Archive | October 2025

Pycha w kitlu: nowy katechizm mądrych głupców


Pycha w kitlu: nowy katechizm mądrych głupców

Paul Finlayson


Głupota naszej sprytnej epoki — rozum spleciony z pychą, arogancja w kitlu laboratoryjnym, ideologia w sutannie, samouwielbienie podniesione do świętości, błogosławiące zło i nazywające je postępem.

Zacznijmy, jak należy, od definicji. Rozum to nie, jak wielu sądzi, sterylne narzędzie logiki, bezkrwawa maszyna produkująca dowody i sylogizmy. Rozum to uporczywe domaganie się spójności — odmowa traktowania sprzeczności jako cnoty, odmowa podporządkowania prawdy plemieniu. To zdolność konfrontowania przekonań z dowodami i zmieniania zdania, kiedy dowody tego wymagają.

Wiara natomiast została karykaturalnie przedstawiona przez ateistów jako ślepa przesądność, a przez fanatyków — jako święta pewność.

Tymczasem już Biblia Hebrajska głosi, że mądrość przemienia umysł: „Bojaźń Pana początkiem wiedzy; głupcy gardzą mądrością i karnością” (Prz 1,7). Rozum i wiara nigdy nie były z natury wrogami; zostały poróżnione z wygody.

Oświecenie wywróciło stół. Locke ogłosił, że „Objawienie musi być osądzane przez rozum”, Spinoza rozebrał Pismo Święte jako ludzką układankę, a Voltaire — wieczny szyderca z kapłaństwa — powiedział, że gdyby Bóg nie istniał, trzeba by go wymyślić, najlepiej jako sierżanta policji dla motłochu. Wiara w ich rękach nie została zniesiona, ale zdegradowana, pozbawiona monopolu.

Stąd wzięła się nowoczesna mitologia: że rozum raz na zawsze wyzwolił nas z wiary, światło wyparło ciemność. Uważasz, że elitarna arogancja to nowy wynalazek? Oczywiście, że nie: dawniej nosiła peruki i mówiła po łacinie. Prawda jest bardziej złożona.

Judaizm i chrześcijaństwo kwitły w epoce Oświecenia. Krytyka biblijna współistniała z wiarą, a sekularyzm był nie tyle triumfem, co zasiewem, który miał dopiero wzrosnąć. Wiara nie została zamordowana — zeszła do podziemia, zmutowała i wciąż się odradza.

Co prowadzi nas, niestety, do naszej własnej epoki — jednocześnie bystrej i głupiej.

Kusi, by powiedzieć, że cofamy się do przedoświeceniowych zabobonów, ale to byłoby zbyt łaskawe. Średniowieczny chłop bał się komety, bo wiedział, że jej nie rozumie. Nasze zagrożenie jest inne. Nie zmierzamy ku irracjonalnej wierze w bóstwa i tajemne siły, lecz ku fuzji rozumu z irracjonalną pychą.

Ona podszywa się pod rozum, ale jest czystą arogancją — a ta rozrasta się w szaleństwo.

Szaleństwo to nie obelga, lecz diagnoza: niezdolność odróżnienia rzeczywistego od wyobrażonego. Dla jasności: przez „głupotę” nie rozumiem ignorancji, którą można wyleczyć; ani naiwności, z której można wyrosnąć; ani niekompetencji, którą można poprawić dzięki umiejętnościom.

Dietrich Bonhoeffer, niemiecki pastor i teolog stracony przez nazistów za opór wobec Hitlera, pisał z więzienia, że głupota to „bardziej niebezpieczny wróg dobra niż zło”, twierdząc, że nie jest to defekt intelektualny, lecz moralny — odmowa dostrzeżenia, upadek sumienia przebrany za cnotę.

Istota pychy i arogancji polega na tym, że nie możemy ich dostrzec — bo wypaczają myślenie od środka. To jak soczewka zniekształcona w samym centrum: obraz nadal dociera, ale jest wygięty, załamany, przekręcony.

Umysł patrzy i mówi: „ostro, wyraźnie”, nie zdając sobie sprawy, że zniekształcenie jest wbudowane w szkło. W tym sensie pycha jest niewidzialna dla tych, którzy jej ulegają, bo mechanizm osądu został przejęty.

Zło w tym świetle to nie tylko szaleństwo czy ignorancja.

Zło często rodzi się z pychy. Czujemy się nieswojo używając tego słowa — zbyt religijne, za bardzo związane z księżmi i czarownicami, zbyt niepasujące do nowoczesnego racjonalisty.

Samo to zawahanie jest już arogancją, bo dowody krzyczą inaczej. Mężczyzna dzwoni do domu, by pochwalić się, że zabił dziesięciu Żydów, a rodzice się cieszą. Kultura uczy dzieci, że ich Bóg przybija piątki mordercom niemowląt, a potem obiecuje tymże mordercom siedemdziesiąt dwie dziewice jako pornograficzną nagrodę.

Albo urzędnik, który z precyzją inżyniera układa rozkłady jazdy do Auschwitz i gratuluje sobie efektywności, gdy miliony jadą na śmierć.

