
Ostatnia święta krowa: dlaczego islam musi być krytykowany
Paul Finlayson
I rozważania, czy Mahomet w ogóle istniał. Nie denerwuj się — w wolnym kraju można zadawać takie pytania.
Żyjemy w czasach, w których można bez przeszkód kpić z chrześcijan jako łatwowiernych prostaków, demonizować Żydów, przedstawiać Mojżesza jako nawiedzonego dziwaka z obsesją na punkcie tablic, wyśmiewać buddyjską mistykę jako naćpane majaczenie, czy drwić z hinduistycznego panteonu niebieskoskórych bogów.
Ale niech tylko satyryczne pióro muśnie powierzchnię islamu — i nagle strażnicy „bezpieczeństwa” podnoszą alarm, komisarze praw człowieka ostrzą ołówki, a tłum — dosłowny lub cyfrowy — szykuje stryczek.
Znajdujemy się na absurdalnym etapie cywilizacji, w którym za akt odwagi uchodzi szydzenie z religii babci, ale „islamofobią” staje się samo zauważenie, że wiara Mahometa niesie za sobą śmierć i cenzurę. Krytyka nie jest już traktowana jako stanowisko, lecz jako zaburzenie; nie jako pytanie, lecz jako zbrodnia z nienawiści. A nad wszystkim unosi się domniemane zagrożenie przemocą.
Już przez to przechodziliśmy. Duńskie karykatury. Rzeź w redakcji Charlie Hebdo. Salman Rushdie — dźgnięty nożem i częściowo oślepiony dziesiątki lat po śmierci ajatollaha Chomeiniego, który wydał na niego wyrok. 11 września w Nowym Jorku. Zamachy w londyńskim metrze. Masakra w madryckim pociągu. Biesłan. Oblężenie teatru w Moskwie. Bataclan w Paryżu. Zamachy samobójcze od Bagdadu po Bali. Śpiewy śmierci ISIS, Al-Kaidy, Talibów, Hamasu, Huti i Boko Haram.
W kółko ten sam rytuał; raz po raz jedyną „grzeczną” odpowiedzią pozostaje: nie wolno ci tego zauważyć.
Gdzie są anglikańskie szwadrony śmierci? Mormońskie milicje? Konfucjańskie komórki terrorystyczne? Armie Hare Kryszna wysadzające się w metrze? Nie ma ich. A mimo to wciąż słyszymy, że prawdziwym zgorszeniem nie jest rzeź, lecz jej dostrzeżenie.
Głowa Samuela Paty’ego potoczyła się po paryskim bruku, bo ośmielił się nauczać podstawowej prawdy: wolni obywatele nie są nikomu winni czci religijnej — tym bardziej prorokowi, o którego istnienie nie można nawet bezpiecznie zapytać.
Dotarliśmy do punktu, w którym przemoc egzekwuje prawo o karalności bluźnierstwa, a cenzura udaje wrażliwość. Uniwersyteckie „biura ds. równości” i urzędy praw człowieka, uzbrojone w infantylizujący żargon „krzywdy” i „bezpieczeństwa”, stały się ochoczymi zastępcami tej opresji.
Apel Tahira Alego o karanie bluźnierstwa
Obecnie mamy spektakl, w którym brytyjski poseł z okręgu Birmingham Hall Green, Tahir Ali, staje w Izbie Gmin i domaga się przywrócenia prawa o karze za bluźnierstwo. Tak — prawa o karze za bluźnierstwo — tych średniowiecznych narzędzi kapłańskiego despotyzmu, które Oświecenie z trudem wyrzuciło na śmietnik historii.
A co na to premier Wielkiej Brytanii, Keir Starmer? Wyszeptał, że profanacja jest „straszna” i powinna być potępiona, po czym potulnie obiecał krucjatę przeciwko „wszelkim formom nienawiści i podziałów, w tym islamofobii we wszystkich jej przejawach”.
W jednej lśniącej chwili teatralnego braku kręgosłupa zobaczyliśmy tchórzostwo przebrane za męstwo.
Poseł żąda przywrócenia przestępstw myślowych, a przywódca narodu, który dał światu Johna Stuarta Milla i Johna Locke’a, odpowiada nie oburzeniem, lecz werbalną breją.
Ale my wszyscy już się zachwialiśmy. I tu leży głębsze tchórzostwo: nie tylko to, że nasi liderzy nie bronią wolności, ale że nie pozwalają nawet zadać pytań, które wolność ma chronić.
Bo co może być bardziej wywrotowego niż pytanie, czy Mahomet — ten najbardziej zazdrośnie strzeżony z proroków — w ogóle istniał?
