Kobane znów staje się ofiarą naszych grzechów

Photo via AFP


Kobane znów staje się ofiarą naszych grzechów

Nervana Mahmoud


Miasto Kobane, zamieszkane głównie przez Kurdów, trafiło na pierwsze strony międzynarodowych mediów w 2014 roku, gdy bojownicy ISIS — świeżo po błyskawicznej kampanii w Iraku i Syrii — przez miesiące oblegali miasto. Oblężenie to skłoniło koalicję pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych do rozpoczęcia nalotów na pozycje ISIS oraz do udzielenia wsparcia naziemnego i logistycznego Syryjskim Siłom Demokratycznym (SDF).

W tamtym czasie napisałam artykuł o Kobane zatytułowany „Ofiara naszych grzechów”.

Nie wyobrażałam sobie, że dwanaście lat później miasto stanie w obliczu podobnego scenariusza — z jednym, tak ważnym wyjątkiem.

Tym razem Kurdowie są sami.

Stany Zjednoczone postanowiły ich porzucić na rzecz postasadowskiego, islamistycznego rządu w Damaszku, pod hasłem „zjednoczenia Syrii”.

Amerykański wysłannik do spraw Syrii, Tom Barrack, napisał na platformie X, że sytuacja „fundamentalnie się zmieniła”, twierdząc, iż Damaszek „jest teraz gotów i jest w stanie przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo, w tym kontrolę nad ośrodkami detencyjnymi ISIS i obozami”.

To twierdzenie rozpada się w zderzeniu z rzeczywistością.

Siły rządowe Syrii nie tylko walczą z kurdyjskimi bojownikami — one ich zabijają. Co gorsza, pojawiły się nagrania wideo, na których widać, jak syryjscy żołnierze wypuszczają członków ISIS i innych zatwardziałych dżihadystów z więzień kontrolowanych wcześniej przez Kurdów, po przejęciu tych placówek. To nie jest stabilizacja. To recykling terroru.

Podczas gdy kurdyjskie siły desperacko próbują odeprzeć ataki prorządowych milicji z południa Kobane, pytanie nie brzmi już „czy” miasto upadnie — lecz „kiedy”. Szanse są brutalnie nierówne. Ich wrogowie są bezwzględni, rozzuchwaleni i wspierani przez regionalne potęgi, takie jak Turcja i Katar. Ich dawny sojusznik — Stany Zjednoczone — zniknął, gdy byli najbardziej potrzebni.

Nie sposób nie zastanawiać się, czy prezydent Trump w ogóle rozumie, co dzieje się w Syrii. Złożoność pola walki, charakter zaangażowanych aktorów i konsekwencje wzmacniania islamistycznych sił — wszystko to zdaje się ginąć w natłoku intensywnego lobbingu ze strony Turcji, Kataru i Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie. Wizerunek „zreformowanego” syryjskiego rządu centralnego został starannie wykreowany i chętnie zaakceptowany.

Ale ci, którzy uważnie śledzili sytuację w Syrii, znają prawdę: nic fundamentalnego się nie zmieniło.

Dwanaście lat temu Kobane krwawiło, podczas gdy świat debatował.

Dziś krwawi ponownie — tym razem porzucone, odizolowane i zdradzone.

Kobane wciąż jest ofiarą naszych grzechów, a historia zapamięta, kto się odwrócił.

Każde słowo, które napisałam w 2014 roku, pozostaje aktualne

„Miasto Kobane upada na naszych oczach. Czarne flagi tak zwanego Państwa Islamskiego Iraku i Syrii (ISIS) powoli rozciągają się nad budynkami tego nieszczęsnego kurdyjskiego miasta w północnej Syrii. Prędzej czy później opór kurdyjskich bojowników, którzy obecnie heroicznie próbują bronić Kobane, załamie się pod naporem średniowiecznego barbarzyństwa ISIS, dodatkowo wzmocnionego nowoczesną bronią. Tragedia Kobane może wydawać się nieistotna w szerszym kontekście burzliwego Bliskiego Wschodu, jednak jasno ukazuje błędne myślenie wielu w świecie arabskim, a co niepokojące — również w Turcji.

