Laor Abramov, zamordowany przez Hamas 7 października 2023 roku. (Archiwum prywatne)
Matka Laora, zamordowanego przez Hamas: Czułam ogromne współczucie ze strony palestyńskich matek
Dagmara Zandman
Rozpaczliwie czekałam i wyobrażałam sobie wiadomość od Laora: “Mamo, nie panikuj, wszystko ze mną w porządku”. A potem rozległo się to przerażające pukanie do drzwi.
Rozmowa z Michal Halev, matką Laora, który zginął w ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 roku, od granatu wrzuconego do schronu podczas festiwalu Nova.
Dagmara Zandman: Opowiedz mi o swoim synu.
Michal Halev: Laor był moim jedynym dzieckiem. Wrażliwym, skromnym 20-letnim chłopakiem, z zaskakującym poczuciem humoru. Dopiero po jego śmierci dotarło do mnie, jak wiele znaczył dla swoich przyjaciół. Miał niezwykłą łatwość łączenia ludzi, czuli się przy nim ważni, zwłaszcza jego rówieśnicy i dzieci.
Dorastał w Izraelu, miał tam mnóstwo przyjaciół, kochał tę specyficzną atmosferę, intensywność życia, otwartość. Gdy przenieśliśmy się do USA, bardzo mu tego brakowało.
Postanowił wrócić…
– Gdy miał 17 lat, stwierdził, że zamieszka ze swoim ojcem i jego nową rodziną w hipisowskim miasteczku Pardes Hana, byli bardzo związani. Zgodziłam się, wyjechał, a ja zostałam w USA. Miałam złamane serce, ale jeśli kogoś kochasz, pozwalasz mu dokonywać własnych wyborów.
Ale mieliście kontakt?
– Rozmawialiśmy codziennie, widywaliśmy się co kilka miesięcy, ostatni raz cztery miesiące przed 7 października w Londynie. Nie chciałam jechać do Izraela, bo dla mnie jest przytłaczający. Spędziliśmy we dwoje wspaniały czas. Kolejny raz mieliśmy się zobaczyć 10 października. Jeszcze 6 października pytałam go, co mu przywieźć.
Co robił w Izraelu?
Gdy skończył szkołę, przez rok był w IDF. Najpierw miał pomysł, by zostać w armii, ale był na to jednak zbyt wrażliwy.
Czym się zajął?
– Został DJ-em, jak jego ojciec, który jest znanym na świecie DJ-em trans. Po wojsku planował rozwijać karierę, jego marzeniem było łączyć ludzi poprzez muzykę. Właśnie planował swoją pierwszą dużą imprezę, wymyślaliśmy nazwę. Jego imię po hebrajsku oznacza „do światła/w stronę światła”. Zaproponowałam więc, żeby po prostu przetłumaczył to na angielski.
Jestem artystką i Laor po raz pierwszy w życiu poprosił mnie, żebym coś dla niego zaprojektowała. Przygotowywałam zaproszenia, rozmawialiśmy o tym jeszcze 6 października. Był bardzo wysoki, miał prawie 2 metry wzrostu. Gdy widziałam, jak pochyla się nad mikserem, martwiłam się o jego kręgosłup, zapytałam, czy jest coś, co mogę kupić, żeby odciążyć mu plecy podczas występów.
Czy grał podczas festiwalu Nova, na który 7 października wtargnęli terroryści i zamordowali 364 osoby?
– Nie, pojechał tam razem ze swoją najlepszą przyjaciółką Tamar po prostu się bawić. Nie wiedziałam, że się tam wybiera. Dotarli w nocy. Ona była bardzo niska, on dwa metry, zawsze się uśmiechałam, widząc ich razem. W momencie ataku próbowali razem uciekać jego samochodem.
Byłaś wtedy w Stanach. Wiedziałaś, co się dzieje w Izraelu?
– Gdy w Izraelu była szósta trzydzieści i wszystko się zaczęło, w Kolorado była około dwudziestej pierwszej, nic jeszcze nie wiedziałam. Przeglądałam Facebooka i zobaczyłam posty o alarmach na południu, w okolicy Be’er Shewy. Nigdy nie sprawdzam wiadomości, ale tym razem to zrobiłam. Myślałam, że Laor jest na północy, z ojcem. Zawsze się okropnie o niego martwiłam, co go nawet trochę złościło. Nie zadzwoniłam, ale napisałam: „Mam nadzieję, że u ciebie OK., kocham cię, napisz, jak się obudzisz”. Pomodliłam się za długie życie i szczęście dla mojego syna – robię to każdego wieczora, na swój sposób bo nie jestem religijna, wyłączyłam telefon i poszłam spać.
