediami, sztuczną inteligencją i nieodłącznym mądrym telefonem, który dostarcza właściwych filmików w domu, w plenerze, w szkole i w miejscu pracy.)
Naród wybrany do nienawiści jest jeden i pokazują to zarówno statystyki rezolucji Organizacji Narodów Zjednoczonych, badania aktywności mediów, kazania w świątyniach, literatura piękna (w której czarne charaktery z jakiegoś powodu niezwykle często nazywają się Frankenstein lub podobnie), literatura „naukowa” i zwroty zakorzenione w różnych językach. Zasada jest prosta – Antychryst jest jeden i nie należy się rozpraszać.
Żyjemy w czasach, w których studio telewizyjne jest kościołem, a media amboną. Wielu obserwatorów, (jak również badacze treści przekazywanych przez media), zwracało uwagę na fakt, że maleńki Izrael i jeszcze mniejsza „Palestyna”, przebija w mediach Rosję i Chiny, nie wspominając o Indiach i całej Afryce. Ten apetyt na wiadomości o „narodzie wybranym” jest jednoznacznie antyizraelski. Jest również zdecydowanie częściej lewicowy niż prawicowy, chociaż te nurty w wielu punktach się zlewają.
„Wiadomości” o Izraelu są nieustanną inwersją rzeczywistości. Izrael oskarżany jest dokładnie o te zbrodnie, które są popełniane wobec niego i wobec innych. Na forum międzynarodowym demokratyczne kraje popierają antyizraelskie oskarżenia przedstawiane przez tyranie takie jak Rosja i Chiny, Republika Południowej Afryki, czy Wenezuela, a kiedy próbują udawać przyzwoitość, wstrzymują się od głosu.
Najnowsza sprawa jest nawet dość zabawna. Od lat kraje arabskie zgłaszają propozycje rezolucji WHO potępiających Izrael za rzekomo niedostatecznie dobrą opiekę zdrowotną nad izraelskimi Arabami i za niedostatecznie dobrą opiekę medyczną, którą organizują sobie w swojej Autonomii Palestyńczycy. Rok po roku zabawa udawała się bez żadnych niespodzianek, więc i w tym roku rutynowo kraje arabskie (z poparciem Chin, Kuby i Rosji) zgłosiły potrzebę takiej rezolucji. Przedstawiciel Izraela brzydko się zachował i zaproponował poprawkę, która „wzywa do natychmiastowego i bezwarunkowego uwolnienia wszystkich zakładników przetrzymywanych w Gazie, w tym dzieci, kobiet i osób starszych, oraz potępia wykorzystywania przez grupy zbrojne obiektów służby zdrowia, w tym szpitali i karetek pogotowia, co zagraża ludności cywilnej”.
Poprawka przeszła większością 50 głosów przeciw 44, (przy 31 wstrzymujących się), co spowodowało wycofanie rezolucji na wniosek jej pierwotnych wnioskodawców.
Potępienie narodu wybranego w żadnym przypadku nie może naruszać zasady intersekcjonalnej wyłączności, tego bowiem wymaga tradycja i braterstwo narodów.
Paulina Celnik, izraelska socjolożka z polskim korzeniami, napisała książkę pod znamiennym tytułem Naród nie wybrany. Stwierdza w niej, że to właśnie świecki syjonizm i socjalizm umożliwiły powstanie nowoczesnego Izraela. Towarzyszyła temu nadzieja, że Żydzi przestaną być wreszcie narodem wybranym i będą traktowani jak każdy innych naród. Okazało się, że takiej opcji nie ma. Naród wybrany okazał się zbyt potrzebny, by można było zrezygnować z wielowiekowej tradycji.
Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii. Facebook
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com