Albo 54-letni biały mężczyzna z brzuszkiem, który zdejmuje koszulę, zakłada bikini z Walmartu i wchodzi do damskiej toalety — w pełni przekonany, że ma do tego prawo, bo wypowiedział magiczne zaklęcie: „identyfikuję się jako kobieta”.

Albo menedżerowie w garniturach, którzy chwalą się algorytmami uzależniającymi dzieci, rozbijającymi demokrację i podsycającymi nienawiść plemienną — wszystko w imię „łączenia świata”.

W każdym przypadku pycha przywdziewa szaty rozumu, postępu lub cnoty — ale owoc jest ten sam: tron dla zła.

Czyż nie mamy do czynienia z pychą, która twierdzi, że ma boskie przyzwolenie na okrucieństwo? Zły bóg nie jest Bogiem — jest diabłem.

Stary Testament ostrzegał: pycha jest korzeniem upadku, pierwszym grzechem, który prowadzi do zguby. Izajasz pisze o Lucyferze: „W sercu swoim mówiłeś: Wstąpię na niebiosa, wznoszę swój tron nad gwiazdy Boże.”

Pycha odwraca porządek stworzenia; koronuje siebie samego. Bonhoeffer dostrzegał to samo w swoich listach z więzienia: głupota i zło często rosną razem, a to, co wydaje się racjonalne, jest w rzeczywistości moralnym spaczeniem.

C.S. Lewis, w „Problemie cierpienia”, pisał, że zło nie jest obcym intruzem, lecz zepsuciem woli. To nie ignorancja — to świadome wypaczenie wolności w bunt. W tym sensie zło nie jest przeciwieństwem rozumu, lecz jego przejęciem — zaprzęgnięciem go do pychy.

Słynny rosyjski powieściopisarz Fiodor Dostojewski, pisząc w XIX wieku przeciwko rodzącemu się racjonalistycznemu utopizmowi, dostrzegł to z przerażającą jasnością.

Zbrodni i karze Raskolnikow przekonuje samego siebie, że morderstwo można usprawiedliwić arytmetyką: zabij jedną „wszę”, a społeczeństwo zyska. Ale poczucie winy to nie pozycja w arkuszu kalkulacyjnym; krew nie daje się sprowadzić do algebry.

— „Nie zabiłem człowieka, tylko zasadę!” — protestuje. Ale zasady też krwawią.

Biesach Szygalow ujawnia swoją słynną formułę: „Zaczynając od nieograniczonej wolności, kończę na nieograniczonej tyranii.” Dostojewski rozumiał, że pycha najpierw przemyka się w szatach rozumu, potem przeradza się w obłęd, a ostatecznie twardnieje w zło.

Taka jest logika pychy: wolność jako slogan, tyrania jako rezultat. W Braciach Karamazow Iwan idzie o krok dalej: „Jeśli Boga nie ma, wszystko wolno.” A człowiek, dodaje Dostojewski, potrafi przywyknąć do wszystkiego — nawet do inkwizycji, nawet do obłędu — o ile tylko powtarza się je wystarczająco długo. Dostojewski jest niezbędny, bo widział, że rozkład zaczyna się nie od ignorancji, lecz od racjonalności skażonej pychą.

I jeśli myślisz, że to wszystko dotyczy tylko XIX-wiecznego Petersburga, to znaczy, że nie zwracasz uwagi.

Wczesne XX-lecie ubrało pychę w szaty nauki i nazwało to eugeniką, sterylizując tysiące ludzi w imię postępu. Dziś pycha zakłada tęczowe smycze i ogłasza, że mężczyzna staje się kobietą, jeśli tylko krzyczy wystarczająco głośno — biologia zastąpiona ideologią, sprzeciw ścigany jak herezja.

Rządy, w swojej paternalistycznej arogancji, zapewniają nas, że cenzura „chroni” wrażliwych — choć zwykle służy tłumieniu głosów ideologicznych przeciwników. Ta buta jest zdumiewająca: wyobrażać sobie, że można oddzielić „złą” mowę od „dobrej”, nie okaleczając przy tym samej wolności słowa.

Na moim uniwersytecie przetestowałem tę butę, kontaktując się z tzw. „obrońcami wolności słowa”. Ani razu nie odpowiedzieli.

Ich arogancja była kompletna: wyśmiewali samą ideę wolności słowa, traktując ją jak anachronizm z komiksu. Dla nich „wolność” oznaczała dokładnie to, co przewidział Dostojewski: wolność powtarzania tego, co chcą usłyszeć tyrani.

Na Uniwersytecie Guelph-Humber tyranami nie byli brutalni despoci, ale przeciętni menedżerowie, pijani własną pychą i ośmieleni swoją banalnością.