Wybiórcze oburzenie

Porównajmy przytłumioną reakcję na dekapitacje kurdyjskich bojowniczek czy gwałty i przymusowe małżeństwa jazydzkich kobiet z bojownikami ISIS do głośnych, gniewnych reakcji, jakie wywołały ostatnia izraelskie działania w Gazie. Zdumiewająca cisza jest tym bardziej problematyczna, że zarówno muzułmańskie reżimy, jak i opinia publiczna zgodnie twierdzą, iż ISIS nie reprezentuje islamu, a jego chore działania są sprzeczne z religią. Wyobraźmy sobie, że to Izrael ściąłby głowy trzem palestyńskim zamachowczyniom. Reakcje prawdopodobnie przerosłyby wszelkie oczekiwania: od protestów na ulicach miast Zachodu po akty przemocy wobec izraelskich celów na całym świecie. Zrozumiałe? Tak — niewinna śmierć ludzi i oblężenie Gazy są godne potępienia. Ale dlaczego nie oburzamy się równie mocno w sprawie Kurdów? Odpowiedź tkwi w naszej egoistycznej dwulicowości: troszczymy się tylko o współplemieńców, ale potępiamy innych, gdy oni nie troszczą się o nas.

Brak empatii wobec mniejszości

Źródła naszej wybiórczości i uprzedzeń sięgają głęboko w pokolonialny nacjonalizm i islamizm, które rozprzestrzeniły się na Bliskim Wschodzie od połowy XX wieku. Arabskość (arabizm) promowała wizję jednego zjednoczonego świata arabskiego — tygla, który mniejszości etniczne miały zaakceptować. Islamiści z kolei głosili ideę „Ummy” — utopijnej jedności muzułmańskiej, której inne grupy religijne muszą się podporządkować. W poszukiwaniu tych iluzorycznych tożsamości zbiorowych, mniejszości (czy to etniczne, czy religijne) często postrzegano z podejrzliwością. Każde dążenie do separatyzmu lub federalizmu uznawano za atak na wspólną wizję.

Gdy Saddam Husajn ostrzelał Kurdów bronią chemiczną w Halabdży, nie brakowało arabskich apologetów, którzy przedstawiali Kurdów jako agentów sił zewnętrznych, częściowo winnych własnemu losowi. Podobnie rzecz miała się z syryjskimi Kurdami, których — zwłaszcza w tureckich prorządowych mediach — ukazuje się jako terrorystów lub zwolenników reżimu Asada. Dzieje się tak mimo że Kurdowie od 2004 roku mają długą historię buntów przeciwko Asadowi. To odczłowieczanie mniejszości, takich jak Kurdowie, ma na celu zrzucenie z siebie odpowiedzialności za okrucieństwa dokonywane w imię naszej religii lub naszych państw.

Wąsko pojęty interes własny

Flirtowanie z grupami islamistycznymi ma długą historię na Bliskim Wschodzie. Reżimy i przywódcy wielokrotnie błędnie zakładali, że korzystanie z islamistów jako taniego narzędzia do realizacji celów politycznych jest łatwe i powoduje kosztów. I za każdym razem ta iluzja kończyła się krwawo. Sadat w Egipcie uwolnił wielu islamistów z więzień jako taktyczny ruch przeciwko naseryzmowi. Później obrócili się przeciwko niemu i zamordowali go w 1981 roku. Ostatnio arabskie państwa Zatoki, takie jak Katar i Arabia Saudyjska, uznały Arabską Wiosnę za okazję do obalenia wrogich reżimów, takich jak Asad w Syrii. Naiwnie sądziły, że finansowanie radykalnych dżihadystów doprowadzi do jego upadku. Tak się nie stało, ponieważ szejkowie z Zatoki nie docenili skali wsparcia, jakie Iran i Hezbollah były gotowe udzielić reżimowi Asada. Zamiast pokonać Asada, Katar i inni przyczynili się do stworzenia radykalnych potworów, takich jak ISIS. Kobane to tylko jedna z wielu tragicznych konsekwencji endemicznej politycznej krótkowzroczności, która skłoniła autokratów do igrania z ogniem radykalizmu. Rola Kataru jest dziś ujawniona, ale emirat tego kraju wciąż cieszy się luksusowym pałacem w Dosze, w przeciwieństwie do biednych Syryjczyków (Kurdów i Arabów), śpiących w prowizorycznych namiotach jako uchodźcy w Turcji — wskutek jego lekkomyślnych decyzji.