Historyk poszukujący dowodów na istnienie Mahometa napotyka pustkę. Miasta, w których miała rozgrywać się historia islamu — Mekka i Medyna — nie wykazują oznak tętniącego życia aż do znacznie późniejszego okresu. Współczesne kroniki bizantyjskie i perskie, które skrupulatnie notowały znacznie mniejsze potyczki na pustyni, milczą na jego temat. Monety, inskrypcje, papirusy — cisza. Pierwsza rozpoznawalna wzmianka o Mahomecie pojawia się ponad sto lat po jego rzekomej śmierci w 632 roku. To nie historia, lecz hagiografia dopasowana do potrzeb — prorok wykreowany po zbudowaniu imperium, nie przed nim.
A jednak nawet szept o tej możliwości nie jest traktowany jako badanie naukowe, lecz jako bluźnierstwo. Nie tylko nie wolno powiedzieć, że nie istniał — nie wolno nawet zapytać.
W przeciwieństwie do judaizmu, który z czasem zwrócił się ku introspekcji, czy chrześcijaństwa, które potknęło się o reformację i oświecenie, islam jawi się nie tyle jako religia, co jako projekt imperialny.
Jego geniusz leży nie w teologii, lecz w logistyce: zebrać plemiona pustyni, obiecać im łup, seks i raj, przyspawać monoteizm do podboju i przypieczętować wszystko Bożym błogosławieństwem.
Zapisy to księga rzezi: napady na karawany, zabójstwa poetów winnych satyry, obietnice, że rabunek to sprawiedliwość, a „męczeństwo” to zaliczka na burdel w niebie. Prorok, który głosił wstrzemięźliwość, sam posiadając harem; który uznał za święte posiadanie małżonki w wieku Aiszy, a innym głosił zazdrosną surowość.
Czy weźmiemy to za prawdę, czy za późniejszą fikcję, nie ma większego znaczenia: Mahomet służy jako idealne usprawiedliwienie dla podboju i dominacji. Czy był człowiekiem, czy mitem — jest jedynym założycielem religii, którego nieistnienie byłoby bardziej kompromitujące niż istnienie.
Na ziemi, kontrola nad kobietami staje się przedłużeniem prawa własności: hidżab i burka to nie „skromność”, lecz metki własności. Zakrycie kobiety aż po jej twarz nie jest uświęceniem, lecz odczłowieczeniem.
A mimo to na Zachodzie organizacje powiązane z Bractwem Muzułmańskim i ich sojusznicy opanowali język „praw” i „bezpieczeństwa”, używając go jak pałki do tłumienia sprzeciwu. „Nękanie”, „niechciana mowa”, „niebezpieczny klimat” — to współczesne zakazane słowa zachodniego kodeksu bluźnierstwa.
Efekt? Każdą inną religię można wyśmiewać, krytykować, analizować i parodiować — ale islam musi być odgrodzony. Wypowiedzenie prostego faktu historycznego — że Hamas to naturalny spadkobierca faszyzmu — traktowane jest jako mowa nienawiści.
Wniosek jest zatem brutalny. Czy Mahomet istniał? Może tak, w jakiejś niejasnej i nieudokumentowanej formie. Może był kupcem wyolbrzymionym i przepisanym przez późniejszych stronniczych redaktorów. Może został w całości wymyślony, by nadać boską aurę imperialnym podbojom.
Ważniejsze jest to, że nie wolno nam nawet zapytać.
Cywilizacja, która zabrania zadawania pytań, ściga wątpiących i boi się karykaturzystów, nie broni tolerancji — ona porzuca rozum. Społeczeństwo, które wskrzesza prawo bluźnierstwa pod sterylną nazwą praw człowieka, już zdradziło Oświecenie.
Islam nie ma prawa do nietykalności. Żadna religia go nie ma. Krytyka to nie nienawiść. Wątpliwość to nie przestępstwo. A „islamofobia” to nie choroba krytyków, lecz broń fanatyków. Jeśli nie będziemy się opierać, obudzimy się, gdy naszą spuściznę wolnej myśli zamienimy na tandetny przywilej milczenia na temat proroka, który być może nigdy nie istniał.
Link do oryginału: The Last Sacred Cow: Why Islam Must Be Criticised
Paul Finlayson – kanadyjski nauczyciel akademicki, wykładowca marketingu na University of Guelph-Humber, od listopada 2023 roku zawieszony i w 2025 roku ostatecznie wyrzucony z pracy w związku z zarzutem uporczywego dementowania kłamstw o Izraelu. Nie jest Żydem, gdyby ktoś pytał.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com