Archive | May 2026

Albanian Prime Minister Promotes Kanye West’s Upcoming Concert in New 60,000-Seat Stadium


Albanian Prime Minister Promotes Kanye West’s Upcoming Concert in New 60,000-Seat Stadium

Shiryn Ghermezian


Ye, formerly known as Kanye West. Photo: BANG Showbiz via Reuters Connect

Albanian Prime Minister Edi Rama confirmed on Thursday an upcoming concert in the country by Ye, formerly known as Kanye West, despite a number of the rapper’s previous shows being canceled across Europe because of his past antisemitic behavior.

Rama shared a video on Facebook that features footage of the Grammy winner during his previous concerts, along with a message that announces the date of the concert in Tirana, Albania. The “Flashing Lights” singer will perform one night only on July 11.

The Yeezy founder will also reportedly have a temporary venue built for him in the city that will be called “Eagle Stadium.” It is expected to hold approximately 60,000 people and will be located near the Tirana-Durra axis, Albania’s Minister of Tourism, Culture, and Sports Blendi Gonxhja confirmed in a Facebook post, which was also shared on the ministry’s official Facebook page.

The Ministry of Culture noted that the concert will be paid for through ticket sales, but some partnered institutions will “facilitate” its progress, according to BalkanInsight.

“In every aspect, it is our obligation to welcome and facilitate the development of such events that bring numerous benefits to tourism and the economy,” the ministry reportedly said. It added that the concert “will have an extraordinary impact on the promotion of tourism and the local economy.”

The United Kingdom, France, Poland, and Switzerland have all recently canceled Ye’s concerts amid controversy over his past antisemitic actions and comments, which include selling T-shirts that feature a Nazi swastika, expressing admiration for Nazi leader Adolf Hitler, releasing a song titled “Heil Hitler,” and posting several antisemitic comments about Jews on X. Australia banned Ye from entering the country last year.

Italy is still set to have Ye headline its Hellwatt Festival in July, but Pina Picierno, vice president of the European Parliament and senior member of Italy’s Democratic Party, said the government should take action to prevent the concert from taking place. “The United Kingdom denied the visa. France effectively prevented the Marseille concert. Italy, meanwhile, is just staying idle with 68,000 tickets sold, as if nothing had happened,” Picierno told the local newspaper La Gazzetta di Reggio.

Ye apologized for his antisemitic and pro-Nazi comments in January in an advert in the Wall Street Journal. He attributed his offensive behavior to manic episodes related to untreated bipolar disorder and declared, “I am not a Nazi or an antisemite.”

As part of his world tour, Ye is set to perform this summer in India, Turkey, The Netherlands, Spain, and Portugal.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Proszę cofnąć się do przodu

Świetna książka z początków dwudziestolecia, szkoda, że nikt nie ma ochoty jej wznowić.


Proszę cofnąć się do przodu
(Poprawiona wersja tekstu)

Andrzej Koraszewski


Leszek Kołakowski zwrócił kiedyś uwagę na okrzyk motorniczego w warszawskim tramwaju: „Proszę cofnąć się do przodu”. Nie było w tym wezwaniu niczego nadzwyczajnego. Wsiadało się wtedy do tramwaju przednimi drzwiami, wychodziło się tylnymi i często przy drzwiach wyjściowych był nadmierny ścisk. Dziś lewica wzywa nas, żebyśmy cofnęli się do przodu, ogłasza postęp, ale jej lewicowy konserwatyzm jest nie tylko absurdalny, jest przerażający. Oczywiście pojęcia lewicy i prawicy zawsze były głęboko mylące. Podobnie jak wielkie wyznania religijne, miały dziesiątki nurtów i indywidualnych interpretacji. Będąc już na emigracji, Leszek Kołakowski zastanawiał się, Jak być konserwatywno-liberalnym-socjalistą.

Próbując określić swoją tożsamość, często zaczynamy od poszukiwania trwałej, eleganckiej etykietki na wszystkie okazje. Chcemy, by postrzegano nas jako dobrych, postępowych, nowoczesnych. Interesują nas atrakcyjne nalepki, które zwolnią nas od ciągłej niepewności, a w szczególności od odpowiedzialności za własne wybory. Dewiza Władysława Bartoszewskiego seniora – „warto być przyzwoitym” – jest wspaniała, ale i ona jest poważnym problemem ze względu na łatwość, z jaką możemy żonglować określaniem tego, co jest przyzwoite.

Dziś tak wielu cofa się do przodu, lądując w miejscach, w których byli już inni wiele dziesięcioleci temu.

Patrzę na tytuł artykułu polskiego publicysty Konstantego Geberta i myślę, że on myśli, że swoją wersję przyzwoitości wyjaśni później. Tytuł brzmi: ŻYDOWSCY LUDOBÓJCY W KRÓLESTWIE DOWOLNOŚCI. Jako socjolog dziesiątki razy uczestniczyłem w tworzeniu ankiet i pilotażach, które miały nam powiedzieć, jak respondenci rozumieją pytanie. Sprawdziłem zaledwie na trzech osobach, jak ten tytuł jest rozumiany – trzykrotnie ta sama odpowiedź: „Żydzi robią, co chcą”. Tytuł artykułu jest etykietą, często jedynym sygnałem, który pozostaje w umyśle czytelnika danego medium. Czytelnik, który przeczyta pierwszy akapit wynurzeń Geberta, może sądzić, że polski publicysta zaprasza go do kawiarni na dłuższą rozmowę:

Porównanie rzezi Hamasu z 7 października z Zagładą jest równie absurdalne jak porównanie z nią izraelskiej reakcji na tę rzeź. To, że tak znaczne odłamy opinii publicznej w różnych krajach gotowe są oba porównania zaakceptować, świadczy, że przez „nazistowskie traktowanie” rozumieją oni po prostu coś złego. W ogóle nie zadając sobie pytania o szczególny charakter tego zła.