Rano zobaczyłam ogromną liczbę połączeń i wiadomości od ojca Laora. Natychmiast oddzwoniłam, powiedział, że Laor zaginął. Stanęło mi serce, nie mogłam oddychać.
Laor się nie odzywał, gdy rozpoczął się atak?
Około godz. 6.30 dzwonił do ojca, ale on nie odebrał. Zadzwonił więc do jego żony i powiedział, że wraca do domu. O 7:40 napisał, że jest w schronie, żeby nie dzwonić, bo jest bardzo głośno, że wszystko w porządku. To ostatnia wiadomość od mojego syna.
Byłaś tak daleko. Kiedy dotarłaś do Izraela?
– Natychmiast się spakowałam, udało mi się przebukować lot, załapałam się na ostatnie miejsce w samolocie. 8 października już byłam na miejscu. Przez cały lot byłam online, rozpaczliwie czekałam i wyobrażałam sobie wiadomość od Laora: “Mamo, nie panikuj, wszystko ze mną w porządku”. W pewnym momencie zobaczyłam czyjeś zdjęcie ze schronu i rozpoznałam Laora. Patrzył w telefon, może czytał moją lub ojca wiadomość? Obok byli Hersh Goldberg–Polin i Aner Shapira. I to wszystko, co wiedzieliśmy.
Co zastałaś, gdy wylądowałaś w Izraelu?
– Kompletny chaos, państwo zawiodło, pomagały mi setki ludzi. Wyobrażałam sobie, że złapię szczotkę do zębów, wodę i natychmiast pojadę na południe, ratować moje dziecko. Ale to nie było możliwe, armia zamknęła cały teren, nikt nie mógł tam dotrzeć.
Musiałaś czuć straszną bezradność.
– Po dwóch dniach jedna z ocalałych z tego samego schronu osób powiedziała mi, że widziała mojego syna wciąganego do białej furgonetki i wywożonego do Gazy, dlatego myśleliśmy, że jest pośród zakładników, nie został zabity! Ale dostawaliśmy mnóstwo sprzecznych informacji.
Laor z mamą Michal Halev Archiwum prywatne
Ludzie poradzili mi, żebym jako obywatelka USA próbowała wszystkiego, rozmawiała z mediami, błagała o pomoc, zwróciła się do prezydenta Bidena. Nigdy tego nie robiłam, nie oglądam nawet wiadomości, ale zaczęłam to robić. Przez dwa, trzy dni kontaktowałam się z amerykańską ambasadą, udzieliłam mnóstwa wywiadów mediom z całego świata. Nie jadłam i nie spałam przez kilka dni.
Jak dowiedziałaś się, że Laor został zamordowany?
Byłam w Pardes Hana z ojcem Laora i jego rodziną, gdy rozległo się to przerażające pukanie do drzwi. Dwie siostry Laora stały przy drzwiach z dwoma żołnierzami i dwójką pracowników socjalnych, płakały i krzyczały. Dostarczyciele strasznych wieści czekali, aż wszyscy się zbierzemy. Miałam wrażenie, że to trwa godzinami. Zapytali, czy jestem matką Laora, i powiedzieli, że został zamordowany.
Świat się dla mnie skończył.
Powiedzieli wam, co dokładnie się stało, jak Laor zginął?
– Wtedy tego jeszcze nie wiedzieli. Po kilku miesiącach od ataku dostaliśmy wideo, na którym widać Laora i Tamar wchodzących do schronu. Mówią, że ktoś zabrał ich do swojego samochodu i zaczęli uciekać. Samochód został ostrzelany, porzucili go 100 metrów od schronu i zdołali do niego dobiec. Ale dalej nie mieli gdzie uciekać, wszędzie byli palestyńscy terroryści.
Na innym wideo widać, jak ktoś krzyczy, żeby wszyscy się położyli i modlili. Zobaczyłam Laora, który próbował ochronić szyję i głowę, rozpoznałam go po rękach. W tym schronie było dwadzieścia kilka osób. Terroryści wrzucili do niego osiem granatów…
Do tej pory nie wiemy, jakie odniósł obrażenia. Po tygodniu wydano nam ciało. Nie mogę nawet używać tego słowa, „ciało”… Mój brat pojechał go zidentyfikować. Pokazano mu tylko twarz. Wiele razy potem dzwoniłam do brata i pytałam, czy jest pewien, że to był mój syn, czy głowa nie była oddzielona od ciała. Wiedzieliśmy, że terroryści obcinali ludziom głowy. Ponieważ go nie widziałam, jeszcze do dziś czasem myślę, że jednak jest gdzieś w tunelach w Gazie.