My, mędrcy od smartfonów, intelektualiści TikToka, nie jesteśmy racjonalnymi istotami wstępującymi do Kantowskiego „miej odwagi posługiwać się rozumem”. My dryfujemy w bok, otumanieni myśleniem binarnym, uzależnieni od emocji, dumnie niepiśmienni w sprawach wymagających cierpliwości. Žižek, marksistowski błazen pijący z równą radością z Hegla i Lacana, widzi to doskonale: Oświecenie nigdy nie zniszczyło wiary — jedynie ją przebrało.

Wciąż kurczowo trzymamy się fikcji, bo bez nich rzeczywistość się rozpada. Dzisiejsza „racjonalna” liberalna tolerancja kryje w sobie bliźniaka — neurotyczny lęk przed „nękaniem”.

Nasza chwalona racjonalna debata jest przesiąknięta emocją i ideologią. Wiemy lepiej, ale działamy, jakbyśmy nie wiedzieli — to doskonały opis polityki plemiennej.

Nasze zdolności skupienia maleją do kilku sekund, nie przez „technikę”, ale dlatego, że ideologia nauczyła nas pożądać rozproszenia, które nas niszczy. A my wmawiamy sobie, że to postęp — jakby doomscrolling był prawowitym spadkobiercą Kartezjusza.

Bonhoeffer, siedząc w celi pod nazistowskim butem, zauważył to już wtedy: głupota jest groźniejsza niż złośliwość. Złośliwość można zwalczyć; głupota przebiera się w cnotę, powtarza slogany i myśli, że jest święta. To nie ignorancja — bo ignorancję można wykształcić, a tępotę naostrzyć, nieudolność wyszkolić.

Głupota, w sensie Bonhoeffera, to coś mroczniejszego: moralna porażka, odmowa poznania, upadek sumienia przebrany w moralny język. To ślepota wybrana jako cnota.

To administrator z doktoratem, który podpisuje fałszywe oskarżenie, nie czytając akt. To dziennikarz, który feruje wyrok po trzech akapitach. To student, który krzyczy „kolonialista!” zamiast użyć argumentu. A wszyscy oni wyobrażają sobie, że są odważnymi wolnomyślicielami.

I nie miej złudzeń: ta głupota nie jest bierna. Jest monetyzowana, wzmacniana i nagradzana. Mattias Desmet, belgijski psycholog, którego uniwersytety zwykle trzymają za szafą, wskazuje, że propaganda nie należy tylko do reżimów z bagnetami — jest wbudowana w „racjonalistyczne” społeczeństwa, gdzie nieustanny sączek nagłówków i powiadomień trzyma nas posłusznych jak owce radośnie maszerujące do rzeźni, bo na ścianach wiszą plakaty z napisem „sanatorium odnowy”.

Jürgen Habermas, frankfurcki mędrzec, który nigdy nie spotkał zdania, którego nie mógłby wydłużyć, ostrzegał pół wieku temu, że „sfera publiczna” — niegdyś miejsce argumentu i perswazji — zamienia się w teatr, gdzie mowa służy nie prawdzie, lecz pozorom.

Widzimy to dziś z bolesną wyrazistością: zdolność koncentracji spadła z 12 do 8 sekund, przypomina nam Gloria Mark, jakbyśmy trenowali do roli złotej rybki.

Yuval Noah Harari, historyk TED-talków, zapewnia nas, że sapiens już wkrótce odda duszę algorytmom. Według niego nie zmierzamy do oświeconego uniwersalizmu — raczej cofamy się w kierunku plemienności.

Z tą różnicą, że dzisiejsze getta nie są tworzone przez inkwizytorów z mieczami, lecz przez serwery z Doliny Krzemowej — nowoczesne kapłaństwo programistów, decydujących, kim są twoi sąsiedzi, wrogowie i bogowie.

To nie ignorancja. To triumf głupoty ze świętym z aureolą. I ludzie pytają, czemu Platon nie ufał tłumowi; najwyraźniej poznał nasze sekcje komentarzy.


Religia niegdyś stanowiła fundament postępowania — przykazania, cnoty, zobowiązania. Można się z nią było spierać, reinterpretować ją, nawet odrzucić — ale nadawała kształt.

Odrzucając ją całkowicie, uznaliśmy się za wyzwolonych. A to, co zbudowaliśmy w zamian, to pustka. I w tę pustkę wtargnął nowy katechizm: hashtagi, slogany, oburzenie. Kiedyś kapłan mówił ci: niebo albo piekło.

Dziś aktywista mówi: rasista albo sprawiedliwy, transfob albo sojusznik. Oba systemy nie znoszą niuansów. Oba palą heretyków. Oba są głupie od kadzideł. I oba oczekują owacji na stojąco.

Sam rozum nie jest panaceum. Naziści byli racjonalni w układaniu rozkładów jazdy do Auschwitz. Księgowy z gułagu był racjonalny, licząc trupy. To, co ratuje rozum, to jego zakotwiczenie w moralnej jasności — inaczej staje się kalkulatorem okrucieństwa.

