Archive | April 2026

Trzydzieści lat temu Izrael deportował przywódców Hamasu. Świat zmusił Izrael do przyjęcia ich z powrotem


Trzydzieści lat temu Izrael deportował przywódców Hamasu. Świat zmusił Izrael do przyjęcia ich z powrotem

Daniel Greenfield
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


„Deportować nadzieję na pokój?” – zdumiewał się ”Newsweek”. Ich nadzieją na pokój był Hamas.

Był rok 1992. Administracja Clintona próbowała nakłonić premiera Izraela Icchaka Rabina do podpisania porozumienia o procesie pokojowym w celu utworzenia państwa „palestyńskiego”, ale terroryści z Hamasu nie przestali zabijać Izraelczyków.

15-letnia Helena Rapp została śmiertelnie dźgnięta nożem na przystanku autobusowym w drodze do szkoły. Kilka dni później islamski terrorysta zamordował rabina Szimona Birana, ojca czwórki dzieci.

Zirytowany ostatnimi zabójstwami premier Rabin wsadził 417 islamistycznych terrorystów, w tym czołowych przywódców Hamasu, do autobusów i wyrzucił ich po libańskiej stronie granicy.

Autobusów było sześć i byli w nich przywódca Hamasu Ismael Hanija, współzałożyciel Hamasu Abdel Aziz al-Rantisi, który miał ślubować, „na Allaha, nie zostawimy ani jednego Żyda w Palestynie”, Abu Osama, który pomógł opracować kartę Hamasu wzywającą do eksterminacji Żydów, współzałożyciele Hamasu Mohammed Taha, Hammad Al-Hasanat i Mahmoud Zahar, którzy głosił „Zalegalizowali zabijanie ich ludzi na całym świecie przez zabijanie naszych ludzi”, Hamad Al-Bitawi, który twierdził, że „dżihad jest zbiorowym obowiązkiem” wraz z Abdullahem al-Szamim, przywódcą Islamskiego Dżihadu, i wieloma innymi obecnymi i przeszłymi islamskimi przywódcami terrorystycznymi deportowanymi do Libanu.

„New York Times” zatytułował swoje relacje Ousted Arabs Shiver and Wait in Lebanese Limbo [Wypędzeni Arabowie drżą i czekają w libańskim limbo]. „Newsweek” również ze współczuciem opisał, jak terroryści z Hamasu „drżeli z zimna”. „Washington Post” starannie opisywał „ślady na skórze” po kajdankach. Associated Press szczegółowo relacjonowała przypadki biegunki, która zamieniła wypróżnienia islamskich terrorystów w temat godny międzynarodowego nagłośnienia.

W rzeczywistości terroryści z Hamasu i Islamskiego Dżihadu zostali wyposażeni przez Izrael w płaszcze, koce, jedzenie i po 50 dolarów na osobę: więcej niż wystarczająco, aby kupić wszystko, czego potrzebowali w Libanie.

„Jesteśmy spragnieni, zmarznięci i głodni” — powiedział dr Abdul-Aziz Rantisi — tak „Times” rozpoczął swój artykuł. Wspomniał, że Rantisi planuje strajk głodowy, a nie, że jest przywódcą terrorystów.

„Los Angeles Times” pisał, że naruszono „wolność słowa” terrorystów. Pytali ich o „określenie warunków członkostwa w Hamasie” i poinformowali, że „wielu z nich odpowiedziało: ‘Modlić się i być dobrymi muzułmanami’”.

W ten sposób media przedstawiły Amerykanom islamską organizację terrorystyczną.

Czerwony Krzyż, który po 7 października 2023 r. nie odwiedził izraelskich zakładników, w tym dzieci i starszych kobiet przetrzymywanych przez Hamas, szybko pojawił się na miejscu z „trzema ciężarówkami namiotów, żywności, koców i pościeli”. Organizacja pomocowa rozstawiła namioty dla terrorystów z Hamasu, którzy najwyraźniej byli zbyt leniwi lub niekompetentni, żeby rozstawić własne namioty.

Szef UNRWA wyruszył z Wiednia, aby odwiedzić wypędzonych terrorystów z Hamasu.

Bernard Pfefferle, lokalny główny delegat Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, szlochał: „Oni nie przetrwają zimy w ten sposób”.

W rzeczywistości przetrwali całkiem nieźle.

Podsekretarz generalny ONZ James OC Jonah, Bernard Kouchner, francuski minister ds. humanitarnych i wielu innych zagranicznych dygnitarzy odwiedziło terrorystów z Hamasu.

Ambasador Francji Daniel Husson poprosił o spotkanie z terrorystami z Hamasu, by „wyrazić współczucie Francji dla ich sprawy”.

Amnesty International zorganizowała kampanię pisania listów, w której narzekano, że deportowani z Hamasu „żyją w namiotach w mroźnych warunkach” i domagano się „bezpiecznego powrotu deportowanych do Izraela”. B’Tselem, proterrorystyczna grupa „praw człowieka” działająca w Izraelu, potępiła deportacje jako „rażące naruszenie praw człowieka”. Podczas ataków 7 października Vivian Silver, członkini zarządu B’Tselem, została zabita przez terrorystów, obronie których poświęciła całe swoje życie.

B’Tselem była jedną z proterrorystycznych grup, które pierwotnie zaskarżyły deportacje do Sądu Najwyższego Izraela, próbując zatrzymać Hamas w Izraelu.

Media nieustannie relacjonowały o sprawie deportowanych z Hamasu w sposób, w jaki nie relacjonowały o ich ofiarach. W sumie Abdel Aziz al-Rantisi zorganizował rekordowe 1500 konferencji prasowych. Za każdym razem, gdy islamscy terroryści kichnęli, był tam korespondent, który o tym pisał, fotograf, który robił zdjęcia i aktywista praw człowieka, który potępiał Izrael.