Otrzymaliście jakieś jego osobiste rzeczy?
– Tak, dostaliśmy jego telefon, naszyjnik, dokumenty. Ten naszyjnik dostał ode mnie, teraz ja go noszę. Musiałam zdjąć oprawkę kamienia, była pełna krwi, zapachu piekła. Nie mogłam jej doczyścić.
To szalone, ale jedyne co mnie pociesza, to to, że prawdopodobnie zginął od razu, nie będąc świadomym, co nadchodzi, nie cierpiał.
Skremowaliśmy jego ciało. Część prochów zabrałam ze sobą, resztę pochowaliśmy na pustyni, gdzie lubił siadać i oglądać gwiazdy, posadziliśmy na grobie drzewo.
Co pomogło Ci to wszystko przetrwać?
– Ponieważ Laor nie planował wracać do USA, przed tragedią mój mąż i ja sprzedaliśmy dom, kupiliśmy karawan i podróżowaliśmy przez całe Stany. Teraz czułam, że nie chcę już podróżować. Przez kilka miesięcy zostałam w Izraelu, mam tu wspaniałych przyjaciół, dostałam profesjonalną pomoc. Ale nie byłam w stanie tam już mieszkać, nie chciałam też wracać do USA, więc przenieśliśmy się do Grecji. Przyjeżdżam do Izraela tylko na urodziny syna i rocznicę ataku.
W urodziny organizuję charytatywne wydarzenie ku jego pamięci, nazwałam je „Superkanapka Laora” (Laor’s Supersandwich). Robimy jego ulubione kanapki, sprzedajemy i je i przekazujemy pieniądze na pomoc głodującym dzieciom.
Zaangażowałaś się w jakieś inne działania, pomoc rodzinom ofiar?
– Dwa dni po tym, jak dowiedzieliśmy się, ze Laor nie żyje, w trakcie sziwy (siedmiodniowa żałoba po pogrzebie w tradycji żydowskiej – DZ), w połowie października ktoś do nas przyszedł ze zdjęciem rakiety, na której ktoś napisał „In your memory, Laor”. Miała być wystrzelona do Gazy.
Byłam zdruzgotana. Pomyślałam o matce i jej dziecku, którzy mogli zostać zabici tą rakietą. Opublikowałam wideo na moim Instagramie z prośbą o udostępnianie, na którym błagam świat, żeby pomógł zatrzymać ataki na Gazę i pomógł temu regionowi się uzdrowić. Wciąż powtarzałam, żeby słuchać matek, że nie chcę zemsty w moim imieniu. Nie chciałam, żeby, to co się przydarzyło mnie, spotkało kogokolwiek innego.
Niedawno rozmawiałam z Etgarem Keretem, który mówił o tym, jak ból i cierpienie po traumie zamienia się w chęć odwetu w izraelskim społeczeństwie. Jesteś w stanie zrozumieć, że ktoś może chcieć zemsty?
– Mogę to zrozumieć, ale tego nie popieram. Przed tragedią byłam terapeutką, jestem w stanie zrozumieć, skąd bierze się wściekłość, potrzeba odpłacenia za zbrodnie. Sama mogłabym łatwo wpaść w tę pułapkę. Ale ponieważ tak dotkliwie zrozumiałam, czym jest strata ukochanego dziecka, jak dewastujące to doświadczenie, jak nie jestem w stanie się pozbierać po utracie światła mojego życia, postanowiłam, że będę tworzyć lepszą przyszłość, właśnie ze względu nie niego, dzięki niemu, dla niego.
Był moją nadzieją na lepszą przyszłość.
Laor jest trzecią generacją w mojej rodzinie, która płaci życiem za ten konflikt. Mój dziadek zginął w wojnie w 1948 roku, ojciec stracił pierwszą żonę w ataku terrorystycznym na lotnisku w 1972 roku.
Gdyby mój ojciec teraz żył i zobaczył, że jego wnuk zginął z tego samego powodu, umarłby ponownie. Byłam wdzięczna, że nie mógł już być tego świadkiem. Całe życie żyłam w hipisowskiej komunie, będąc przeciwko nienawiści, konfliktowi. Wściekłość, zemsta, niezgoda nie działają.
