Izraelscy żołnierze wkraczają do Strefy Gazy z Izraela, 3 października 2025 r.
Chuck Freilich dla “Wyborczej”: Netanjahu nie wierzy w prawo Palestyńczyków do samostanowienia
Kacper Max Lubiewski
Jeden z byłych doradców rządu Izraela nie ma też wątpliwości, co do Hamasu: – Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek pozwolił się zdemilitaryzować, przekazując władzę jakiemuś innemu ciału.
Wywiad z Chuckiem Freilichem został przeprowadzony i autoryzowany zanim doszło do wymiany ognia w Strefie Gazy w niedzielę 19 października.
Kacper Max Lubiewski: Pierwszy raz od dłuższego czasu mamy do czynienia z porozumieniem między Izraelem a Hamasem, które ma szansę przetrwać. Doszło też już do wymiany izraelskich zakładników i palestyńskich więźniów. Czy to dobry rozejm?
Chuck Freilich: Najlepszy układ, na jaki mógł liczyć Izrael, a już na pewno Hamas. Nigdy nie było i już nie będzie szansy na porozumienie, które obie strony mogłyby uznać za idealne. Propozycja Trumpa wymagała trudnego kompromisu, ale jest rozsądna, motywuje obie strony i, jak widać, po prostu działa.
Najbardziej sceptycznie podchodziłbym jednak do punktu dotyczącego międzynarodowej jednostki odpowiedzialnej za bezpieczeństwo w Gazie. Podejrzewam, że Hamas nigdy nie odda całego swojego składu broni i nigdy w pełni nie zrezygnuje z uczestnictwa w życiu politycznym Palestyńczyków; być może usunie się w cień na kilka lat, ale nawet tu spodziewałbym się partyzanckiej walki z kimkolwiek, kto będzie patrolował Gazę. Czy Hamas przekaże Izraelowi lub innemu aktorowi plan wszystkich tuneli w Gazie? Jeśli nie, to przecież utrzyma przewagę nad kimkolwiek, kto przyjdzie po nich.
Inna sprawa to rozpoznanie Gazy jako części przyszłego palestyńskiego państwa – osobiście nie mam z tym problemu, ale to prędzej czy później okaże się miną w skrajnie prawicowym rządzie Netanjahu, więc ten pewnie znowu zacznie kluczyć
“Izrael formalnie klasyfikował Hamas przez lata jako średnie zagrożenie”
Jeszcze do niedawna wydawało się, że zasadniczym problemem jest też to, iż obie strony nie chciały zaprzestania walki. Dla Netanjahu oznacza to prędzej czy później upadek rządu, dla Hamasu – ich koniec jako organizacji. Obie strony potrzebują siebie jako legitymizacji do dalszego istnienia w życiu politycznym regionu.
– Dodałbym tylko, że Izrael nigdy nie powinien być zmuszony negocjować z organizacją terrorystyczną, tak jak żadne państwo nigdy nie powinno być w takiej sytuacji. W takiej sytuacji znaleźliśmy się jednak przez nasze własne błędy, więc musieliśmy teraz ponieść ich konsekwencje. Bardziej fundamentalnym problemem niż to, kto ma jakie motywacje, jest fakt, iż organizacji takich jak Hamas nie da się pokonać, ponieważ one nigdy nie przyznają się do bycia pokonanymi.
Wojskowa wygrana oznacza zazwyczaj pozbawienie drugiej strony możliwości kontynuowania walki lub pozbawienie woli jej kontynuowania. Organizacjie fundamentalistyczne, takie jak Hamas, Hezbollah czy Huti, można pozbawić możliwości militarnych, ale nie sposób odebrać im woli, bo tak długo, jak trwają jako organizacja, tak długo mogą twierdzić, że wygrali. Hamas mówi ,,wojna się skończyła”, a nie ,,przegraliśmy”, a to problem, bo jeśli nie przegrali, to mogą twierdzić, że wygrali.