Nie wiem, dlaczego porównanie palestyńskiej rzezi Żydów z europejską Zagładą Żydów jest dla publicysty absurdalne, ponieważ nie wiem, do czyich słów się odnosi. Jeśli na przykład chodzi mu o liczbę ofiar, to oczywiście ma rację; jeśli idzie o ideologię i intencje, to domniemany absurd może być mniejszy, niż autor mniema. Ostatecznie uczestnicy rzezi 7 października 2023 roku wierni byli wezwaniom swoich kapłanów powtarzających niemal co piątek: „O Allahu, zabij ich do ostatniego”. Co ma na myśli publicysta, pisząc o absurdalności porównania izraelskiej reakcji na palestyńską rzeź, nie wiemy, bo w kolejnych akapitach niespodziewanie zajął się sprawą wyrzucania Żydów z manifestacji z okazji Dnia Wyzwolenia w Mediolanie.

Gebert zauważa jawnie antysemickie zachowania i przypomina, że 20 procent Włochów wyraziło poparcie dla Hamasu, i to bezpośrednio po ludobójczej rzezi.

Kolejny akapit wbija w fotel i skłania do zadumy:

Mało tego: istniała zapewne możliwość kompromisowego rozwiązania konfliktu, choć w ogniu wydarzeń nikt o niej nie pomyślał. Wystarczyłoby przecież żydowskich uczestników przesłuchać z ich poglądów i tym, którzy potępiliby Izrael, dać prawo do dalszego udziału w manifestacji. Warto by taką zasadę warunkowości, listę pytań i regulamin komisji weryfikacyjnych wprowadzić na przyszłych antyfaszystowskich pochodach, by uniknąć przykrych i nikomu niepotrzebnych scysji.

Ironia, której nie dostrzegam, czy może stanowisko? Nie wiem, musiałbym zapytać autora, a nie mam z nim kontaktu. Tak czy inaczej Konstanty Gebert uświadamia sobie chwilowo jeszcze abstrakcyjną możliwość usunięcia Żydów, a zatem również jego, z obchodów rocznicy powstania w getcie. Konstanty Gebert nie byłby jednak sobą, gdyby, zauważając lawinowy wzrost antysemityzmu, nie dał do zrozumienia natychmiast, że podziela pogląd, jakoby Izrael popełnił zbrodnie wojenne w Gazie. To jednak tylko na marginesie, bo zajmuje się studiami nad opinią publiczną.

Gebert nie jest socjologiem i wydaje się nie całkiem zdawać sobie sprawę z faktu, że opinie i postawy społeczne nie mają związku z faktami, są jednak silnie skorelowane ze źródłami informacji oraz tradycją rodzinną i środowiskową. Zauważa zatem nasz opiniotwórca, że po 80 latach zniknęła pamięć i „zastąpiła ją nowa poprawność polityczna, każąca o Żydach mówić źle”, natychmiast dodając:

Niewątpliwie uzasadniona krytyka rozmaitych działań rządu Izraela ułatwiła tę przemianę. Ale głębia nienawiści, którą widzieliśmy choćby w Mediolanie, nie pozostaje z tą krytyką w żadnym proporcjonalnym związku. Stary europejski antysemityzm powrócił, zmieniając jedynie kostium.

Dziś skierowany jest przeciwko państwu żydowskiemu, tak jak wcześniej przeciwko „Żydokomunie” czy żydowskim dzieciobójcom lub Bogobójcom. Ale i tak, jak zawsze, obrywają po prostu Żydzi.

Czyżby człowiek, który poświęcił tak wiele uwagi propagandzie kłamstw, którą nasz opiniotwórca nazywa „uzasadnioną krytyką”, o Izraelu, poczuł skruchę i postanowił przyznać się do błędu? Aż tak źle nie jest. A jednak Konstanty Gebert po raz pierwszy zauważa łajdactwo jednego ze swoich byłych towarzyszy ze stowarzyszenia poszukiwaczy żydowskiego faszyzmu z „Gazety Wyborczej” – „dziennikarza” Mariusza Zawadzkiego. Pisze o nim Gebert, że to „reporter z dużym doświadczeniem bliskowschodnim”, jak również, że jest szanowany i publikowany przez inne krajowe media, i – proszę się nie śmiać – wyraża zdumienie, że „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Zawadzkiego, w którym ten były towarzysz Geberta zastanawia się, jakim cudem społeczeństwo znajdujące się pod ciągłym ostrzałem i groźbą zamachów terrorystycznych znajduje się w czołówce krajów najszczęśliwszych. Gebert cytuje Zawadzkiego:

„Generalnie wszystko wskazuje – wyjaśnia – że dzisiejsi Izraelczycy są społeczeństwem ciężko chorym z nienawiści, które jest tym szczęśliwsze, im więcej nieszczęść wywołuje wokół siebie”. Słowem, Izraelczycy są szczęśliwi, bo zabijają Arabów.

Konstanty Gebert przyznaje, że wcześniejsza produkcja jego byłego redakcyjnego kolegi nie była lepsza. Na wszelki wypadek nie przypomina, że nigdy wcześniej nie protestował. Czyżby tytuł jego własnego artykułu miał sugerować, że nie było żadnego żydowskiego ludobójstwa, a powszechna opinia publiczna ukształtowała się pod wpływem dezinformujących donosów dziennikarzy spod ciemnej gwiazdy?

Warszawski opiniotwórca wprost tego nie pisze, kolejne akapity mogłyby na to wskazywać. Zamiast danych i prezentacji wypaczonych definicji ludobójstwa mamy ponowną wycieczkę do Mediolanu i dywagacje na temat wyrzucania Żydów z antyfaszystowskiej demonstracji.

Najbardziej ucieszyło mnie ostatnie zdanie naszego kulturalnie liberalnego autora: „Na naszych oczach, po 80 latach zakłamania, kształtuje się wreszcie właściwy obraz europejskiej pamięci o wojnie”.