Wspominałaś, że przed 7 października nie oglądałaś newsów. Czy po śmierci Laora śledziłaś wojnę Izraela z Hamasem?
– Tak i to zdruzgotało mnie jeszcze bardziej. Na początku śledziłam doniesienie dlatego, że przez rok nie wierzyłam, że Laor nie żyje. Wiedziałam to, ale nie wierzyłam. Myślałam, że jednak został porwany, że gdzieś go zobaczę w mediach, w internecie. To, co widziałam, przerażało mnie. Ginęli żołnierze, ginęły dzieci, matki, niewinni ludzie w strefie Gazy. Czułam się całkowicie bezradna. Zorientowałam się, że moje rozpaczliwe apele nie mają żadnej mocy, żeby przeciwdziałać szerzeniu śmierci, nikt mnie nie słucha.
Uznałam, że jedyne co mogę zrobić, to pomagać innym matkom zakładników. Dołączyłam do izraelsko – palestyńskiego forum „Krąg rodziców”, to rodziny w żałobie. Zaproszono mnie do Izraela na obchody Dnia Pamięci w zeszłym roku, przemawiałam na wspólnej ceremonii. Znów zaczęłam udzielać się w mediach, mówić, gdzie tylko mogłam.
Ktoś zapytał mnie, czy zgodziłabym się na uwolnienie mordercy mojego syna, gdyby to pomogło odzyskać któregoś z zakładników. Odpowiedziałam, że tak.
Chcę pomagać ludziom w procesie zdrowienia, w szukaniu innej drogi, musi być jakieś inne wyjście niż wojna!
Słyszy się czasem od Izraelczyków żal i pretensje, że nikt w Gazie nie ma współczucia dla zakładników. Nie ma oficjalnych lub choćby prywatnych głosów w sieciach społecznościowych za ich uwolnieniem, że nikt ze Strefy Gazy nigdy nie pomógł w dotarciu do nich. Czy mając kontakt z drugą stroną, odczułaś współczucie?
– Czułam ogromne współczucie ze strony matek. Trzeba pamiętać, że Palestyńczycy są w tragicznej sytuacji. Głodują, są przesiedlani, bombardowani, ciągle boją się o życie swoje i bliskich. Raz odbywało się spotkanie z matkami ze Strefy Gazy na zoomie. Rozmawiałyśmy, było dużo miłości między nami.
W pewnym momencie jedna z Palestynek powiedziała, że jest bombardowanie i musi iść, bo nie wie, gdzie jest jej syn. Kontynuowałyśmy spotkanie, a ja myślałam o tym, że ona jest w tej samej sytuacji, w której ja byłam, gdy szukałam mojego syna.
Widzę i rozumiem wściekłość po obu stronach, ale musimy znaleźć inne wyjście, zapobiegać temu, żeby tak straszne rzeczy nie wydarzyły się znowu. Ja też czuję gniew, ale nie robię z tego ideologii, nie uważam, że trzeba zabić tych, którzy mnie skrzywdzili.
Niedawno pokazano zdjęcie mordercy, który wrzucił granat do tego schronu, w którym był mój syn z informacją, że został zabity.
Co wtedy pomyślałaś?
– Ludzie się cieszyli, ale ja nie mogłam. Wolałabym, żeby został uwięziony niż zabity. Chciałabym, żeby żył i zrozumiał, co zrobił, i tego żałował.
Uważasz, że to byłoby możliwe? Widzieliśmy mnóstwo relacji z masakry w internecie, które wrzucali sami terroryści. Byli z siebie dumni, świętowali. Na jednym z filmów Palestyńczyk dzwoni do ojca i chwali się, że zgwałcił i zabił dwie Izraelki, a ojciec go chwali, cieszy się.
– Tak, byli dumni, ale nie wiem nic o tym konkretnym człowieku, nie wiem, jak by się zachował, co by czuł.
Mówiłaś, że przed 7 października 2023 roku pracowałaś jako terapeutka. Robisz to dalej? Jesteś w stanie zajmować się cierpieniem innych?
– Nie, ledwo jestem w stanie zająć się sobą, jestem rozbitą osobą. Przez dwa lata były tygodnie, miesiące, kiedy nic nie byłam w stanie robić. Może w przyszłości do tego wrócę.
Musi być ci niesamowicie ciężko być tu, w Izraelu, znów z powodu drugiej rocznicy ataku Hamasu. Ale tym razem jest – po raz pierwszy od dwóch lat – nadzieja na zakończenie wojny, powrót zakładników i pokój. Co czujesz?