Nawet jeśli wszystko, co mówili, było kłamstwem.

„WYDALONYM PALESTYŃCZYKOM BRAKUJE WODY”, krzyczał nagłówek w „Washington Post”. W tym samym artykule gazeta wspomniała, że czerpią wodę ze strumienia. Autorzy innych artykułów narzekali, że kończy im się woda, podczas gdy byli otoczeni śniegiem.

W jednym z artykułów Associated Press opisano deportowanego, który jadł śniadanie składające się z dżemu, sera i chleba lub fasoli i ciecierzycy z sosem cytrynowym, a następnie lunch składający się z tuńczyka lub sardynek, po czym narzekał: „Mam już dość tego jedzenia. Jem tylko po to, żeby przeżyć”.

W rzeczywistości Hamas i islamscy terroryści mieli mnóstwo jedzenia i wody. W pewnym momencie nawet artykuł w „New York Times” przyznał, że „w czwartek Palestyńczycy powiedzieli, że pościli w ciągu dnia, aby zachować zapasy żywności, które skurczyły się do makaronu i ziemniaków, a woda pitna całkowicie zniknęła. Jednak dzisiaj reporter Associated Press powiedział, że deportowani mężczyźni gotowali ryż, ciecierzycę i konserwy mięsne, a niektórzy jedli jajka”.

Tydzień po deportacji „New York Times” twierdził, że terroryści z Hamasu za kilka dni zaczną „umierać na zapalenie płuc”.  Żaden z nich jakoś nie umarł nawet po siedmiu miesiącach.

W rzeczywistości organizowali wystawne uczty religijne z terrorystami z Hezbollahu i irańskiego IRGC. Miasteczko namiotowe stało się enklawą pełną telewizorów, faksów, kserokopiarek, telefonów komórkowych, lodówek wypełnionych napojami gazowanymi i z anteną satelitarną, z pomocą której odbierane były irańskie programy telewizyjne.

Izrael wydalił terrorystów z Hamasu do Libanu, ale libański rząd sprzymierzony z  Hezbollahem odmówił ich przyjęcia i zablokował drogę czołgami, aby uniemożliwić im wyjazd. Libański nie pozwalał na wjazd terrorystów z Hamasu, ale pozwalał reporterom i ekipom filmowym udokumentować „drżenie z zimna” przywódców Hamasu.

W obliczu zapowiedzi egipskiej polityki blokady Gazy, Liban uniemożliwił terrorystom z Hamasu wjazd do Libanu. A społeczność międzynarodowa i media zrzuciły winę na Izrael, a nie na Liban, który uniemożliwiał im wjazd na swoje terytorium.

Rada Bezpieczeństwa ONZ jednogłośnie przyjęła rezolucję nr 799 potępiającą deportacje terrorystów z Hamasu i domagającą się, aby Izrael „zapewnił bezpieczny i natychmiastowy powrót na okupowane terytoria wszystkim deportowanym”.

Pierwsza administracja Busha zagłosowała za rezolucją, mimo że wzruszyła ramionami, gdy rok wcześniej Kuwejtczycy wydalili 200 tysięcy „Palestyńczyków” przy użyciu czołgów i wojska.

„Myślę, że oczekujemy trochę za dużo, jeśli prosimy ludzi w Kuwejcie, aby przyjęli życzliwie tych, którzy szpiegowali ich rodaków, którzy brutalnie traktowali tam rodziny i tym podobne rzeczy” — powiedział wówczas prezydent George HW Bush. 

Izraelczycy mieli jednak życzliwie traktować terrorystów z Hamasu, którzy ich masakrowali. Administracja Busha „stanowczo potępiła” deportacje. Bill Clinton nie był lepszy.

„Podzielam gniew, frustrację i oburzenie narodu izraelskiego. I rozumiem, co czują. Muszą bardzo stanowczo rozprawić się z tą grupą Hamas, która najwyraźniej jest nastawiona na wszelkiego rodzaju działania terrorystyczne” — powiedział Clinton, który wkrótce miał objąć urząd. Dodając jednak: „Z drugiej strony obawiam się, że ta deportacja może pójść za daleko i zagrozić rozmowom pokojowym”.

„Nie jesteśmy pewni, czy prezydent-elekt Clinton i jego zespół w pełni rozumieją niebezpieczeństwo ze strony fundamentalizmu islamskiego” – powiedział premier Rabin przed spotkaniem z Billem Clintonem.

Premier Rabin deportował terrorystów z Hamasu i Islamskiego Dżihadu tylko tymczasowo na dwa lata, aby poprawić swój wizerunek w kraju i zyskać trochę czasu na spokojne negocjacje pokojowe. Jego koalicja partii lewicowych i skrajnie lewicowych wkrótce rozpadła się, a część poparła  bardziej lewicową koalicję przyszłego premiera Szimona Peresa. „Nikt nie cieszy się z cierpienia tych ludzi – powiedział Peres. – Izrael ich deportował, ale nie miał zamiaru ich skrzywdzić”. Lewicowa koalicja partii Meretz nazwała deportację Hamasu „rażącym naruszeniem praw człowieka”.

Pod presją administracji Clintona, która ostrzegała, że nie ochroni Izraela przed sankcjami ONZ, oraz członków jego własnej lewicowej koalicji, Rabin zaproponował powrót terrorystów z Hamasu, jeśli obiecają, że „zaprzestaną terroru i przemocy na czas negocjacji pokojowych”. Terroryści odmówili złożenia takiej obietnicy. Mimo to  Rabin zgodził się przyjąć ponad setkę z nich natychmiast, a resztę po roku. Hamas zaczął powracać do Izraela w 1993 roku.

Terroryści z Hamasu zgodzili się na powrót tylko dlatego, że telewizja nie relacjonowała już wystarczająco często ich wyczynów.