Dlaczego izraelski rząd był tak nieudolny w wypracowaniu spójnej i konsekwentnej wizji “dnia po”? Dlaczego plan musiał przyjść zza oceanu?
– Jedyne, co było jasne od samego początku, to cel usunięcia Hamasu jako organizacji militarnej i politycznej z Gazy; to prawda, że wszystko inne podlegało dyskusji i negocjacjom. Poszczególne propozycje tego, kto będzie rządził Gazą po zakończeniu wojny, mają w Izraelu zagorzałych przeciwników niezależnie od stanowiska, a że Netanjahu próbował nie antagonizować nikogo, to nie zdecydował się na żadną z opcji.
Wiadomym było też, że ze względu na nacisk społeczności międzynarodowej zakończenie wojny w Gazie będzie musiało być częścią szerszego procesu pokojowego z Palestyńczykami, a to dla znacznej części sceny politycznej w Izraelu pozostaje nieakceptowalne. Słowem – Netanjahu nigdy nie opowiedział się za tym czy innym planem na “dzień po”, bo każda decyzja zakończyłaby się dla niego osobiście źle. A osobista polityczna obecność to główne kryterium, którym posługuje się Netanjahu.
Cofnijmy się do 7 października – jak mogło dojść do tak dramatycznego ataku w państwie, które chełpi się swoimi zaawansowanymi możliwościami wojskowymi i wywiadowczymi? Co nie zadziałało?
– To nie była pojedyncza porażka, a porażka systemu – zawiódł wywiad, zawiódł system wczesnego reagowania, zawiodło wojsko.
Zasadą izraelskiej społeczności bezpieczeństwa narodowego było to, żeby za wszelką cenę nie dopuścić do zajęcia żadnej części terytorium przez arabską armię, obawiając się, że będzie to oznaczało anihilację Izraelczyków, którzy tam mieszkają – jak pokazał atak 7 października, nie myliliśmy się.
Nie jestem pierwszym, który w ataku Hamasu upatruje głównie porażki wyobraźni izraelskiego rządu – Izrael formalnie klasyfikował Hamas przez lata jako ,,średnie zagrożenie” i to jedynie atakiem rakietowym; do głowy nam nie przyszło, że będziemy musieli z Hamasem walczyć jak armia z armią.
Innym błędem była polityczna izolacja Palestyńczyków, którzy w porozumieniach abrahamowych [seria porozumień normalizujących relacje dyplomatyczne między Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Bahrajnem, Marokiem i Sudanem w latach 2020-2021] zostali zupełnie pominięci – to wspierało resentyment wobec Izraela. Nie wolno nam też zapominać, że październik 2023 był czasem poważnego kryzysu politycznego w Izraelu; napięcia w społeczeństwie sięgały zenitu, a służby wojskowe i wywiadowcze były w otwartej rywalizacji z rządem; byliśmy słabi, a w tym regionie źli aktorzy wykorzystują każdą słabość.
“Celami wojny od początku było zniszczenie Hamasu jako siły militarnej i politycznej”
Czy były momenty, które powinny były zapalić czerwoną lampkę w ministerstwie obrony, ale tego nie zrobiły? Jakie sygnały zostały pominięte?
– Najważniejszym z nich był na pewno fakt, że izraelski wywiad posiadał cały plan ataku na Izrael na rok przed wybuchem wojny, ale nigdy nie został on przekazany przełożonym, bo agenci byli przekonani, że to mroczna fantazja terrorystów, a nie realna możliwość.
Wracamy do podstawowej pomyłki – infantylizowania Hamasu. Hamas w naszych oczach nie był zagrożeniem wartym dłuższego namysłu – widzieliśmy ich oczywiście jako fanatyków, ale fanatyków, którzy nigdy nie byliby w stanie stawić czoła możliwościom wojskowym Izraela. Przez lata widzieliśmy więc różne ,,czerwone lampki”, ale zawsze przegrywały z przekonaniem o doskonałości naszego systemu obrony. ,,Hamas nie śmiałby dokonać inwazji” – myśleliśmy.