– Po tym, jak przemawiałam na demonstracji w ostatnią sobotę przed rocznicą, błagałam polityków z całego świata o pomoc w zakończeniu wojny, podeszła do mnie kobieta i powiedziała, że domyśla się, że żaden przedstawiciel rządu, żaden polityk nigdy nie wyraził swojego żalu, nie przeprosił mnie za to, co mnie spotkało. Powiedziała, że ona przeprasza mnie w ich imieniu.
Przez tę straszną sytuację, która się ciągnie od dwóch lat, ludzie tacy jak ja, którzy kogoś stracili, starają się pomagać tym, którzy nadal mają nadzieję na powrót bliskich z tuneli Hamasu. Nie było nawet czasu, żeby zacząć wracać do zdrowia, rany są cały czas otwarte, a cała energia idzie na to, by uratować tych, których jeszcze można. Czasem czuję się z tego powodu pominięta, ale to rozumiem, mam wsparcie, ale jest mnóstwo ludzi, którzy tego wsparcia nie dostają, bo nie ma już na to przestrzeni.
W dniu, gdy dowiedziałam się o śmierci Laora, upadłam na ziemię, pod drzewem. Jedyną rzeczą, która pozwoliła mi wtedy się podnieść, było to, że obiecałam mu, mojemu jedynemu dziecku, że zrobię coś wielkiego, pięknego i dobrego w jego imieniu.
To pomaga mi wstawać z łóżka, szukać możliwości spełnienia tej obietnicy. Niedawno pojechałam do Berlina na panel, w którym brali udział Izraelczycy i Palestyńczycy, którzy ucierpieli przez tę wojnę, słuchali nas głównie Niemcy.
Jaka była tam atmosfera?
– Było to bardzo, bardzo ważne i wzruszające, bo oni bali się mnie, a ja bałam się ich. Wieczór wcześniej zorganizowano dla nas kolację, dzieliliśmy taksówki, rozmawialiśmy.
Na początku słyszałam ciągle: “Dlaczego czegoś nie zrobicie? Dlaczego nie powstrzymacie swojego rządu? Dlaczego nam to robicie?” Odpowiadałam: “To nie ja wam to robię! Jestem tu, bo myślę, że musimy rozmawiać, widzieć i robić, co tylko możemy, żeby tragedie się nie powtarzały bez końca”.
Opowiedziałam im, że należę do ruchu, który nawołuje do pokoju. Palestyńczycy powiedzieli, że nigdy nie spotkali nikogo podobnego do mnie z Izraela. Spotkali żołnierzy, ludzi, którzy chcą ich skrzywdzić, którzy krzyczą, że powinni zostać zabici.
To jest skrajnie tragiczna sytuacja, kompletny brak komunikacji między Palestyńczykami i Izraelczykami. Nawet pomiędzy Izraelczykami a izraelskimi Arabami, żyjącymi wspólnie w Izraelu, jest bardzo duży dystans.
– Tak, chodzi o ogólnie przyjętą narrację. Izraelczycy nie są postrzegani przez Palestyńczyków jako ludzie, są potworami. Izraelczycy tak samo widzą Palestyńczyków. Tak zostajemy wychowani. To dla mnie największy szok, że wychowałam syna tak, by kochał, a nie nienawidził. Nazywałam go „wrażliwym gigantem”, z powodu jego wzrostu. Zawsze pomagał innym, był lubiany i kochany, ludzie czuli że mogą przy nim być sobą i są bezpieczni. Uwielbiał ludzi, nieważne skąd pochodzili.
Uderzyło mnie, że to nie wystarczyło, żeby go ocalić, że to nie był sposób, w który mogłam zmienić świat, choć bardzo w to wierzyłam. To za mało. Dlatego wychodzę z mojej bezpiecznej muszli raz za razem – bo był tak piękną duszą i bo mu to obiecałam.
Czy czasem o nim śnisz?
– Oczywiście, jeśli nie przychodzi do mnie we śnie przez kilka nocy, czuję się zagubiona. Nie mogę oddychać.
Wspominałaś, że modliłaś się za syna przed 7 października. Robisz to nadal?
– Nie jestem religijna, modlę się na swój sposób. Czuję duchową wieź z synem. Wierzę, że on gdzieś tu jest. Inaczej bym umarła.
Redagowała Ludmiła Anannikova
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