„Wśród powodów podanych przez deportowanych Palestyńczyków, dla których zaakceptowali oni działania Izraela mające na celu umożliwienie połowie z nich powrotu na Zachodni Brzeg i do Strefy Gazy, znalazł się nie brak pożywienia i schronienia, ale brak relacji ze strony mediów informacyjnych, w tym telewizji” – donosił „New York Times”.

30 lat temu Izrael wydalił przywódców Hamasu i Islamskiego Dżihadu, a następnie przyjął ich z powrotem.

Dwa tygodnie po tym, jak Rabin zgodził się przyjąć z powrotem terrorystów z Hamasu, Grupa Islamska, która, podobnie jak Hamas, wyłoniła się z Bractwa Muzułmańskiego dokonała zamachu bombowego na World Trade Center.

„Nasza walka z morderczym islamskim terrorem ma również na celu obudzenie uśpionego świata. Wzywamy wszystkie narody i wszystkich ludzi, aby poświęcili uwagę prawdziwemu i poważnemu niebezpieczeństwu, które zagraża pokojowi świata w nadchodzących latach. Niebezpieczeństwo śmierci jest u naszego progu”, ostrzegał wówczas premier Rabin. Ale świat nadal spał. Spał również Izrael.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Turkish Intel Chief Hosts Hamas Leaders as New Report Warns of Turkey’s Ties to Muslim Brotherhood


Turkish Intel Chief Hosts Hamas Leaders as New Report Warns of Turkey’s Ties to Muslim Brotherhood

Ailin Vilches Arguello


Turkish President Tayyip Erdogan speaks during a ceremony for the handover of new vehicles to the gendarmerie and police forces in Istanbul, Turkey, Nov. 28, 2025. Photo: REUTERS/Murad Sezer

Turkey’s extensive ties with Hamas and other terrorist groups and Islamist movements are raising alarm bells among analysts, highlighting Ankara’s controversial pivot away from its traditional Western alliances amid ongoing regional conflicts.

This week, Turkish intelligence chief Ibrahim Kalın met in Ankara with Khalil Al-Khaya, a senior Hamas negotiator, and the terrorist group’s political bureau delegation to discuss prospects for advancing the second phase of the Gaza ceasefire — marking the second such meeting in under two weeks.

Last week, Kalın also met with senior Hamas leaders in Istanbul, underscoring Turkey’s ongoing diplomatic engagement with the Islamist group.

Notably absent from both meetings’ public summaries was any mention of Hamas’s disarmament — a key condition of the US-backed peace plan, which the terrorist group continues to reject, further complicating ceasefire efforts.

Earlier this year, the US-backed plan to end the war in Gaza hit major roadblocks after proposals surfaced that would allow Hamas to retain some small arms — an idea strongly denounced by Israeli officials who insist the Islamist group must fully disarm.

Israel has previously warned that Hamas must give up its weapons for the second phase of the ceasefire to move forward, pointing to tens of thousands of rifles and an active network of underground tunnels still under the terrorist group’s control.

Last week, US President Donald Trump’s “Board of Peace” reportedly presented a disarmament plan to Hamas that would require the terrorist group to allow the destruction of its vast Gaza tunnel network as it lays down its arms in stages over eight months. Palestinian officials indicated Hamas would not accept the proposal without “amendments and improvements.”

Under Trump’s 20-point Gaza peace plan, phase two would involve deploying an international stabilization force (ISF), beginning large-scale reconstruction, and establishing a Palestinian technocratic committee to oversee the territory’s administration.

Conditioned on Hamas’s disarmament, the Israel Defense Forces (IDF) would also withdraw from the approximately 53 percent of the enclave they currently occupy.

Since the start of the war in Gaza, Turkey has repeatedly tried to position itself as a regional mediator, maintaining direct intelligence channels with Hamas to advance ceasefire talks and solidifying its role in US-backed diplomatic efforts.

However, Turkey has also been a long-time backer of Hamas, hosting senior officials multiple times over the years and refusing to designate the group as a terrorist organization. Ankara has also provided Hamas with both political and financial support by allowing its leadership to operate networks from Turkish soil.

Israeli officials have repeatedly accused Hamas operatives of using Turkey as a base for recruitment, financing, and operational coordination.

On Monday, Israeli intelligence services uncovered a Hamas terror network in the West Bank, directed by an operative based in Turkey, revealing ongoing coordination between the group’s cells abroad and on the ground.

According to Sinan Ciddi, senior fellow at the Foundation for Defense of Democracies (FDD), a Washington, DC-based think tank, Turkey’s high-level meetings with Hamas and growing engagement in Gaza reflect a stark gap between its public diplomacy and private dealings, revealing a calculated effort to maintain influence in the region.

“Publicly, Turkey has presented itself as a diplomatic broker seeking a ceasefire. Privately, its continued high-level engagement with Hamas, particularly through intelligence channels, signals an enduring political alignment and a willingness to preserve the group as a relevant actor in postwar Gaza,” Ciddi wrote in a newly released report. 

“Ankara’s maintenance of access to Hamas leadership is likely intended to help ensure Turkey retains influence over any future political settlement,” he continued. 

Israel has consistently opposed any role for Turkish security forces in postwar Gaza, with Ankara seeking to expand its regional influence — a move experts warn could strengthen Hamas’s terrorist infrastructure.

Amid growing concerns over Turkey’s regional influence, a newly released FDD report underscored the country’s pivot under President Recep Tayyip Erdogan from its traditional Western alignment toward closer ties with Islamist movements, including the Muslim Brotherhood.

The report identified Turkey as a key refuge for Muslim Brotherhood leaders from across the region, including Egypt and Yemen, a role that has intensified after many fled their home countries amid government crackdowns.

For years, the Muslim Brotherhood has faced bans or restrictions across the Middle East, with some European countries and the United States recently designating the group or specific branches as terrorist organization.