Można powiedzieć, że sama pamięć o wojnie jest tu mniej istotna od pamięci o własnym człowieczeństwie i od łatwości, z jaką daje się powrócić do odwiecznych uprzedzeń, oraz od tego, kto i jak ułatwia drogę powrotu do zbiorowego obłędu. Joël Rubinfeld, współzałożyciel i przewodniczący Belgijskiej Ligi Przeciw Antysemityzmowi, mówi wyraźnie, że dziś Izrael jest Dreyfusem narodów, że toczy się nieustannie pokazowy proces przeciwko państwu żydowskiemu. Konstanty Gebert jest od lat pomocniczym oskarżycielem w tym pokazowym procesie. Rubinfeld próbuje również odpowiedzieć na trudne pytanie, dlaczego tak wielu Żydów, zarówno w diasporze, jak i w samym Izraelu, pomaga antysemitom budować fałszywy obraz żydowskiego państwa.

Facebook podrzucił mi zapowiedź artykułu Jana Hartmana w „Gazecie Wyborczej”. Młoda kobieta z Gdańska zdjęcie zapowiedzi tego artykułu poprzedziła zdaniem: „Waszej propagandy już nikt nie kupi”. To charakterystyczny głos opinii publicznej ukształtowanej przez Konstantego Geberta i innych. Młoda niewiasta z Gdańska nie zamierzała dyskutować, stawiać pytań, prawdopodobnie nie zamierzała również czytać artykułu Jana Hartmana, odrzucając go jako żydowską propagandę.

Sam artykuł Hartmana jest niesłychanie interesujący, nie tylko w kontekście wypracowania Konstantego Geberta. Tekst nosi tytuł „To nie Żydzi, lecz Arabowie byli i są największymi krzywdzicielami Palestyńczyków”. Dopiero przy drugim czytaniu zauważam, że nie ma w nim odwołań do arabskich, a w szczególności palestyńskich dysydentów, a przecież tam znajdujemy najwięcej dowodów i rzeczowych argumentów na to, jak Arabowie zatruli naród palestyński, zmienili Palestyńczyków w psy wojny i ich życie w piekło. Tam jest szczegółowa analiza tego, jak niszczone jest od kolebki człowieczeństwo Palestyńczyków. Co więcej, analiza krzywd Palestyńczyków z rąk tych, którzy sprawują nad nimi władzę, jest w tym tekście właściwie marginesem. Tekst traktuje głównie o antysemityzmie i podzielonej tożsamości. Zatrzymajmy się jednak przy tytułowej kwestii. Hartman pisze:

Od Egiptu po Jordanię. Nie Żydzi, ale Arabowie najbardziej krzywdzą Palestyńczyków

I tylko niech w waszych głowach nie zalęgnie się myśl, jakobym wierzył w jakąś palestyńską sielankę w Izraelu i nie miał pojęcia o doznawanych przez Palestyńczyków krzywdach. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Izrael ma bardzo wiele na sumieniu, gdy chodzi o traktowanie Palestyńczyków. Zwłaszcza na terenach zdobytych na Jordanii i Egipcie, czyli na Zachodnim Brzegu i w Gazie, jakkolwiek daleko mu do tej wrogości, jaką okazują im kraje arabskie i Arabowie, którym wszak nie mogło się spodobać, że pół wieku temu na masową skalę zaczęli się odżegnywać od narodowości arabskiej.

Otwieram link, żeby się dowiedzieć, kto mu tę czarnotę wcisnął. Oczywiście jak diabeł z pudełka wyskakuje Konstanty Gebert, ale znów problem, bo w opublikowanym zaledwie 6 dni po zorganizowanej przez Hamas ludobójczej wyprawie Palestyńczyków do Izraela tekście nie widzę krzywd ze strony Izraela poza samym faktem jego legalnego powstania i obrony przed mordercami. Gebert nie pisze otwarcie o ideologii palestyńskiej, o wychowywaniu dzieci na morderców sadystów, chociaż jest zbyt zręcznym publicystą, żeby nie dać znać, że o niej wie. Przewiduje, że „pokoju nie będzie, najwyżej wymiana jeńców”, i w tym nazwaniu porwanych Izraelczyków i skazanych morderców kryje się cała jego mentalność.

Hartman dostrzega, że izraelscy Arabowie mają pełnię praw obywatelskich. Więc tu „krzywdą” jest nieufność, podejrzliwość, nie dyskryminacja ze strony państwa, ale głęboko uzasadnione obawy i, tak, uprzedzenia ze strony żydowskich mieszkańców. To trzeba stanowczo rozgraniczyć i pamiętać, że w Izraelu dyskryminacja mniejszości jest karalna. Dalej pisze Hartman, że chodzi mu głównie o krzywdy doznawane od Izraela przez Palestyńczyków z Judei i Samarii oraz z Gazy. Gebert przynajmniej zauważa, że to nie Izrael umieścił arabskich wychodźców – wychodźców, a nie uchodźców, ponieważ przed wojną i w czasie wojny 1948 roku większość Arabów uciekających z terenów dzisiejszego Izraela robiła to na wezwanie swoich przywódców, żydowscy przywódcy wzywali miejscową arabską ludność do zachowania neutralności, wypędzani byli aktywni uczestnicy walk. Gorliwość Hartmana w zapewnianiu o palestyńskich krzywdach bez pokazania szczegółów to po raz kolejny syndrom Oslo. To pragnienie czy może obawa, żeby nie urazić ojczyźnianych antysemitów, jest silnie obecne w całym artykule:

Do dawnych win trzeba zresztą doliczyć te nowe, związane z wojną w Gazie, podczas której dochodzi do bombardowań, zabójstw i wyburzeń, których nie da się uzasadnić strategią i taktyką wojny sprawiedliwej.

Od filozofa oczekujemy większej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa. Nawet uważna lektura cytowanego przez niego artykułu Geberta powinna mu uświadomić, że Izrael walczy ze starannie zaplanowaną nazistowską twierdzą, w której infrastruktura cywilna jest tylko tarczą infrastruktury militarnej. Autor bezmyślnie posługuje się terminami: bombardowań, ZABÓJSTW, wyburzeń, których jego zdaniem nie da się „usprawiedliwić taktyką wojny sprawiedliwej”. Czy jest to autocenzura, żeby móc swój tekst opublikować w tej właśnie gazecie, czy brak ochoty na zapoznanie się z ekspertyzą militarnych ekspertów?