Einstein widział to jasno: „Nauka bez religii jest kulawa, religia bez nauki jest ślepa.” Lewis widział: zło jest pasożytem dobra. Bonhoeffer widział: głupota jest groźniejsza niż złośliwość. Lekcja nie brzmi: wiara ma rządzić, ani że rozum jest nieomylny — lecz że bez obu, bez moralnego kompasu i racjonalnej metody, jesteśmy zgubieni.

A zgubieni, jak się wydaje, jesteśmy z determinacją. Uniwersytety, niegdyś katedry dociekań, dziś goszczą inkwizycję. Dziennikarze, niegdyś strażnicy prawdy, dziś produkują oburzenie. Politycy, niegdyś przynajmniej hipokryci w służbie ideałów, dziś pławią się w sprzeczności.

To nie jest ignorancja. To głupota — wiedzieć lepiej, ale woleć plemię od prawdy, emocję od faktu. I to pycha w dosłownym sensie: duma, która oślepia samą siebie, wypaczona soczewka, która nie widzi własnego wypaczenia. Wydaje nam się, że kieruje nami rozum, gdy tymczasem rozum jest podporządkowany arogancji, a arogancja osuwa się w obłęd.

Zakład Oświecenia — że istoty rozumne potrafią same sobą rządzić — właśnie przegrywamy. Nie przez podbój, lecz przez lenistwo. Kapłani dziś noszą togi akademickie, odpusty płaci się hashtagami, a procesy czarownic odbywają się w mediach społecznościowych. Nie jesteśmy średniowiecznymi chłopami bojącymi się komet. Jesteśmy absolwentami bojącymi się tweetów.

Kant mówił sapere aude! — miej odwagę wiedzieć. Nasze motto dziś to sentire aude! — miej odwagę czuć.

I dopóki będziemy koronować emocje i krzyżować rozum, zasłużymy na los, przed którym ostrzegał Bonhoeffer: cywilizację, która świadomie wybiera głupotę i z otwartymi oczami wpada w ciemność.

Ignorancję można wyleczyć; tępotę można wyszkolić; niekompetencję poprawić. Ale głupota — moralna odmowa poznania, dobrowolna ślepota pychy — nie może zostać pokonana samą informacją. I dlatego jest tak niebezpieczna.

Ponura diagnoza Bonhoeffera wciąż obowiązuje: „Ani protesty, ani użycie siły nie odnoszą skutku wobec głupoty; argumenty trafiają w próżnię.” Człowiek głupi nie daje się przekonać — on jest opętany.

Nasza epoka jest dość bystra, by budować superkomputery, ale zbyt głupia, by używać ich do czegoś poza hashtagami; dość oczytana, by znać Locke’a, ale zbyt leniwa, by go czytać; dość dumna, by nazywać się oświeconą, ale zbyt ślepa, by nie maszerować ku ciemności.

A jak powiedział Dostojewski — człowiek potrafi przywyknąć do wszystkiego. Nawet do inkwizycji z lepszym logo. I udało nam się go potwierdzić z entuzjazmem: dziś inkwizycje mają loga działów HR i tęczowe smycze, kaci uśmiechają się na zdjęciach w Facebooku, a tłum rzuca nie kamieniami, lecz hashtagami.

Jeśli to jest postęp, to dom wariatów zamienił się w uniwersytet.

Jeśli nie zaczniemy stawiać oporu, dostaniemy to, na co zasługujemy: cywilizację, która zamieniła prawdę sprawdzoną na niesprawdzone dogmaty, rozum na pychę, pokorę na głupotę — i nazwała to szaleństwo „postępem”.

Lekarstwem nie jest więcej sprytu, ale odzyskanie mądrości: rozumu sprzęgniętego z moralną jasnością, wolności związanej z odpowiedzialnością i pokory dość silnej, by oprzeć się pysze. Bez tego nie tylko pogrążymy się w ciemności — ale nazwiemy to nowym oświeceniem.


Link do oryginału: https://www.freedomtoffend.com/p/hubris-in-a-lab-coat-the-new-catechism

Freedom To Offend, 9 października 2025

Paul Finlayson – kanadyjski nauczyciel akademicki, wykładowca marketingu na University of Guelph-Humber, od listopada 2023 roku zawieszony i w 2025 roku ostatecznie wyrzucony z pracy w związku z zarzutem uporczywego dementowania kłamstw o Izraelu. Nie jest Żydem, gdyby ktoś pytał.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The fantasy state of ‘Palestine’


The fantasy state of ‘Palestine’

Melanie Phillips


It’s time for the United States and the Jewish world to start holding their supposed champions’ feet to the fire.

Keir Starmer, the United Kingdom prime minister, meets with U.S. President Donald Trump at Trump Turnberry golf course, July 28, 2025. Credit: Lauren Hurley/No. 10 Downing Street.

In his barnstorming speech this week at the United Nations General Assembly, in which he lobbed one uncomfortable home truth after another at member states, U.S. President Donald Trump told the world body itself that it was useless. Instead of stopping wars and saving lives, he said, it produced only empty words.

The problem with the United Nations is rather more acute than that. Supposedly the guardian of peace and justice in the world, it has become instead an avatar of evil.