“There is an established track record … where Turkey significantly undermines the transatlantic alliance’s core security concerns,” Ciddi said.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


New York City Mayor Mamdani Heckled While Speaking at Passover Seder in Manhattan After Comedian Drops Out


New York City Mayor Mamdani Heckled While Speaking at Passover Seder in Manhattan After Comedian Drops Out

Shiryn Ghermezian


New York City Mayor Zohran Mamdani holds a press conference at the New York City Office of Emergency Management, as a major winter storm spreads across a large swath of the United States, in Brooklyn, New York City, US, Jan. 25, 2026. Photo: REUTERS/Bing Guan

New York City Mayor Zohran Mamdani was reportedly heckled mid-speech at a Passover seder celebration in Manhattan on Monday night.

An attendee shouted “every Jewish organization is a target” when Mamdani, 34, told the crowd at the 33rd annual Downtown Seder at City Winery about how the rise in antisemitism “has caused enormous pain for so many Jewish New Yorkers,” according to the New York Post.

Other attendees reportedly shushed the heckler and applauded the mayor as he finished his speech. Another attendee told the Post on Tuesday that when Mamdani was introduced on stage, a woman in the crowd shouted, “Shame, shame, shame.”

A far-left democratic socialist and anti-Zionist, Mamdani refuses to recognize Israel’s right to exist as a Jewish state; supports boycotts of all Israeli-tied entities, has been accused of promoting antisemitism; has repeatedly accused Israel of “apartheid” and “genocide”; and refuses to explicitly condemn the phrase “globalize the intifada,” which has been used to call for violence against Jews and Israelis around the world.

Monday’s Passover seder at City Winery was hosted by the venue’s Jewish founder and owner Michael Dorf. Israeli-American comedian Modi Rosenfeld, also known as Modi, was scheduled to perform at the event but pulled out last minute after learning that Mamdani was participating. “We were not aware Mamdani was participating until today. Modi will not be attending this evening,” Rosenfeld’s team said on social media early Monday.

Dorf defended Mamdani’s attendance in a Substack but added, “While I respect Modi’s decision not to share the stage with Mayor Mamdani, I truly wish he had been there.” The head of City Winery said “hate mail started rolling in” as soon as it was announced publicly the day prior to the event that Mamdani would attend the Passover celebration.

When Dorf introduced Mamdani on stage Monday night at the Passover event, he described the mayor as a “person who is trying hard to bridge divides in our community and our great city.”

The Passover event featured 15 special guests and 100 percent of proceeds were donated to Seeds of Peace, a nonprofit organization that helps create young leaders “who work in solidarity across differences to create more just and inclusive societies,” according to its website.

Jewish comedian Olga Namer performed and made jokes about New York City’s mayor. She introduced herself as a Syrian Jew and said, “I’m confident that Mamdani likes half of me.” She then compared Mamdani to the Biblical figure Moses because “he is also causing an exodus of Jews to go to Florida.”

Israeli musician David Broza performed and former CNN anchor Don Lemon asked the “four questions” mentioned in the Passover Haggadah “but done with a special orientation based on his arrest a few weeks ago protecting freedom of expression,” according to a description of the event by City Winery. Lemon was arrested for participating in a protest at a Minnesota church where an Immigration and Customs Enforcement (ICE) official is a pastor.

George Floyd’s brother spoke at Monday night’s event about “racism” and Israeli-American Rabbi Amichai Lau-Lavie was featured in a live stream from Israel.

Earlier in March, Mamdani celebrated Ramadan with Abdullah Akl, the political director of the Muslim American Society of New York. The latter called for the Hamas terrorist organization to “strike Tel Aviv’” before leading a crowd in chanting for an “intifada” during a protest in New York City, according to the Washington Free Beacon. He was arrested at a pro-Hamas demonstration in 2024 and has posted antisemitic and anti-Israel messages on social media, including one message in which he encouraged others to “teach [their] children that the Zionist entity is an enemy.”

Mamdani also hosted an Iftar dinner at Gracie Mansion with Mahmoud Khalil, the anti-Israel activist and Hamas supporter who justified the Hamas-led terrorist attack across southern Israel on Oct. 7, 2023, and said “we couldn’t avoid” the deadly massacre.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jak zrozumieć zawieszenie broni między USA, Iranem i Izraelem


Jak zrozumieć zawieszenie broni między USA, Iranem i Izraelem

Joshua Hoffman


To nie jest pokój. To pełna napięcia pauza przed tym, co nastąpi dalej.

Dwutygodniowe zawieszenie broni między Iranem a jego przeciwnikami jest mniej zakończeniem, a bardziej rekalkulacją. To taktyczna przerwa w konflikcie, którego podstawowa logika pozostaje nierozstrzygnięta.

Z perspektywy Izraela i sprzymierzonych z nim państw Bliskiego Wschodu ten moment nie oznacza deeskalacji, lecz redystrybucję presji. Każdy z aktorów odczytuje zawieszenie broni nie jako pokój, lecz jako dźwignię — tymczasową, kruchą i warunkową.

Zawieszenie broni, w swojej najczystszej definicji, oznacza wstrzymanie działań wojennych. W tym przypadku trafniej rozumieć je jako operacyjną przerwę. Żadna ze stron nie osiągnęła swoich kluczowych celów i żadna nie wydaje się gotowa z nich zrezygnować.

Iran zgodził się ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz (kluczową arterię dla globalnych rynków energii), nie uzyskując żadnych ze swoich deklarowanych żądań: brak gwarancji ostatecznego zakończenia wojny, brak złagodzenia sankcji, brak reparacji i brak uznania jego regionalnej pozycji.

Z zachodniej perspektywy interpretowane jest to jako dowód, że presja działa. Skumulowany efekt ciągłych uderzeń militarnych, izolacji gospodarczej i wewnętrznej niestabilności wydaje się zmuszać Teheran do taktycznego odwrotu. Ponowne otwarcie cieśniny nie jest postrzegane jako gest dobrej woli, lecz jako konieczność.