Myślenie życzeniowe

Turcja Erdogana jest równie winna jak wielu przedstawicieli świata arabskiego. Jego otwarte oburzenie z powodu sytuacji w Gazie i zamachu stanu w Egipcie kontrastuje z lekceważeniem losu Kurdów w Kobane. Do niedawna Turcja — mimo oficjalnych zaprzeczeń — udzielała cichego wsparcia antyasadowskim grupom, w tym ISIS. Tureckie władze nie postrzegają walki o Kobane jako tragedii, lecz jako szansę polityczną na wyrównanie rachunków z kurdyjskimi partyzantami, takimi jak Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) — lub przynajmniej jej syryjską odnogą, którą Turcja uznaje za organizację terrorystyczną.

Największym błędem Ankary jest jednak założenie, że obalenie reżimu Asada zakończy radykalizm i rozwiąże tragedię Syrii. Może był to sensowny argument w 2012 roku, zanim rewolucja w Syrii uległa radykalizacji i fragmentacji, ale dziś już nie. Upadek syryjskiego reżimu teraz wywołałby tylko kolejne walki pomiędzy antyasadowskimi milicjami i ugrupowaniami. Krwawa jatka po Asadzie z łatwością przyćmiłaby dotychczasowe okrucieństwa. A nawet jeśli do niej nie dojdzie, osłabiona, wyczerpana Syria będzie nową, koszmarną wersją Libii — tyle że bez ropy — z niewyobrażalnymi konsekwencjami dla bezpieczeństwa narodowego Turcji. Taka Syria nie przejmie odpowiedzialności za sojuszników, nie poradzi sobie z resztkami reżimu Asada, ani nie stawi czoła zemście Hezbollahu. Czy Erdogan w ogóle pomyślał o tym, co będzie po Asadzie? Prawdopodobnie nie. Jest tak zafiksowany na jego pokonaniu, że nie widzi niczego poza tym.

Sukces ISIS nie wynika z jego brutalności czy barbarzyństwa, lecz z głębokiego zrozumienia powyższych bolączek świata arabskiego i tureckiego. Doskonale rozumieją, że wybiórczy gniew zapewni im parasol przed powszechnym oburzeniem, a obojętność wobec mniejszości pozwoli im bezkarnie wykorzystywać Kurdów. ISIS to pasożyt, który żywi się chorobami, egoizmem i polityczną krótkowzrocznością Bliskiego Wschodu. Nie miejmy złudzeń: ISIS rozumie Arabów i Turków lepiej, niż oni rozumieją samych siebie.


Link do oryginału: https://substack.com/home/post/p-185231343

Nervana Mahmoud Substack, 20 stycznia 2026

Nervana Mahmoud – Egipska lekarka, komentatorka i publicystka. Na swoim blogu prezentuje cotygodniowe informacje z Egiptu, pisze artykuły o liberalnym islamie, o prawach kobiet, o muzułmańskim radykalizmie i ogólnie, o sytuacji na Bliskim Wschodzie. Jej artykuły publikowane są w prasie arabskiej, ale również w prasie brytyjskiej. Od kilku lat przeniosła się na stałe do Wielkiej Brytanii.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com