Czy w tej wojnie zdarzały się przypadki naruszeń prawa wojennego? Tak, jak w każdej wojnie, ale ponownie mamy obowiązek rozgraniczenia polityki państwa i armii od jednostkowych przypadków naruszenia kodeksu IDF. Hartman powinien wiedzieć, że w żadnej armii zachodniej nie ma tak skrupulatnego badania każdego zgłoszonego przypadku naruszenia regulaminu jak w przypadku sił zbrojnych Izraela.

Dzisiejszy Jan Hartman, ten po 7 października 2023 roku, wie jednak, że sympatyków Palestyny Palestyńczycy grzeją tylko jako narzędzie do usprawiedliwiania swojego antysemityzmu:

Antysemitów udających przyjaciół Palestyńczyków tak naprawdę nic a nic Palestyńczycy nie obchodzą. Nie obchodzi ich upodlenie Palestyńczyków w Libanie, Syrii i w Jordanii, gdzie zresztą stanowią większość obywateli. Palestyńczycy interesują antysemitów wyłącznie jako ofiary faktycznych bądź domniemanych krzywd ze strony Izraela, bo stwarzają doskonały pretekst dla „bezpiecznego” wyrażania wrogości wobec „syjonistów”, połączonego z pełnymi oburzenia zapewnieniami, że nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem.

I znów zastanawiają te linki do „Gazety Wyborczej”, jakby to było jakieś jedyne źródło rzetelnej wiedzy o problemie autentycznie strasznego losu palestyńskich Arabów.

W artykule Jana Hartmana, podobnie zresztą jak w artykule Konstantego Geberta, istotny jest wątek osobisty. Podczas gdy Gebert wyobraża sobie, że mogą go pewnego dnia wyrzucić z wiecu dla uczczenia rocznicy powstania w getcie, Jan Hartman pisze:

Ja też już nie wierzę w rozwiązanie dwupaństwowe, czyli w wolną Palestynę. Tak jak nie wierzę w dobrą wolę antysemitów, by stopniowo wyzwolić się z uprzedzeń. Wszystko się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy spłynąłem na margines życia wraz z brunatną falą nienawiści, która przelała się przez Zachód i przez Polskę po straszliwym pogromie z 7 października 2023.

Tu wyłania się Hartman po traumie, Hartman, który dostrzegł to, co było wyraźnie widoczne od wielu lat:

Choćbyś sto razy powiedział, że Izrael popełnia w Gazie zbrodnie, lecz mimo to sprzeciwił się ortodoksji propagandy Hamasu, a więc odrzucił któryś z punktów litanii: okupanci, ludobójcy, czystki etniczne, terror, głodzenie ludności, to i tak natychmiast zostaniesz przez lewicę medialną i polityczną potępiony jako bezkrytyczny poplecznik Netanjahu „broniący ludobójstwa w Gazie” oraz zaciekły „syjonista”.

Jan Hartman odkrywa zjawisko, które było tysiąckrotnie od lat opisane:

Nikt nie mówi tego wprost, lecz cały „mainstreamowy” dyskurs liberalnych mediów jest w oczywisty sposób prohamasowski, bo służy celom Hamasu i delegitymizuje cel strategiczny Izraela, jakim jest zniszczenie tej potwornej terrorystycznej organizacji. O, nie, jej status jest zupełnie inny niż Państwa Islamskiego vel ISIS czy Al-Kaidy – bo tamci mordowali niewinnych muzułmanów i chrześcijan, ci zaś – Żydów.

Autor odkrywa, że Żydzi na Zachodzie żyć nie mogą, chyba że będą gorliwie potwierdzać każde kłamstwo o Izraelu:

Również w Polsce można być Żydem tylko warunkowo. Trzeba potakiwać rozmaitym bałamuctwom na temat stosunków polsko-żydowskich, oburzać się na „oskarżanie Polaków o antysemityzm” i zasadniczo „nie obnosić się” ze swoim żydostwem. Mile widziane są sentymenty, jakaś opieka nad cmentarzami czy organizowanie koncertów muzyki klezmerskiej, byleby chodziło o martwych Żydów i byleby można było powiedzieć, że współczesna Polska dba o pamięć o „mniejszości żydowskiej”.

To słowo „mniejszość” jest zdumiewające, bo Polacy pochodzenia żydowskiego są Polakami z krwi i kości, a jednak traktowani są jako jakaś mniejszość. „Jak ktoś jest Żydem, to przecież nie może być jednocześnie Polakiem”.

We Francji, Belgii, Holandii czy Wielkiej Brytanii Żydzi pakują walizki, chcą się uwolnić od dalszych kontaktów z wiernymi czytelnikami Konstantego Geberta, a raczej jego odpowiedników w (dotychczas) swoich krajach, i żyć szczęśliwie nawet kosztem narażania życia. Świat zachodni cofnął się do przodu.

W 50. rocznicę Anschlussu Austrii Viktor Frankl podczas uroczystości na Placu Bohaterów w Wiedniu w 1988 roku powiedział m.in.:

„Musimy pogodzić się z tym, że porządni ludzie stanowili mniejszość i prawdopodobnie tak pozostanie.

Niebezpieczeństwo pojawia się dopiero wtedy, gdy system polityczny wypycha na powierzchnię niegodziwych, czyli negatywną selekcję narodu. Żaden naród nie jest jednak na to odporny i w tym sensie każdy naród jest zasadniczo zdolny do Holokaustu!”