Perspektywa Izraela: strategiczna cierpliwość, warunkowa powściągliwość

Dla Izraela zawieszenie broni stanowi szansę, ale nie zobowiązanie. Jego doktryna strategiczna od dawna podkreśla prewencję i odstraszanie, szczególnie wobec zagrożeń egzystencjalnych, takich jak proliferacja nuklearna i zdolności w zakresie pocisków balistycznych.

Kalkulacja Izraela jest prosta: jeśli negocjacje prowadzone przez Stany Zjednoczone nie doprowadzą do możliwych do zweryfikowania i nieodwracalnych ograniczeń irańskiego programu nuklearnego i rakietowego, zawieszenie broni stanie się bez znaczenia. Opcja wznowienia działań militarnych pozostaje nie tylko realna, ale i uzasadniona w ramach izraelskiej doktryny bezpieczeństwa.

Co istotne, Izrael nie pozostaje w tej postawie osamotniony. Ciche zbliżenie z krajami takimi jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Jordania i Arabia Saudyjska wzmacnia regionalny konsensus — w dużej mierze niewypowiedziany, lecz głęboko odczuwany — że osłabiony Iran jest lepszy niż Iran wzmocniony.

Państwa te mogą publicznie nie opowiadać się za eskalacją, lecz raczej nie będą jej się sprzeciwiać, jeśli uznają, że Iran wykorzystuje zawieszenie broni do przegrupowania.

Stany Zjednoczone: wewnętrzne rozbieżności, zewnętrzna presja

Stany Zjednoczone wchodzą w tę fazę z jednoczesną jasnością strategiczną i wewnętrzną niejednoznacznością. Oficjalnie administracja utrzymuje twarde żądania: całkowite usunięcie materiałów nuklearnych z Iranu, zaprzestanie wzbogacania uranu oraz demontaż zdolności w zakresie pocisków balistycznych. Są to cele maksymalistyczne, odzwierciedlające dążenie nie tylko do powstrzymania Iranu, lecz do zasadniczej zmiany jego profilu – zagrożenia.

Pod tą klarownością kryją się jednak polityczne rozbieżności. Napięcie między prezydentem Donaldem Trumpem a wiceprezydentem JD Vance’em uwidacznia konkurujące priorytety. Jeden dąży do historycznego dziedzictwa — być może trwałego osiągnięcia geopolitycznego, które przedefiniuje równowagę sił na Bliskim Wschodzie. Drugi, znacznie młodszy i będący w szczycie kariery, ograniczony jest koniecznością politycznej ciągłości, mając na uwadze wizerunek publiczny i przyszłą zdolność wyborczą.

Rozbieżność ta nie paraliżuje polityki USA, lecz wprowadza zmienność. Mieszane sygnały — czy to w tonie, czasie, czy taktyce — mogą komplikować negocjacje i tworzyć przestrzeń dla błędnych kalkulacji przeciwników.

Stany Zjednoczone zachowują również zdolność do „wysadzenia” zawieszenia broni, zarówno celowo, jak i pośrednio. Może to nastąpić poprzez:

    • eskalacyjne egzekwowanie „czerwonych linii”,
    • załamanie negocjacji prowadzące do wznowienia działań militarnych,
    • operacyjne sabotaże, takie jak uderzenia wymierzone w postacie dyplomatyczne lub polityczne, podważające nieoficjalne kanały kontaktu.

W tym sensie Waszyngton jest zarówno architektem zawieszenia broni, jak i potencjalnym czynnikiem jego upadku. W ubiegłą środę rozmowy pokojowe Vance’a z irańskim reżimem zostały już „wysadzone” po tym, jak kluczowa postać pomagająca organizować spotkania Iran–USA w Pakistanie została ranna w amerykańsko-izraelskich nalotach. 81-letni Kamal Kharazi, były minister spraw zagranicznych Iranu, został ranny, gdy uderzono w budynek w Teheranie — najprawdopodobniej była to próba zamachu.

Iran: strategiczne kurczenie się w warunkach wewnętrznych pęknięć

Iran wchodzi w zawieszenie broni w wyraźnie napiętej sytuacji. Decyzja o ponownym otwarciu Cieśniny Ormuz bez uzyskania ustępstw sugeruje, że reżim odczuwa presję militarną, gospodarczą i polityczną.

Wewnątrz kraju podział między frakcjami pragmatycznymi a twardogłowymi zdaje się pogłębiać. Doniesienia o konfrontacjach między prezydentem Masudem Pezeszkianem a dowódcami Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej odzwierciedlają głębsze napięcia strukturalne. Pragmatycy dostrzegają granice wytrzymałości — gospodarkę bliską załamania, społeczeństwo pod presją i aparat wojskowy pod ciągłym ostrzałem.

Twardogłowi natomiast pozostają ideologicznie przywiązani do oporu, nawet za wysoką cenę.

Ta fragmentacja tworzy kilka scenariuszy:

    • porozumienie negocjacyjne, które grozi wrażeniem słabości i wewnętrznym sprzeciwem,
    • dalsza konfrontacja, która zaprasza do kolejnych uderzeń z zewnątrz i pogłębia degradację gospodarczą,
    • destabilizacja wewnętrzna, w tym możliwe zamachy, przemoc frakcyjna, a nawet wojskowy zamach stanu prowadzony przez IRGC.

Dylemat reżimu jest ostry: kompromis zagraża spójności wewnętrznej; opór zagraża przetrwaniu.

Korpus Strażników Rewolucji: czynnik destabilizujący z własną sprawczością

Ekstremistyczny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zajmuje wyjątkową pozycję — jako filar reżimu, ale też półautonomiczny aktor z własnymi interesami instytucjonalnymi.