Wojna w Gazie trwała ponad dwa lata – czy z perspektywy Izraela można nazwać ją sukcesem?
– Jak mówiłem, celami wojny od początku było zniszczenie Hamasu jako siły militarnej i politycznej oraz odbicie zakładników – żaden z nich nie został jeszcze w pełni osiągnięty, bo przecież ciała części zamordowanych zakładników nadal pozostają w Gazie. Hamas co prawda poniósł porażkę militarną, ale nadal ma zdolności kontynuowania walki i jest ważnym politycznym graczem w Gazie. Izrael w ciągu ostatnich dwóch lat zmienił jednak oblicze Bliskiego Wschodu – Hezbollah jest ułamkiem tego, czym był w przeszłości, możliwości Iranu także są zdecydowanie mniejsze, a nowy, bardziej przyjazny Izraelowi reżim rządzi też w Syrii.
Więc jeśli myślimy stricte o Izraelczykach, to ci mogą spać spokojniej. Izrael poniósł jednak dramatyczną porażkę wśród zachodniej społeczności międzynarodowej, w tym: w Stanach Zjednoczonych. Jestem sceptyczny, czy możliwe będzie odwrócenie tego trendu.
Na postrzeganie Izraela za granicą wpłynęły na pewno zarzuty o popełnienie zbrodni wojennych przez IDF. Co mówią nam one o charakterze wojny w Gazie?
– W wojnach zawsze chodziło, chodzi i będzie chodzić o zabijanie ludzi – nie sposób powiedzieć tego w przyjaźniejszy sposób. Nie sądzę, żeby była jakakolwiek wojna, w której jakiś żołnierz lub jednostka nie popełnili jakiejś zbrodni wojennej, szczególnie gdy w Gazie starcia są długie i często odbywają się niespodziewanie. Nie dziwią mnie więc doniesienia o zbrodniach wojennych izraelskich żołnierzy na palestyńskich cywilach czy nawet wojownikach Hamasu; oczywiście, każde z nich powinno być analizowane, a winni – ukarani.
To dobrze, że standardy prowadzenia wojny w XXI wieku są inne niż w XX wieku (wtedy chodziło przecież dosyć bezpośrednio o zabicie największej liczby cywilów drugiej strony), ale nie sposób toczyć wojny, w której nie giną cywile, bo ta wojna nie toczy się na pustyni czy laboratorium, tylko w centrum wielkich miast.
“W Gazie doszło do zbrodni wojennych, które muszą zostać zbadane i ukarane”
Ale zarzuty formułowane przez Amnesty International czy Human Rights Watch dotyczą systemowego i konsekwentnego podejścia izraelskich władz, a nie pojedynczych sytuacji, gdzie dochodzi do złamania prawa międzynarodowego.
– Ciężko mi brać na poważnie krytykę wojny w Gazie ze strony zagranicznych polityków, urzędników ONZ-u czy nawet niektórych organizacji pozarządowych, bo są to ludzie, którzy nigdy w życiu nie brali udziału w żadnej wojnie. Oczywiście mogą być takimi czy innymi ekspertami, ale ich rola, jako historyków, aktywistów czy dziennikarzy, jest z natury recenzyjna, bo sami nigdy nie musieli podjąć decyzji dotyczącej bezpieczeństwa milionów ludzi, więc siłą rzeczy nie rozumieją poziomu skomplikowania każdej polityki bezpieczeństwa.
Bojownicy Hamasu w mieście Gaza, 15 października 2025 r. Fot. REUTERS/Dawoud Abu Alkas
Co ważne, żaden z nich nie zaproponował jeszcze modelu, w którym mniej palestyńskich ofiar nie skutkowałoby większą liczbą izraelskich ofiar (w krótszym lub dłuższym horyzoncie), więc nie możemy się też dziwić, że Izrael na nie nie przystawał. Powtórzę – w Gazie doszło do zbrodni wojennych, które muszą zostać zbadane i ukarane, ale przestrzegam przed bezkrytycznym zaakceptowaniem wniosków organizacji, które fundamentalnie nie rozumieją całości sytuacji.