Institutionally programmed to single out the State of Israel for systematic defamation, delegitimization and destruction, it has been captured by an agenda to destroy Israel because it represents the world. Most of the world is run by liberal universalists, Marxist dictatorships or Muslim regimes, which in various combinations hate Israel, the Jews and the West.

So it wasn’t surprising that—as a result of the global strategy of terrorism, war and defamation launched by the Hamas-led atrocities on Oct. 7, 2023, as an all-out push to destroy Israel—157 countries voted at the United Nations to recognize Palestine.

As Trump said, this rewarded Hamas for Oct. 7 “even while they refuse to release the hostages or accept a ceasefire.”

The unilateral Palestine recognition stunt was led by France and Britain, who thus ripped up the 1993 Oslo Accords, which required a negotiated settlement to the Israel-Palestinian issue.

Recognition, which, as the British government concedes, does not create a state of Palestine, is in effect a declaration of war against Israel by creating a fake diplomatic infrastructure to pressure the Jewish state, through both national and international bodies, to cut its own throat.

British Prime Minister Sir Keir Starmer and the French President Emmanuel Macron have done this partly to appease the ever-more powerful Muslim blocs in Britain and France, and partly to save their own skins from their political enemies.

It was also in part because they are genuine believers in the liberal universalist fantasy of a “two-state solution” to this Arab war of extermination against Israel, a genocidal war that they catastrophically mischaracterize as a dispute between two parties with a well-founded claim to the same area of land.

The British government, however, deserves particular censure. Many critics observed not only that a state of Palestine couldn’t be conjured up by merely wishing it to exist, but also that it didn’t even have any geographical borders or shape.

So the British government promptly conjured them up, too. On the U.K. Foreign Office website, its page of travel advice now sports a map on which the “West Bank” and Gaza are named as “Palestine.”

Strangely, these mapped areas appear not to include Jerusalem or Bethlehem. These are nevertheless described as the “West Bank” in the accompanying text, advising against all but essential travel there in its frequent references to traveling in Palestine.

This discrepancy suggests sloppiness, cluelessness or extreme haste—or a combination of all three—by the officials who drew up this map.

The Starmer government’s malicious promotion of a fantasy “Palestine” doesn’t stop there. The British Consulate General in Jerusalem, which deals with Palestinian Arab issues, has now changed its address to “East Jerusalem, Palestine.”

In London, in a ceremony attended by a grisly crowd of Israel-haters, various Labour Members of Parliament and the junior Foreign Office minister Hamish Falconer, the Palestinian mission to London changed its name to the “Embassy of Palestine.”

This ceremony saw the raising of what was described as the “Palestine flag.” In fact, this flag of black, green and white with a red triangle emerged in 1916 as the symbol of the Arab revolt against Ottoman rule. It was then adopted by the Palestine Liberation Organization when it was created as a terrorist organization in 1964.

The crowd was addressed by the mission’s head, Husam Zomlot, who has now become the “Palestine ambassador” to Britain.

This is a man who in 2020 pooh-poohed as “a media stunt” a rocket attack from Gaza on Ashdod which injured two people; who has supported BDS; who has denied that the Palestinian Authority’s “pay for slay” program, which funds terrorists and their families for murdering Israelis, amounts to payments for violence; and who has claimed that the Israelis have “genocidal genes.”

At this ceremony, Falconer told the crowd that “Palestine” recognition was “a rejection of extremist ideas on both sides.”

What kind of delusion is this? The “Palestine” flag is a terrorist flag. The sole purpose of the state of “Palestine” is to exterminate Israel. The Palestinian “ambassador” denies the Palestinians’ genocidal aims and instead ascribes them obscenely to their Israeli victims.

Recognition constitutes the British government’s rejection of civilization for barbarism.

Most Brits are unaware of the monstrosity of all this because no one in Britain’s media or political classes tells them the truth about the Palestinian Arabs and their history. And crucially, neither Israel nor Britain’s Jewish leadership choose to educate them either.

The vast majority of Brits are unaware that Palestinian identity is a fiction invented solely to destroy Israel and steal from the Jews their own history in the land. They are unaware that even the supposedly moderate Palestinian Authority is committed to the destruction of Israel, makes heroes out of terrorists who slaughter Israelis, and has taught its children for decades to murder Jews and steal all their land.

They are unaware that Britain is ultimately responsible for the Arab-Israel impasse, having torn up international law in the 1930s when it offered the Arabs part of Mandatory Palestine that the League of Nations had said should be settled by the Jews alone. That was a reward for genocidal terror against the Jews—a “two-state solution”—that the British are still promoting to this very day.

Many in Britain and the West have no idea that there’s no illegal “occupation” because Israel is the only state with a legal, historical and moral claim to the disputed territories of the “West Bank” and Gaza.

They have no idea that the Palestinian Arabs they so naively support are obsessed by hatred against not just Israel but against the Jews as Jews, who are routinely and hysterically demonized in Palestinian society through Nazi and medieval antisemitic imagery portraying them as rats, insects, snakes and octopuses holding the entire world in their demonic grip.