Z jego perspektywy zawieszenie broni może być postrzegane nie jako konieczność strategiczna, lecz jako ograniczenie. Jego legitymizacja opiera się na oporze i konfrontacji; długotrwała deeskalacja grozi erozją jego wpływów.

Korpus może zakłócić zawieszenie broni na kilka sposobów:

    • prowokacyjne działania, takie jak ataki na żeglugę, regionalne siły zastępcze lub cele izraelskie,
    • nieautoryzowane operacje wojskowe, omijające cywilne kierownictwo i podważające wysiłki dyplomatyczne,
    • wewnętrzne rozgrywki o władzę, w tym działania przeciwko postrzeganym jako umiarkowani członkom reżimu.

Mimo że Iran próbuje przedstawiać narrację „zwycięstwa przez nieprzegraną” — podkreślaną wystrzeliwaniem rakiet w kierunku Izraela i wykrętną retoryką Rady Bezpieczeństwa Narodowego — rzeczywistość sugeruje, że to irański reżim pierwszy ustąpił.

To, co wydaje się napędzać tę zmianę, to nie symbolika, lecz konkret: rosnące zagrożenie dla kluczowej infrastruktury państwowej i jej niedawne zniszczenia. W ostatnich dniach izraelskie lotnictwo zwiększyło presję na reżim, uderzając w zasoby służące zarówno Korpusowi Strażników Rewolucji, jak i cywilom (które Korpus celowo wykorzystuje jako osłonę). To oznacza świadomą eskalację strategii.

Przez tygodnie izraelscy urzędnicy bezpieczeństwa argumentowali, że tylko uderzenia w infrastrukturę narodową mogą wymusić rzeczywistą zmianę kalkulacji w Teheranie, nawet pod wpływem twardogłowego kierownictwa Korpusu. Logika jest prosta, ale silna: gdy niszczone są mosty, sieci kolejowe, huty stali i zakłady petrochemiczne, skutki wykraczają daleko poza degradację militarną.

To nie tylko aktywa strategiczne; to ekonomiczne linie życia zatrudniające dziesiątki tysięcy Irańczyków. Ich zniszczenie tworzy dla reżimu podwójny kryzys: utrudnia odbudowę zdolności militarnych, a jednocześnie zwiększa presję wewnętrzną. Rząd już zmagający się z trudnościami gospodarczymi, niepokojami społecznymi i powszechnym niezadowoleniem musi teraz mierzyć się ze społeczeństwem, którego źródła utrzymania są bezpośrednio zagrożone.

W tym sensie uderzenia zrobiły więcej niż tylko osłabiły zdolności operacyjne Iranu; uwypukliły wewnętrzne sprzeczności reżimu, zmuszając go do równoważenia konfrontacji zewnętrznej z rosnącym ryzykiem destabilizacji wewnętrznej.

Iluzja zwycięstwa — i rzeczywistość strategii

Wśród proizraelskich odbiorców na Zachodzie to zawieszenie broni może wydawać się rozczarowujące, jeśli nie wręcz frustrujące. Po tygodniach intensywnej presji na infrastrukturę wojskową i reżimową Iranu wielu oczekiwało czegoś bliższego rozstrzygającemu wynikowi: „nokautującego ciosu”, który zasadniczo sparaliżowałby lub nawet doprowadził do upadku Islamskiej Republiki Iranu.

Ten moment nie nadszedł — ale nigdy nie był najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.

Współczesne konflikty między państwami, zwłaszcza tymi głęboko uwikłanymi regionalnie i dysponującymi asymetrycznymi narzędziami władzy, rzadko kończą się nagłymi, rozstrzygającymi uderzeniami. Ewoluują poprzez fazy presji, adaptacji i napięć wewnętrznych. To, co na powierzchni może wyglądać jak powściągliwość lub niedokończenie, często stanowi część dłuższego łuku strategicznego.

Z tej perspektywy Izrael i Stany Zjednoczone nie wyczerpały swoich opcji; zachowały je.

Militarnie, gospodarczo i dyplomatycznie nadal istnieje znacząca dźwignia. Już wyrządzone szkody infrastrukturalne w Iranie nie są łatwe do odwrócenia. Sankcje mogą zostać zaostrzone. Operacje wywiadowcze mogą zostać rozszerzone. Precyzyjne uderzenia mogą zostać wznowione. Same negocjacje mogą być wykorzystywane jako narzędzia presji, a nie kompromisu.

Być może jednak najważniejsza „karta” nie jest zewnętrzna, lecz wewnętrzna wobec Iranu.

Skumulowana presja wojny, sankcji i dysfunkcji reżimu jest coraz silniej odczuwana przez irańskie społeczeństwo. Kruchość gospodarcza, inflacja i izolacja już podkopały zaufanie publiczne. Teraz, wraz z widocznymi oznakami słabości reżimu, zaczyna pękać psychologiczna bariera nieuchronności. Gdy rząd wydaje się silny, sprzeciw jest tłumiony nie tylko siłą, ale i poczuciem bezcelowości. Gdy wydaje się słaby, sprzeciw staje się wyobrażalny.

W tym miejscu przesuwa się horyzont strategiczny.

Jeśli duże grupy Irańczyków ponownie wyjdą na ulice, jak miało to miejsce w grudniu i styczniu, reżim stanie przed dylematem, z którym już się mierzył — lecz w zupełnie innych warunkach globalnych. W przeszłości, w tym podczas brutalnie tłumionych protestów w ostatnich miesiącach, reżim polegał na szybkości działania, ograniczonej przejrzystości i niewielkim zainteresowaniu międzynarodowym, by odzyskać kontrolę. Dziś sytuacja jest inna. Świat obserwuje Iran z intensywnością wykraczającą poza zwykłe kręgi dyplomatyczne i medialne.