Co ze skrajnie prawicowymi ministrami w izraelskim rządzie, Itamarem Ben-Gwirem i Bezalelem Smotriczem? Jak duży wpływ mieli na przebieg wojny?
– Na pewno ich wpływ jest nieproporcjonalny do ich siły elektoralnej, bo Netanjahu najzwyczajniej w świecie potrzebuje ich w swojej ciasnej koalicji, mimo że przewodzą małym partiom. Podejrzewam, że Bibi potrzebuje więcej czasu w rządzie, żeby móc pozbyć się prokurator generalnej Gali Baharaw-Miary, która jest zdeterminowana, żeby doprowadzić Netanjahu przed wymiar sprawiedliwości. Ktoś inny na tym miejscu oznaczałby, że Netanjahu nie musiałby się obawiać zbytnio o swoją przyszłość nawet w przypadku przegranych wyborów, więc w krótkiej perspektywie jest w stanie zrobić wszystko, żeby jego rząd nie upadł.
Należy jednak pamiętać, że ani Ben-Gwir, ani Smotricz nie byli członkami rządu wojskowego, więc nie mają wpływu na sposób, w jaki Izrael prowadzi wojnę. Oczywiście udało im się kilkakrotnie utrudnić Netanjahu zawarcie jakiegoś porozumienia, ale koniec końców Bibi wielokrotnie publicznie im zaprzeczył, zdyscyplinował ich czy zignorował.
A co ze słowami Ben-Gwira o żydowskich osiedlach w Gazie i czystce Palestyńczyków? ,,Jeśli nie chcemy kolejnego 7 października, musimy [my, Żydzi] wrócić do domu i przejąć kontrolę nad ziemią. Powinniśmy zachęcać Gazańczyków do emigracji” – mówił. Czy to nadal jeden ze scenariuszy?
– To nie są realistyczne wizje, ale fakt, że zagraniczna prasa konsekwentnie podejmuje ten temat pośrednio legitymizuje Ben-Gwira i w nieuzasadniony sposób kreuje go na kogoś pociągającego za sznurki, co może potem sprzedawać swojemu elektoratowi. Gdzie niby wysiedleni Palestyńczycy mieliby się znaleźć? Kto jest gotowy ich przyjąć?
Od początku cała ta narracja o żydowskiej Gazie była oczkiem puszczonym do skrajnych osadników, a nie celem militarnym Izraela w Gazie – Netanjahu nigdy się do czegoś podobnego nie zobowiązał. Trump przez chwilę mówił o przymusowej, a potem wolontaryjnej relokacji części Gazańczyków, ale to nie jest już częścią polityki amerykańskiej administracji.
Podobnie jest z osiedlami – Netanjahu i Trump już je wykluczyli, a dodatkowo jest to szalenie niepopularna propozycja wśród samych Izraelczyków. To wszystko to tylko przysłowiowe bicie piany, dzięki któremu Ben-Gwir i Smotricz będą widoczni w zagranicznych i krajowych mediach.
“Zmiany na Bliskim Wschodzie są ciągłe i często ekstremalne”
Porozmawiajmy o kilku zagranicznych aktorach i ich wpływie na sytuację w Gazie i regionie. Katar i Turcja – czy to zupełnie złe dla sprawy pokoju między Izraelczykami i Palestyńczykami państwa, czy sprawa nie jest taka czarno-biała?
– Obaj są trudnymi do rozgryzienia graczami, bo z jednej strony są bardzo blisko Hamasu i Bractwa Muzułmańskiego [egipskiej organizacji terrorystycznej] – wspierają ich finansowo, logistycznie i dyplomatycznie, ale z drugiej strony Izrael potrzebował i będzie potrzebować ich do prowadzenia negocjacji z Hamasem.