Całe przemówienie można przeczytać tutaj.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


This Year in Israel, Yom HaZikaron Was Different


This Year in Israel, Yom HaZikaron Was Different

Philip Rosen


Mourners visit the graves of fallen IDF soldiers at Israel’s Yom HaZikaron ceremony. Photo: Israel Defense Forces

For most of my years, Yom HaZikaron (Israel’s Memorial Day) has had special significance. In 1948, my father’s younger brother (one of three survivors of a large Warsaw family) was killed in the Battle of Mishmar Hayarden. From 1950 until my father’s passing in 1990, he visited his brother’s grave, the only grave he was able to visit (his parents, sister, older brother, and baby brother were slaughtered in Auschwitz/Treblinka). I often joined him on this sad, but important, visit.

The atmosphere at the military part of the ancient cemetery in Safed was always mournful but serene and peaceful. Even after wars such as 1967, 1973 or the Lebanon campaign in 1982, it was mostly one or two family members standing by the graves of their family members. They would cry a little, listen to the memorial prayer El Moleh Rachamim, but celebrate the individuals buried in the kvarim and then go home.

This year was different. With tens of thousands of victims of the October 7 war and the wars initiated by Israel’s other enemies, every military cemetery in Israel was packed and turned into family gatherings. Noticeably, there was an upsurge of the number of children crying at graves of their parents or siblings. All I could think of was this is not the way it should be.

This war was a war for Israel’s survival. It involved the entire country from north to south, east to west. Thousands came back home to Israel to fight for the country’s existence. And the losses reflected this massive effort. Looking around the cemetery you saw every breed of Jew — religious, secular, Ashkenazi, Sephardi, Russian, Black. But as always, the saddest part was the children.

My friend Jackie Schimmel writes about the thousands of small stickers lining lampposts and bus stops, petrol stations, and kitchen fridges all across the country. Words that soldiers had as their mottos or themes of life:

“Love thy neighbor as thyself.”

“He fought out of love of those behind him rather than hatred of those in front of him.”

“It’s very good to live for our country.”

They are fragments of philosophy that stayed behind.

Rachel Goldberg-Polin quoted her son Hersh — who was quoting Holocaust survivor Viktor Frankl citing German philosopher Friedrich Nietzsche — “He who has a why to live can bear almost any how.”

Schimmel compares these sayings to Pirkei Avot (Ethics of Our Fathers), our sayings from famous rishonim, each beginning with “Hu haya omer” — “he used to say.”

So, with the large increase of children and teens that now have to visit graves and mourn their losses, perhaps we can look at these stickers and these sayings as a way for the young to mourn. These notes, the fragments of themselves that people have left behind, can be a way to pay tribute to the bravest of the brave — our soldiers and victims of terror. And even more so, a way for adults to reconnect to all of the young fighting or who fought.

“I go in search of my brothers.”


J. Philip Rosen is currently Chairman of the American Section of the World Jewish Congress and Board Member of Yeshiva University, as well as several other Jewish causes. He was Vice-Chair of Birthright Israel for many years. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Brooklyn Nets Forward Michael Porter Jr. Defends Deni Avdija Against Hate for Representing Israel


Brooklyn Nets Forward Michael Porter Jr. Defends Deni Avdija Against Hate for Representing Israel

Shiryn Ghermezian


Mar 2, 2025; Cleveland, Ohio, USA; Portland Trail Blazers forward Deni Avdija (8) drives to the basket against Cleveland Cavaliers guard Ty Jerome (2) and forward Dean Wade (32) during the second half at Rocket Arena. Photot: Ken Blaze-Imagn Images via Reuters Connect

Brooklyn Nets forward Michael Porter Jr. defended fellow NBA player and Trail Blazers forward Deni Avdija against the hate he receives for representing his home country of Israel.

Porter Jr. recently made an appearance on a live stream with YouTuber N3on and mentioned that Avdija is a player who gets to the free-throw line often. N3on then commented that Avdija “gets a lot of hate,” referring to hate messages on social media, even though “he’s a good player.” When Porter asked the streamer if Avdija is criticized because he is Jewish, N3on replied yes.

“Really? What are people mad about?” Porter asked.

“Because he wore a flag or something,” N3on replied, referring to Avdija’s public display of pride for Israel, such as wearing a jersey featuring an Israeli flag or draping himself in an Israeli flag on the court.

“It’s so weird,” Porter said in response. “Do people not want others to represent their country? What do they expect from him?” 
.

Avdija, who is set to become a free agent in 2028, is the first Israeli to be named an NBA All-Star and last month became the first Israeli to reach and win an NBA Playoff game. Unfortunately, the Portland Trail Blazers ended their 2025-26 season last week with a 114-95 loss to the San Antonio Spurs in the first round of the 2026 playoffs.

Earlier the year, Avdija spoke to The Athletic about the hate that he receives as an NBA player from Israel.

“I obviously stand for my country, because that’s where I’m from. It’s frustrating to see all the hate,” he said. “Like, I have a good game or get All-Star votes, and all the comments [on social media] are people connecting me to politics. Like, why can’t I just be a good basketball player? Why does it matter if I’m from Israel, or wherever in the world, or what my race is? Just respect me as a basketball player.”

“You don’t have to love what I stand for or how I look, but if I’m a good player, give props,” Avdija added. “All this hate … for no reason, like I’m deciding things in the world … I’m from there, and I respect my country, and I stand behind it. I’m a proud Israeli because that’s where I grew up. I wouldn’t be where I am today if it weren’t for Israel and the support the people and fans gave me. But all the extra stuff around it? It’s just unnecessary.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje ten umiera – mija 60 lat od śmierci Stanisława Jerzego Leca


Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje ten umiera – mija 60 lat od śmierci Stanisława Jerzego Leca

Paweł Tomczyk (PAP)


STANISŁAW JERZY LEC – 1964 R. PAP/CAF-ARCHIWUM

Potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej – ocenił pisarz i satyryk Andrzej Nowicki. 7 maja 1966 roku zmarł satyryk, poeta i aforysta Stanisław Jerzy Lec, autor m.in. „Myśli nieuczesanych”. Miał 57 lat. „Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje ten umiera” – zdążył napisać.