People in Britain and the West have no idea about any of this because Israel and Diaspora Jewish leaders don’t tell them. One reason for this is a deeply rooted, deeply problematic attitude by both Israel and Diaspora Jews to their position in the world.

In his 2011 book, Perspectives of Psychological Operations in Contemporary Conflicts, Dr. Ron Schleifer, an Israeli researcher into psychological warfare, analyzed Israel’s utter inadequacy in countering the defamation, demonization and delegitimization used against it for decades by the Palestinian Arabs.

As the root of this, he suggested, was the Jews’ desperate need to be loved and accepted in the world. Throughout history, they always took an apologetic, defensive approach to their enemies. They made no attempt to condemn their persecutors’ own culture or behavior. Concerned almost entirely with their own image, they wanted, above all, to convince people not to hate them.

That’s partly why Israel has never called out the Islamic world or the Palestinians in general for their barbaric attitudes and behavior towards the Jews. It has always been preoccupied instead by the need to achieve legitimacy in the eyes of the world.

The disastrous result is all around us—a global loss of legitimacy for Israel, and the legitimization instead of the bogus state whose sole purpose is to destroy the Jewish homeland.

Israel should now throw out British and French diplomats, and start to withhold critical intelligence from these countries. Trump should withdraw from the United Nations and its kangaroo courts, and shut them down as the menace they are.

Britain and France are going down. Israel and America alone are fighting for civilization. Now they have to start tackling the so-called champions of global peace and justice, and holding their feet to the fire.


Melanie Phillips, a British journalist, broadcaster and author, writes a weekly column for JNS. Currently a columnist for The Times of London, her new book, The Builder’s Stone: How Jews and Christians Built the West and Why Only They Can Save It, is published by Wicked Son and can be purchased on Amazon. To access her work, go to: melaniephillips.substack.com.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


%”>

Activist Laura Loomer Blasts Pentagon Over Planned Qatar Military Facility in Idaho


Activist Laura Loomer Blasts Pentagon Over Planned Qatar Military Facility in Idaho

Reuters and Algemeiner Staff


Laura Loomer arrives in Philadelphia, Pennsylvania, U.S., September 10, 2024. REUTERS/Eduardo Munoz

Far-right activist Laura Loomer slammed President Donald Trump’s administration on Friday over its deepening defense ties with Qatar and made false accusations that spread on social media that the Pentagon was giving it a military base on US soil.

US Defense Secretary Pete Hegseth met with Qatar’s Deputy Prime Minister Sheikh Saoud bin Abdulrahman al-Thani at the Pentagon earlier in the day, announcing that Qatar would pay for a facility at a US air base in Idaho. He did not say the US would give Qatar the base, or any base in the United States.

The facility, which has been in discussions for years, would support Qatar’s plans to train pilots on 12 F-15 fighter jets that the country is buying and which would be located there, a US official told Reuters. The facility would include hangars to shield the aircraft from the elements and a squadron operations building for the pilots, the official said.

U.S. TO SUPERVISE CONSTRUCTION

The arrangement, which the official said was in line with those agreed with other US allies, would result in the facility being built by local contractors under US military supervision and funded by Qatar. Pilots from Singapore already train at the US base.

“We’re signing a letter of acceptance to build a Qatar Emiri Air Force facility at the Mountain Home Air Base in Idaho,” Hegseth said, alongside his Qatari counterpart.

Shortly after the announcement, Loomer said she did not think she would vote in next year’s mid-term elections.

“Never thought I’d see Republicans give terror financing Muslims from Qatar a MILITARY BASE on US soil so they can murder Americans,” Loomer wrote on X.

She posted a clip of Trump speaking in 2017, when he accused Qatar of historically funding terrorism “at a very high level.”

In the wake of her remarks, Hegseth posted on X: “To be clear, Qatar will not have their own base in the United States — nor anything like a base. We control the existing base, like we do with all partners.”

Qatar’s embassy spokesperson said the facility in Idaho would not be a Qatari air base.

“Qatar has made an initial 10-year commitment to construct and maintain a dedicated facility within an existing US air base, intended for advanced training and to enhance interoperability,” Ali Al-Ansari said in a statement.

He said the arrangement was similar to existing programs the US has with other international allies.

Qatar is a US security partner and host to al-Udeid Air Base, the largest US military facility in the Middle East. It acted as a mediator alongside Egypt in talks between Israel and Hamas.

A self-proclaimed “Islamophobe” who for years argued the September 11, 2001, attacks were an inside job, Loomer has a history of provocative and self-promotional actions, including handcuffing herself to Twitter’s headquarters in New York in 2018 after the platform banned her for hate speech.

With 1.8 million followers on X and her own weekly program that draws a large audience, Loomer can say she speaks for many of the MAGA faithful and influences their views of the Trump administration.