Izrael w przeszłości zabiegał również u katarskich szejków o subsydiowanie Hamasu – wtedy rozsądek podpowiadał nam, że jeśli sytuacja ekonomiczna w Gazie będzie się poprawiać, to Gazańczycy, jak i Hamas będą się deradykalizować. Z perspektywy czasu wiemy, że była to duża pomyłka – nawet jeśli teraz uznamy, że Katar ma negatywny wpływ na region, to przynajmniej częściowo jest winą Izraela.
Jeśli chodzi o Turcję, to moja intuicja jest trochę inna – Erdogan zdaje się po prostu zwyczajnym antysemitą, który nie jest przeciwko jakiejś konkretnej polityce Izraela, ale przeciwko Izraelczykom jako takim. Turcja także naciska jednak na Hamas, żeby utrzymał porozumienie z Izraelem, dlatego że mają interes w tym, żeby Hamas przetrwał w jakimś kształcie. Obawiam się jednak relacji między Ankarą a Jerozolimą ze względu na sytuację w Syrii – ciężko powiedzieć, czy Erdogan będzie stanowił tam siłę stabilizującą, czy siejącą chaos.
Wiem jednak, że w izraelskim establishmencie wojskowym pojawiają się pierwsze plotki dotyczące militarnej konfrontacji między oboma państwami w jakimś punkcie w przyszłości.
Co z Islamską Republiką Iranu? Czy obawa przed irańskim reżimem w Izraelu to dobrze przeanalizowana polityka, czy społeczna paranoja?
– W Izraelu mówi się tak: to, że masz paranoję, nie oznacza, że nie masz wrogów. Może i Izrael ma pewne skrzywione postrzeganie rządu w Teheranie, ale to nie oznacza, że nie ma czego się bać. Najwyższy przywódca Chamenei w 2014 roku opublikował szczegółowy plan zniszczenia Izraela i od tego czasu wydał na ten cel krocie. Islamska Republika wydaje się też szczególnie cierpliwym reżimem, którego nie interesuje, czy do upadku Izraela dojdzie jutro, czy za 50 lat, chodzi jedynie o to, by tak faktycznie się stało.
Niepokojąca powinna być też dla nas determinacja, z jaką ajatollahowie próbują osiągnąć zdolności nuklearne – znoszą każde sankcje ekonomiczne i nie boją się konfrontacji militarnej, więc coś musi być na rzeczy. Irański reżim jest też bardziej wyrafinowany niż inni regionalni aktorzy i uczy się na błędach – bezlitośnie rozprawia się teraz z kimkolwiek, kto jest podejrzany o współpracę z izraelskimi służbami, rozbudowuje system ochrony powietrznej, a także inwestuje w pociski balistyczne i drony, bo wojna w czerwcu pokazała, że to właśnie one były najbardziej skuteczne w starciu z Izraelem.
W “Dylematach Syjonu”, książce dotyczącej historii polityki bezpieczeństwa Izraela, pisze pan, że improwizacja (hebr. iltur) jest główną cechą tego, w jaki sposób izraelski rząd podejmuje decyzje wojskowe. Dlaczego tak jest?
– Tendencja Izraela do nieustannej improwizacji bierze się w dużej mierze z faktu, że znajdujemy się w takim, a nie innym regionie świata. Zmiany na Bliskim Wschodzie są ciągłe i często ekstremalne, a Izrael w swoich pierwszych dekadach istnienia mógł polegać tylko na własnych zasobach, więc opracował filozofię działania opartą właśnie na improwizacji; w Izraelu nie uświadczysz wieloletniej strategii bezpieczeństwa.