Pogrzeb Stanisława Jerzego Leca odbył się 11 maja 1966 r.

„Na cmentarzu komunalnym, dawnym cmentarzu wojskowym na Powązkach zebrali się w środę rano, przy dusznej, bezwietrznej pogodzie, literaci warszawscy prawie bez wyjątku, ażeby oddać ostatni hołd koledze i przyjacielowi. Prezes Związku Literatów Jarosław Iwaszkiewicz i Artur Międzyrzecki pełnili w wartę przy katafalku, kompania honorowa prezentowała broń, oddała salut honorowy. Dwie panie, stojące obok mnie, zadrżały przy huku wystrzałów. Przypomniała mi się refleksja Leca: »Niech żywi zachowają ciszę na cmentarzu, jeśli potrafią to nawet umarli«. I jedno z jego typowych westchnień: »Szkoda, że do raju jedzie się karawanem!«. Pogrzeb państwowy dla satyryka!” – wspominał Karl Dedecius, który o śmierci Leca dowiedział się dzień wcześniej, z gazety rozdawanej w samolocie LOT-u lecącym z Frankfurtu nad Menem do Warszawy.

„Od dłuższego czasu nie dostawałem listów od niego, dopiero drogą okrężną dowiedziałem się o groźnym stanie jego zdrowia. W maju postanowiłem z dobrymi wieściami wydawniczymi i odrobiną nadziei pojechać do Warszawy” – wyjaśnił Dedecius. Przetłumaczone przezeń „Myśli nieuczesane” osiągnęły w Niemczech nakład ok. 2 mln egzemplarzy.

„»Niech żywi zachowają ciszę na cmentarzu, jeśli potrafią to nawet umarli«. I jedno z jego typowych westchnień: »Szkoda, że do raju jedzie się karawanem!«. Pogrzeb państwowy dla satyryka!”

Najzwięźlej – i aforystycznie! – twórczość Stanisława Jerzego Leca podsumował pisarz i satyryk Andrzej Nowicki (1909-86). „Osiągnął ideał: potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej” – ocenił, cytowany w opracowaniu Wandy Leopold pt. „Myślę, że jestem… Portrety wielokrotne. Wspomnienia i szkice o Stanisławie Jerzym Lecu” (1974).

W audycji Moniki Małkowskiej „Kwadratura Kultury” (Polskie Radio 24, 2020) architekt i varsavianista Tomasz Lec ocenił, że bon moty jego ojca z biegiem lat nabierają aktualności – pisząc: „Można mieć profil nie mając twarzy” przewidział powstanie Facebooka, zaś aforyzmem: „Omijam ludzi – rzekł pewien ich przyjaciel, aby im nic złego nie zrobić” opisał sytuację społeczną wywołaną pandemią.

Stanisław Jerzy Lec – a właściwie Stanisław Jerzy de Tusch-Letz – urodził się 6 marca 1909 r. we Lwowie, w uszlachconej rodzinie żydowskiej – był synem barona Benona de Tusch–Letza i Adeli z domu Safrin. Wychowanek gimnazjów we Lwowie i Wiedniu, maturę uzyskał w 1927 roku we Lwowie i podjął studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza – po roku polonistyki przeniósł się na prawo. W 1928 r. debiutował wierszem „Wiosna” w 13. numerze krakowskiego „Kuriera Literacko–Naukowego”.

„Potwierdzał swoim życiem prawdziwość własnych najbardziej paradoksalnych maksym. Dziedzic baronowskiego tytułu na przekór swojej sferze miał zdecydowanie lewicowe poglądy. Trójczłonowe nazwisko skrócił i spolszczył do prostego: Lec, co po hebrajsku oznacza wesołka, ale i bystrego obserwatora, który to, co widzi, »na swój sposób interpretuje i wyjaśnia«” – napisał Janusz R. Kowalczyk (culture.pl, 2017).

„Lec (albo Letz, według pisowni starszych dowodów osobistych rodziny w Wiedniu) znaczy po hebrajsku dowcipniś, satyryk. Staroniemieckie słowo »Letze« – fortyfikacja graniczna, wał ochronny – nadaje mu politycznej wagi. Czasownik »letzen« znaczy, paradoksalnie, zarówno krzepić, orzeźwiać, jak i dręczyć, przygnębiać. Myśli Leca krążyły wokół rzeczy ostatecznych (niem.: »letzte Dinge«). I w reszcie — i na koniec — rzeczownik niemiecki »Letzt« oznacza wieczerzę pożegnalną, stypę” – wyjaśnił Karl Dedecius w artykule „Lec: temat, forma, źródło z krótkim prologiem i epilogiem (pierwszego spotkania i ostatniego spaceru)”, opublikowanym w „Kwartalniku Literackim” (1973).

„Osiągnął ideał: potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej.”

„Związany ze środowiskiem lewicy społecznej należał do ścisłego grona współzałożycieli pisma »Tryby«, które zostało niemal natychmiast zamknięte przez władze po ukazaniu się pierwszego numeru (1931, nr 1). Współpracował z komunistycznym »Dziennikiem Popularnym« w latach 1933-36, na łamach którego publikował pod pseudonimem »Stach« stały codzienny felieton pt. »Przed sądem nieostatecznym« oraz niedzielny felieton pt. »Przed sądem ostatecznym«” – napisano na stronie diapozytyw.pl. „Stworzył wraz z Leonem Pasternakiem kabaret literacki »Teatr Pętaków«, który został zamknięty po kilku przedstawieniach. Po zamknięciu przez władze »Dziennika Popularnego«, w obawie przed aresztowaniem, wyjechał na krótko do Rumunii, później przebywał u matki na Podolu, gdzie pracował jako aplikant adwokacki w Czortkowie, by znów powrócić do Warszawy i kontynuować swa działalność literacką. W latach 1936-37 współpracował z »Lewarem« – pismem założonym przez Pasternaka (tytuł pochodził z gry słów: »Lewar – Lewi Artyści«), w latach 1936-38 z tygodnikiem »Sygnały«. Podjął także współpracę z pismami satyrycznymi takimi jak: »Cyrulik Warszawski« (od 1931) i »Szpilki« (od 1937), »Czarno na białem«(1938-39)” – dodano.