In April, Trump fired US General Timothy Haugh, who was the director of the National Security Agency and head of US Cyber Command. The New York Times reported that Loomer had called for his ouster.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pokój wymuszony siłą


Pokój wymuszony siłą

Paul Finlayson


Za sprawą zwrotu akcji tak absurdalnego, że mógłby wydarzyć się tylko w XXI wieku, Donald J. Trump najwyraźniej odegrał rolę akuszera przy narodzinach nowego „porozumienia o zawieszeniu broni” między Izraelem a Hamasem. W ciągu kilku godzin były prezydent ochrzcił je mianem „największego porozumienia pokojowego od czasów Raju” — triumfu marketingu, boskiego geniuszu i, rzecz jasna, samego Trumpa.

Można niemal usłyszeć już szkic jego pisanej przez najemnika autobiografii: Sztuka zawieszenia broni — jak uczyniłem Bliski Wschód znowu wielkim.

To ten rodzaj hiperboli, który mógłby sprawić, że aniołowie jękną z zażenowania. Ogród Eden, jak pamiętamy, nie był przecież porozumieniem pokojowym, tylko eksmisją. A jednak Trump — wieczny sprzedawca samego siebie — pomylił wygnanie z dyplomacją i przypisał sobie zasługi za pojednanie między Bogiem a wężem. Jego teologia, podobnie jak składnia, jest improwizowana, ale płynąca z serca.

A jednak pod tą komedią kryje się coś starszego i znacznie poważniejszego — prawda równie stara jak wojna i równie niewygodna jak rozum. To zawieszenie broni, jak każde poprzednie, nie zrodziło się z empatii, negocjacji ani moralnej perswazji. Poczęte zostało w terrorze, a narodziło się z wyczerpania. Nie wyłoniło się z dusznych sal konferencyjnych dyplomacji, lecz zostało wyrąbane przez izraelskie drony, których znakiem przestankowym są eksplozje, nie podpisy. Pokój, którym teraz wznoszone są toasty w marmurowych pałacach, nie jest dzieckiem sprytu dyplomatów — lecz niechętnym potomkiem odstraszania.

Agresor — jak zawsze — nie przestał, bo się wzruszył, lecz dlatego, że się przestraszył. W tym sensie to porozumienie nosi na sobie więcej z ponurego realizmu Netanjahu niż z napompowanej autoprezentacji Trumpa. A jednak Bibi, wieczny pragmatyk, wydaje się całkowicie zadowolony, pozwalając Trumpowi paradować przed kamerami, myląc dym z kadzidłem, pozwalając by paw puszył się swoim ogonem, podczas gdy jastrząb po cichu przeładowuje broń. Póki co, nic nie kosztuje folgowanie człowiekowi, którego próżność mogłaby nawodnić Negew.


I skoro już mowa o absurdach — trudno nie zauważyć, że to rzekome „ludobójstwo” jakoś niezbyt dobrze idzie domniemanym ludobójcom.

Dobre ludobójstwa — jeśli można użyć tego oksymoronu w duchu wisielczego humoru — nie mają zwykle zawieszenia broni w połowie. Nie robią przerw na wymianę wrogów za porwanych, konwoje z pomocą ani selfie z ONZ. Co teraz poczną zawodowi entuzjaści ludobójstwa? Organizacje pozarządowe, które wypuszczają oświadczenia o ludobójstwie niczym komunikaty pogodowe, muszą przeżywać kryzys: ich apokalipsa została brutalnie przerwana przez dyplomację.

A co z biedną Gretą Thunberg? Można sobie wyobrazić, jak szuka teraz nowej strefy wojennej, którą mogłaby nawiedzać — nowego moralnego piekła, w którym mogłaby pozować do zdjęć, popijając etycznie pozyskiwane espresso i oskarżając rządy o zbrodnie wojenne, bo kawa przyszła bez mleka owsianego. Znajdzie coś — zawsze znajdzie się jakaś nowa sprawa, nad którą można hiperwentylować. Jej oburzenie jest neutralne węglowo i nieskończenie odnawialne.

Do tego dochodzą zawodowi żałobnicy z zachodniej prasy. Ból The Toronto Star będzie wykwintny. Redakcja Al Jazeery zapewne już zwołuje nadzwyczajne posiedzenie, by przemianować zawieszenie broni na „kolonialną pauzę”.

W pokoju nauczycielskim Uniwersytetu Guelph zapanuje lament: jak to możliwe, że wojenny podżegacz Trump negocjuje to, o co ich wydziały studiów nad pokojem modlą się od czasów administracji Cartera? Co zrobią z całym tym nadmiarem nienawiści, skoro obiekt ich wściekłości właśnie zawarł pokój?

Nie obawiajmy się — znajdą nowy sposób, by nienawidzić Żydów. Zawsze znajdują. Antysemityzm, w przeciwieństwie do energii słonecznej, nigdy się nie wyczerpuje; to jedyny perpetuum mobile, który naprawdę działa. Uzasadnienia się zmieniają, żargon ewoluuje, hasztagi się odświeżają — ale melodia pozostaje zawsze ta sama.