Innym problemem jest nasz system polityczny, który inherentnie prowadzi do szerokich koalicji składających się z partii o zupełnie różnych poglądach. Oprócz kilku kwestii, jak np. powstrzymanie Iranu przed osiągnięciem zdolności nuklearnej, w Izraelu nie ma konsensusu dotyczącego polityki bezpieczeństwa, więc premierzy regularnie próbują ukrywać decyzje, które podejmują w tym zakresie, bojąc się reakcji własnych koalicjantów!
“Netanjahu nie wierzy w prawo Palestyńczyków do samostanowienia”
To przynosi na myśl Benjamina Netanjahu, który spędził łącznie 18 lat na stanowisku premiera Izraela. Czy Bibi ma spójną filozofię tego, jak myśli o bezpieczeństwie narodowym?
– Netanjahu zdaje się szczerym jastrzębiem [ta nazwa odnosi się do konserwatywnej i pro-wojskowej frakcji w izraelskiej polityce; przeciwną grupą są gołębie, czyli politycy bardziej skłonni do rozwijania procesu pokojowego] i oczywiście jest bardzo inteligentnym politykiem, ale powinna dziwić jego krótkowzroczność wobec okupacji Zachodniego Brzegu i rozwijanych osiedli. Kosztuje nas to przecież naszą relację z Amerykanami, o antagonizacji Palestyńczyków nie wspominając.
Co więcej, Netanjahu nie wierzy w prawo Palestyńczyków do samostanowienia, nie wierzy w rozwiązanie dwupaństwowe i w tym obszarze także był skuteczny, choć atak 7 października pokazał nam, że choć Izraelczycy mogą chcieć zapomnieć o konflikcie z Palestyńczykami, to Palestyńczycy nie poddadzą swojej sprawy.
Ostatnia kwestia to Iran – to faktycznie Netanjahu zdołał przekonać izraelskie społeczeństwo, że największe zagrożenie dla Izraela jest nie na Zachodnim Brzegu, a w Teheranie. Bibi zdaje się być jednak uosobieniem izraelskiej improwizacji i to pewnie jeden z powodów, dlaczego tak dobrze dogaduje się z Donaldem Trumpem; czasem zastanawiam się, co nam po analizowaniu Netanjahu, skoro ten jutro znów zmieni swój pogląd.
Na koniec zapytam o ostatnie obrazki z Gazy – od czasu częściowego wycofania się IDF-u do sieci trafiają filmy, na których terroryści Hamasu brutalnie rozprawiają się z kimkolwiek, kto staje im na drodze do odzyskania kontroli nad Palestyńczykami. Czy Gaza zawsze będzie pełna przemocy i chaosu? Jak patrzą na ten rozwój wydarzeń Izraelczycy?
– Wewnętrzne spory między militarnymi frakcjami w Gazie nie są dobre z perspektywy Izraela, ale wzmocnienie pozycji Hamasu także nie; o tym, że stoi to w sprzeczności z zawartym porozumieniem, nie wspominając.
Jak już mówiłem wcześniej, jestem pesymistą – nie wydaje mi się, żeby Hamas kiedykolwiek pozwolił się zdemilitaryzować, przekazując władzę jakiemuś innemu ciału. Być może stanie się tak na papierze, ale de facto Hamas, w jakimś wcieleniu, zawsze będzie miał decydujący wpływ na to, co się dzieje w Gazie. Społeczność międzynarodowa stoi przed bardzo trudnym zadaniem – jak zakorzenić w Gazie nową władzę, jeśli będzie ona w stałym politycznym i militarnym niebezpieczeństwie ze strony Hamasu? Nie wiem, czy jest ktoś, kto ma na to pytanie przekonującą odpowiedź.
*Chuck Freilich jest byłym wieloletnim wicedoradcą izraelskiego rządu ds. bezpieczeństwa narodowego, członkiem Harvard Kennedy School, politologiem na Uniwersytecie Columbia i Uniwersytecie w Tel Awiwie. Napisał kilka książek dotyczących historii izraelskiej polityki bezpieczeństwa.
Redagowała Alicja Lehmann
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