Po wybuchu II wojny światowej znalazł się w okupowanym przez ZSRS Lwowie, gdzie uczestniczył w życiu literackim – podjął współpracę z „Nowymi Widnokręgami”. 19 listopada 1939 r. podpisał oświadczenie pisarzy polskich witające przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Sowieckiej. W 1940 r. wstąpił do Związku Sowieckich Pisarzy Ukrainy.

„W »Czerwonym Sztandarze« publikował między innymi teksty do propagandowych rysunków satyrycznych Franciszka Pareckiego. Z tego okresu pochodzi szereg jego utworów zgodnych z oczekiwaniami władz radzieckich, między innymi pierwszy polski wiersz opiewający Stalina. Jacek Trznadel napisał: w powojennej historii literatury biografia Leca uległa zafałszowaniu. Lec pozostał w literaturze przede wszystkim jako autor zbioru aforyzmów »Myśli nieuczesane«, tłumaczonego także na inne języki. A przecież w grupie pisarzy komunistycznych we Lwowie Lec należał do najaktywniejszych apologetów zaboru i systemu sowieckiego. Ogłaszał w pismach sowieckich reportaże, tłumaczenia z politycznej poezji sowieckiej, wiersze, satyry. W jednej z satyr grozi deportacją za łapownictwo, w innej atakuje polską emigrację polityczną, co oznaczało także atakowanie konspiracji lwowskiej, rozstrzeliwanej przez okupanta. To wszystko uległo po wojnie, a i dziś ulega zatarciu” – przypomniał Janusz R. Kowalczyk.

Po wkroczeniu 30 czerwca 1941 r. Niemców do Lwowa Lec został osadzony w obozie pracy przymusowej w Tarnopolu.

„Miał trzydzieści cztery lata, kiedy kopał sobie grób. Nie położył się? w nim, tylko jak w starym, dobrym powiedzeniu uciekł grabarzowi spod łopaty. Był rok 1943. Lec był komunista?, Żydem, synem dobrze sytuowanych rodziców, którzy przeszli na chrześcijaństwo, ale to nie miało znaczenia. Ojciec, baron Tusch-Letz, z bogatej rodziny, która pamiętała wędrówkę z hiszpańskiej diaspory przez Niemcy do Galicji, do Lwowa, gdzie Stanisław się urodził, i matka, córka zamożnego ziemianina, dalecy byli od socjalnego kontekstu, w którym mogłyby się zrodzić idee braterstwa, wolności i równości. W przypadku Leca tylko solidne wykształcenie i żydowskie pochodzenie – czyli przynależność do mniejszości i wykluczenie z mentalnych i duchowych zwyczajów większości – sprawiły, że zbliżył się do religii o nazwie proletariacki internacjonalizm” – napisał bośniacki literat Miljenko Jergović w tekście „Stanisław Jerzy Lec. Bo´g i aforyzm” (2013).

Przypomniał, że Lec był również autorem prozy – krótkiej i skondensowanej. „Gdy kopałem ten kawałek fosy, który miał być moim grobem, i gwizdałem cicho i mechanicznie jakąś arietkę z Nietoperza, rzekł pilnujący mnie SS-owiec: »Jesteś cynikiem!«. Nie czuł widocznie do mnie sympatii” – pisał Lec.

W ukradzionym niemieckim mundurze przedarł się do Warszawy, gdzie zaangażował się w działalność konspiracyjną w Gwardii Ludowej, do stycznia 1944 r. wchodził w skład redakcji organu okręgowego GL „Żołnierz w Boju”. Jako oficer AL brał udział w walkach partyzanckich, m.in. uczestniczył w bitwie pod Rąblowem. Literackim dokumentem tego czasu jest poetycki „Notatnik Polowy”. Później współredagował propagandowe pisma Polskiej Partii Robotniczej „Żołnierz w Boju” i „Wolny Lud”. Po wkroczeniu Armii Czerwonej został majorem Ludowego Wojska Polskiego.

Po wojnie wraz z Jerzy Zarubą i Leonem Pasternakiem wznowił w Łodzi tygodnik satyryczny „Szpilki”. W latach 1946-50 przebywał w Wiedniu jako attache prasowy Polskiej Misji.

„Byłem 2 lata w obozie śmierci, uciekłem znad grobu do Warszawy, potem robota konspiracyjna, potem partyzantka, potem wojsko, teraz służba dyplomatyczna. Słowem żywot człowieka poczciwego. Łatwo napisać, trudniej przeżyć, ale najtrudniej na nowo napisać. Dlatego o obozie jeszcze nie napisałem. O partyzantce mało” – pisał Lec z Wiednia do przyjaciół – Anny Kamieńskiej (1920-86) i Jana Śpiewaka (1908-67).

„Sięgając po formułę starożytnych sentencji, posługując się ostrym dowcipem, kalamburem, grą słów, konceptem językowym, konceptem poetyckim, skrótem myślowym, Lec budował wyjątkowo trafny komentarz do współczesnych zjawisk społecznych i politycznych.”

Z Wiednia nie wrócił do kraju, wyemigrował do Izraela. Został skreślony z listy członków Związku Literatów Polskich, a jego utwory objęto zapisem cenzury i wycofano z bibliotek.

W 1952 r. jednak wrócił – sam bez żony i dzieci – do Polski, co wywołało sensację. „Było bardzo śmiesznie, bo nie miał gdzie pójść, i poszedł do kawiarni literatów, z walizką, prosto z dworca, a tam akurat Minkiewicz siedział. Wszyscy, zobaczywszy Leca, zaczęli zwiewać, myśleli, że coś okropnego się dzieje, bo przecież wiadomo było, że on uciekł. Natomiast Minkiewicz podszedł do niego, przywitał się, i powiedział: »No a kiedy Cześ wraca…?«. Chodziło o Miłosza oczywiście” – wspominał Stefan Kisielewski.