Ostra pacyfikacja — masowe aresztowania, przemoc wobec demonstrantów czy egzekucje — nie odbyłaby się w próżni. Byłaby widziana, dokumentowana i nagłaśniana w czasie rzeczywistym. Takie działania mogłyby wywołać nie tylko odnowioną presję zewnętrzną, lecz także eskalację wewnętrzną. Narzędzia, którymi reżim historycznie utrzymywał kontrolę, w obecnych warunkach mogłyby przyspieszyć jego delegitymizację.

Nie gwarantuje to zmiany reżimu, ale znacząco podnosi stawkę.

Dla Izraela i Stanów Zjednoczonych tworzy to strategiczny paradoks: brak „nokautującego ciosu” może w rzeczywistości otworzyć drogę do bardziej doniosłego rezultatu — napędzanego nie tylko siłą zewnętrzną, lecz także wewnętrznym rozpadem.

Dla obserwatorów oczekujących rozstrzygającego finału ten moment może wydawać się niepełny. Jednak w konflikcie definiowanym przez warstwy militarne, polityczne, gospodarcze i społeczne, najbardziej decydujące zmiany często nie są natychmiastowe. Zawieszenie broni nie jest więc końcem presji na Iran. Może być początkiem innego jej rodzaju.


Link do oryginału:

Future of Jewish – How to Make Sense of the U.S.-Iran-Israel Ceasefire
Future of Jewish is the ultimate newsletter by and for people passionate about Judaism and Israel. Subscribe to better understand and become smarter about the Jewish world…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Men Who Bring Them Home


The Men Who Bring Them Home

Dovi Safier


Yasar Darom is the IDF unit that spent more than two years making sure every deceased hostage had a proper burial. This week, they finally completed their sacred mission.

IDF soldiers pay tribute to St.-Sgt.-Maj. Ran Gvili, the last remaining hostage in Gaza, whose remains were recovered on Jan. 26, 2026 / IDF Spokesperson Unit

The moment I saw the photograph, I understood what it meant. No caption was necessary.

The body on the stretcher was Ran Gvili—the last missing soldier, the final name in a chapter that an entire country had been desperate to close. He was draped in an Israeli flag, surrounded by men in uniform. Relief and grief arrived together, the way they always do in these moments. He was no longer missing. He was no longer a question that kept families awake at night. He was home.

And then something strange happened. Time folded in on itself, and I was no longer looking at the present.

Suddenly, it was November 2023. A small shul on Moshav Shokeda, not far from the Gaza border. Men in uniform. The smell of sleeplessness and something else I couldn’t name. I had come looking for a way to help. I found something else entirely.

A few weeks after Oct. 7, a friend and I flew to Israel. We did what so many people did in those early, disorienting days: We visited wounded soldiers and then made our way to the amputee ward, where we distributed gifts, sang with the men, laughed with them, and cried together as we listened to their stories. Young men who had lost their limbs but not their spirit. Brave men who had given pieces of themselves so that others could remain whole.

We hit the road and drove across Judea and Samaria, handing out supplies at checkpoints: endless cartons of cigarettes, snacks, whatever small comforts we could carry. Soldiers who looked barely old enough to shave, standing guard over a land that suddenly felt more fragile than any of us had imagined.

Since Oct. 7, Yasar Darom have been everywhere. They have recovered hundreds of bodies—soldiers and civilians alike, sometimes piece by piece, often under fire.

We attended shiva after shiva, sliding into chairs that never grew comfortable, learning quickly that we were not strangers among the mourners. We were brothers. And when they asked where we had come from, we found one simple phrase that opened every door and unlocked every heart: Banu me’America. Banu le’hishtatef itchem b’tza’ar.

We came from America. We came to share in your grief.

It was only on our last day that we were granted permission to head south. By then, much of the area remained a closed military zone. The kibbutzim that had become killing fields. The Nova site, still littered with the belongings of those who had fled: shoes without owners, phones that would never ring again, a thousand small objects that had outlived the hands that held them.

A friend who had made the arrangements urged us to visit a very specific unit operating near the border. She thought perhaps we could help them in some way.

“Leave Jerusalem long before dawn,” she told us. “You’ll want to arrive in time to daven shacharis with them.”

We barely slept that night. The roads were dark and empty, and we drove in silence through a country that felt as if it was still holding its breath. The hills of Judea gave way to the flat expanse of the Negev, and I thought of all the journeys we Jews had made through darkness toward uncertain dawns.

When we arrived at the shul on Moshav Shokeda, the first pale light was breaking over the fields. The moshav itself had been miraculously spared, but it sat directly beside Be’eri—ground that had absorbed loss beyond imagination, beyond tears, beyond the capacity of language to hold.

We were greeted there by my friend’s brother-in-law, Boaz. The shul and an adjoining recreation center had become a makeshift headquarters. Men in uniforms milled about, yarmulkes of every stripe and color on their heads, sleeping bags rolled up in corners. Their faces looked young until you met their eyes and saw something far older looking back at you.

This was Yasar Darom.

The unit was born from tragedy. In May of 2004, two armored personnel carriers were blown up on the Philadelphi Route in Gaza, killing 13 soldiers and scattering their remains across the sand. Fellow soldiers were forced to sift through the debris on hands and knees, collecting body parts while cameras captured images that shocked the nation.

In the aftermath, the IDF recognized the need for specialized units to handle such work with professionalism and dignity. Yasar Darom was established under the office of the Chief Military Rabbinate, with a mission both sacred and strategic: to ensure that every fallen soldier receives a proper kevurah—buried with a name, with dignity, with a grave that a family can visit—and to deny the enemy any opportunity to use Israeli remains as bargaining chips or propaganda tools.

Since Oct. 7, Yasar Darom has been everywhere. In the burned homes of the Gaza border communities, where entire families were erased in minutes. At the Nova site, sifting through the wreckage of a music festival that had become a killing field—where young people who had come to dance beneath the desert stars instead met monsters at dawn. In open fields and bomb shelters and safe rooms that had not been safe at all. Inside Gaza itself, in territory that wanted them dead for the act of reclaiming the dead.