W Warszawie pracował jako tłumacz literatury niemieckiej, po 1955 r. zaczął publikować także własne utwory liryczne i satyryczne. Wtedy właśnie pojawił się nowy w jego twórczości gatunek – aforyzmy, które publikował w czasopismach m.in. „Nowej Kulturze”, „Przeglądzie Kulturalnym”, „Szpilkach”, „Twórczości”, „Świecie” i „Dialogu”.

„Gdy w latach pięćdziesiątych zacząłem przeglądać prasę polską, zwróciły moją uwagę tu i ówdzie rozproszone aforyzmy, zatytułowane »Myśli nieuczesane«. Dziwnie zafascynowała mnie precyzja ich sformułowań, trafność obserwacji i definicji, poezja obrazów. Postanowiłem zbierać te myśli i jednocześnie — nawiązać kontakt z ich twórcą. Odezwał się on wkrótce z Warszawy, odpowiedział na mój napisany po polsku list swobodną niemczyzną i okazał się w ciągu naszej korespondencji socjalistą z przekonania, aczkolwiek tytułował mnie niezmiennie w arystokratycznym stylu: »Wohlgeborener Herr!« (»Wielmożny Panie!«)” – wspominał Dedecius.

„Na początku myślałem, że jest to jeden z żartów satyryka, ale potem zrozumiałem, że to niepozbawiona nostalgii powaga, reminiscencja dawno pogrzebanego świata, którego odblask żył wciąż jeszcze w tym pogodnym, ale i ciętym poecie” – napisał tłumacz i popularyzator polskiej literatury.

„Myśli nieuczesane”, wydane po raz pierwszy w formie książkowej w 1957 r., przetłumaczono na wiele języków.

„Stanisław Jerzy Lec jawnie komunizował, co mu nie przeszkadzało trwać w kulcie cesarza Franciszka Józefa, którego portret w kolejnych mieszkaniach wieszał zawsze na poczesnym miejscu. Mimo poglądów zbieżnych z postulowaną polityką władz powojennej Polski, miewał poważne zatargi z komunistyczną cenzurą” – przypomniał Janusz R. Kowalczyk. „W końcu – a może i przede wszystkim – uważał się za poetę, mimo że największą sławę zyskał jako autor celnych sentencji” – dodał.

Jan Śpiewak – który uważał, że poezja Stanisława Jerzego Leca jest „poza modą, może dlatego, że jest tak bardzo krystaliczna” – przypomniał wiersz jego autorstwa pt. „Nagle”: „Nagle otworzyłem oczy, / szedłem z piosnką na ustach / przez byłe Getto! / Miliony żywych, zabitych oczu patrzyło na mnie, / jedynie ja szedłem martwy / i tylko własna krew, / czerwona od wstydu, / biła mnie po twarzy”.

„To jeden z tych wierszy, do którego jakikolwiek komentarz byłby sporym nietaktem. Pokazuje nam potęgę poetyckiego warsztatu Stanisława Jerzego Leca, przy których nie tak dawne lwowskie wiersze do »Czerwonego Sztandaru« zdają się być napisane przez zupełnie innego człowieka. Lec konsekwentnie dopomina się o należne mu miejsce na poetyckiej mapie kraju, Europy, świata” – napisał Kowalczyk. „Nikogo nie pouczał ani nie moralizował. Jego maksymy, mocno zakotwiczone w antycznej formie sentencji, zadziwiały ponadczasową, nieodpartą logiką. Autor przemawiał do zdrowego rozsądku czytelnika, pozostawiając mu zawsze wybór właściwej, choć niełatwej drogi: Nie skostnieć, ani nie sflaczeć, trwać na posterunku, ale nie stać na miejscu, być giętkim, ale nieugiętym, być lwem czy orłem, lecz nie zwierzęciem, nie być jednostronnym, ale nie mieć dwóch twarzy, trudna rzecz!” – podsumował.

Danuta Butler w pracy „Polski dowcip językowy” (2001) wielokrotnie cytuje Stanisława Jerzego Leca, podkreślając wszechstronne możliwości jego pióra. Przywołuje modyfikacje związków frazeologicznych – „salto morale”, i przysłów – „Dłużej autora niźli utwora”; a także inwencję neologiczną – „XI przykazanie: Nie cudzosłów!”, oraz fraszki – „Trudno jeszcze żywić cześć, kiedy nie masz sam co jeść” i „Położenie a postawa, to piekielnie trudna sprawa”.

Aforyzmy Leca stanowią najbardziej oryginalną i znaną część jego dorobku pisarskiego.

„Sięgając po formułę starożytnych sentencji, posługując się ostrym dowcipem, kalamburem, grą słów, konceptem językowym, konceptem poetyckim, skrótem myślowym, Lec budował wyjątkowo trafny komentarz do współczesnych zjawisk społecznych i politycznych” – ocenił prof. Julian Krzyżanowski.

I miał rację, bo przecież aforyzm: „analfabeci muszą dyktować” (1957) nietrudno skojarzyć z „dyktaturą ciemniaków” (1968) Kisiela.

Stanisław Jerzy Lec zmarł 7 maja 1966 r. w Warszawie – miał 57 lat. Według Jana Śpiewaka, do końca zachował dystans do rzeczywistości. „Jestem zajęty wyłącznie umieraniem” – miał rzec, gdy do szpitala przyniesiono mu książkę do korekty.

„Niełatwo jest żyć po śmierci. Czasem trzeba na to stracić całe życie” – widnieje na jego grobie na Powązkach Wojskowych.

„To, że nie czyta się Szekspira, Owidiusza czy »Ulissesa« Joyce’a, może być skutkiem braku czasu albo nienaprawialnych duchowych i mentalnych niedostatków, lecz ani jedno, ani drugie nie może wyjaśnić, dlaczego ktoś nie czyta Leca” – ocenił Miljenko Jergović.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com