They have recovered hundreds of bodies—soldiers and civilians alike—sometimes days later, sometimes weeks, sometimes piece by piece, often under fire. No one was abandoned; no one forgotten.

We prayed shacharis, the morning prayer, with the men of Yasar Darom that morning in the little shul on the moshav.

It was an ordinary prayer service at first. The familiar rhythm of the words, the quiet shuffle of men finding their places, the low murmur of words spoken almost automatically by people who had been saying them their entire lives.

But then, my friend Reuven, a Kohen, stepped forward to the front of the shul. As he covered his head with his tallis, the chazzan’s voice, which had been steady until that moment, began to waver. Not from weakness. From weight.

And then came Birchas Kohanim, the priestly blessing.

As Reuven began to melodiously recite the ancient words, something in the room gave way. I looked around and realized, with a shock that I can still feel in my bones, that every single person in that room was crying. Soldiers who had walked through horrors I could not imagine. Men who had held what remained of other men in their hands. Weeping like children.

I did not understand. Not yet.

And then it landed.

To do what Yasar Darom does—to recover the fallen, to crawl through wreckage and open graves and sift through debris—you cannot be a Kohen, because Kohanim, members of the ancient tribe that once served in the Temple, cannot, according to Jewish law, be exposed to dead bodies. And exposure to dead bodies is a constant and unavoidable part of the work of Yasar Darom, which means that since the war began, through all those weeks of retrieval and recovery, these men had not once heard Birchas Kohanim. Not once. Something that had been part of the daily rhythm of their lives—a blessing so familiar it had perhaps faded into routine—had been taken from them precisely when they needed it most. They had given up this gift so that they could perform the ultimate chesed, the ultimate kindness that asks nothing in return.

And now, suddenly, unexpectedly, here it was. A Kohen standing before them, hands raised beneath a tallis, blessing them. Men whose days were spent bringing home the dead so that other Jews could be buried with names, with the dignity that Jewish law demands we afford to everyone.

Yevarechecha Hashem v’yishmerecha. May Hashem bless you and protect you.

I have never forgotten that shacharis. I don’t think I ever will.

We soon returned home to the United States, but we went back to Israel a few weeks later and checked in again with Boaz. He described how the team had been brought into the basement of a Gaza hospital that Hamas had converted into military infrastructure. Military intelligence directed them to a room in a subbasement where dozens of large construction sacks awaited, each one filled with what appeared to be dirt and debris. Each one had to be opened. Each one had to be sifted through by hand—slowly, methodically, carefully. They were looking for anything that might belong to someone who had not yet been found.

A fragment of bone. A scrap of fabric. Something no larger than a coin.

There is no way to rush that work. It cannot be done quickly, and it cannot be done carelessly. One missed detail means someone is still not home. One fragment overlooked means a family that will never know, a grave that will remain empty, a name that will never be spoken at a funeral.

They searched the same piles again and again. Piles that had already been gone through once were gone through a second time, and then a third. Because “already searched” is not the same as “fully searched,” and these men understood the difference.

And the work paid off. Three days later, back on the base, they crowded around an 11-inch tablet and watched a funeral. Somewhere in Israel, a family stood beside a grave, finally able to say Kaddish, finally able to begin the impossible work of mourning. No one at that funeral knew how this miraculous recovery had occurred. No one, of course, aside from these holy men who watched in silence, their eyes wet, their lips moving in prayers no one else could hear.

Not every day was spent in the field. The unit, consisting mainly of yeshiva graduates, numbed their pain with studying Talmud and other Jewish texts. For more than two years, they carried this weight. And still they kept going.

And then came the morning, earlier this week, of finding Ran Gvili.


IDF soldiers singing after the recovery of Ran Gvili. The song they are singing is Ani Ma’amin (“I Believe”): “I believe with complete faith in the coming of the Messiah. Even though he may tarry, nonetheless I will wait for him.” It has been over 800 days. Our faith may have wavered at times, but we never gave up. Welcome home, Ran. We have been waiting for you.

The soldier at the head of the procession that carried Ran Gvili’s flag-draped coffin out of Gaza was Boaz. A few days earlier, he and his men had received reliable intelligence that the remains of Ran Gvili—the last hostage, the final name—were likely buried in a grave in a Gaza cemetery. One grave among thousands. Ironically, two miles from the border with Israel, close enough to see home.

But nothing in Gaza is simple. The Alexandroni Brigade secured the area. Fear of booby-trapped coffins required that the elite Yahalom engineering unit examine each grave before it could be opened. A massive team of 20 dentists as well as doctors and medical examiners joined Yasar Darom. On Thursday, Operation Lev Amitz—Brave Heart—began.

Word of the operation leaked to the press. The whole country held its breath.

They dug through graves, one after another. Opened them. Tested remains against dental records. Again and again and again, with no guarantee that any of it would yield results. After nearly four days, things looked bleak. The men were exhausted. The earth had given up nothing.

Until it did.

They found him—843 days after his body had been dragged into Gaza.

We watched from thousands of miles away as they escorted the coffin out of Gaza. Kaddish was recited. And then, spontaneously, the soldiers began to sing Ani Maamin, Hebrew for “I believe.”

A few hours later, Boaz, a reservist who has spent more than 600 days in service since Oct. 7, sent a video message to the unit and their families back home. He was standing somewhere in the ruins of Gaza, still in uniform.

“We made history,” he said. “From the 7th of October until today. The last fallen soldier. By our hands.”

His voice kept breaking.

“Please pass this on to your wives. To your families. This is all for them. This is all for you.”


To learn more about Yasar Darom, or to support its operation, click here: https://www.jgive.com/new/en/usd/donation-targets/123627

Dovi Safier is an award-winning writer whose work focuses on modern Jewish history. A business professional active in Jewish communal life, he lives in Lawrence, New York, with his wife and six children.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com