A zatem tak, pozwólmy Trumpowi przypisać sobie zasługi za niebiański pokój odrodzonego Edenu. Niech bien-pensantowa prasa dławi się własnymi przymiotnikami. Prawda, jak zawsze, brzmi tak: cywilizacja nadal opiera się na sile, nie na uczuciach — a jedyną rzeczą, która naprawdę przeraża tych, którzy czczą śmierć, jest perspektywa dołączenia do własnego zgromadzenia.

Trump może to sprzedawać jako deal, ale historia nazwie to po imieniu: odkryciem odwiecznej prawdy. Pokój nigdy nie był negocjowany — zawsze był wymuszany. Moment, w którym rakiety przestały spadać, nie był momentem triumfu rozumu, lecz siły. Można to nazwać sztuką przetrwania.

Casting do Pokojowego Nobla

Trump wkroczył właśnie na swoją ulubioną scenę talent show — „Nobel Idol”. Po raz kolejny przygotowuje się do odebrania Pokojowej Nagrody Nobla, swej najbardziej pożądanej wstążki za uczestnictwo. Według doniesień, kilkukrotnie dzwonił bezpośrednio do norweskich urzędników, domagając się aktualizacji z intensywnością człowieka śledzącego zaginiony bagaż.

– „Co się dzieje z moją nominacją?” – zapytał kiedyś zaskoczonego ministra, jakby Oslo było po prostu kolejnym partnerem licencyjnym marki Trump, wciśniętym gdzieś pomiędzy Trump Steaks a Trump University.

To klasyczny Trump: nie tyle zabiega o pokój, co próbuje wynegocjować z nim prawa do nazwy. Gdyby tylko mógł, nagroda już nosiłaby nazwę Trump Nobel Peace, z wielkim T.

– „Obamie dali ją za nicnierobienie” – warknął – „Ja zrobiłem pokój między Izraelem a Arabią Saudyjską — powinni mi dać dziesięć.”

Gdyby istniała Nagroda Nobla za subtelność, Trump z pewnością by jej nie zdobył. Jako dziecko można sobie go wyobrazić, jak już w połowie listopada wypytuje, co dostanie na Boże Narodzenie, a następnie wydaje w tej sprawie komunikat prasowy. Świat mógłby płonąć, Dow Jones lecieć w dół, ale gdzieś w Mar-a-Lago 45. prezydent Stanów Zjednoczonych nadal zastanawia się, czy Norwegowie sprawdzili folder spamu, w którym być może wylądowało jego noblowskie zawiadomienie.

Na wiecu w Michigan powiedział: – „Gdybym był Demokratą, już bym miał pięć Nobli — może sześć.”

A później, w rozmowie z Newsweekiem, dodał ozdobnik, który wprawiłby w zakłopotanie nawet Henry’ego Kissingera:

– „Nie dostaje się Pokojowej Nagrody Nobla za powstrzymanie III wojny światowej — tylko za uprzejme jej rozpoczęcie.”

To byłoby zabawne, gdyby nie było tak do bólu szczere.

Trump nie zna pojęcia samokontroli ani subtelności; jego samoocena jest wulkaniczna, jego id nieprzefiltrowane nawet przez najcieńszą warstwę ogłady. Nie potrafi szeptać — potrafi tylko nadawać. Jego wyobrażenie o pokorze to czytanie własnego nazwiska mniejszą czcionką.

– „Ogród Eden” — można go sobie wyobrazić — „to była świetna umowa, ludzie, naprawdę niesamowita — tylko negocjatorzy byli do niczego.”

Można niemal zobaczyć komitet noblowski w Skandynawii — grzeczny aż do paraliżu — wpatrzony w transatlantycką linię telefoniczną, podczas gdy Trump wychwala swoje „historyczne zawieszenie broni”, przerywając tylko, by zapytać o opcje dostawy medalu.

Gdyby ironia miała życie pozagrobowe, Alfred Nobel wirowałby w grobie z taką prędkością, że mógłby zasilić połowę Europy czystą energią.


Porozumienie C-Spire i miraż

Sam dokument — dumnie nazwany Porozumieniem C-Spire — brzmi jak Sztuka zawierania umów przetłumaczona na dyplomatyczne esperanto. Dwadzieścia jego punktów obiecuje odrodzenie Gazy jako technokratycznej, wolnej od terroru utopii, nadzorowanej przez międzynarodową „Radę Pokoju”, której — rzecz jasna — przewodniczyć ma sam Trump, z Tonym Blairem w roli jego moralnego lokaja.

Gaza ma zostać odbudowana, deradykalizowana i zrebrandowana — coś na kształt bliskowschodniego Mar-a-Lago, bez wózków golfowych.

Bojownikom Hamasu, którzy wyrzekną się przemocy, obiecano amnestię i, jak można sobie wyobrazić, staż z „rozwiązywania konfliktów”. Odbudowana zostanie infrastruktura, piekarnie wznowią działalność, a konwoje humanitarne wjadą pod banerami z hasłem „wzajemny szacunek”. Nowa Międzynarodowa Siła Stabilizacyjna będzie patrolować ruiny; Specjalna Strefa Ekonomiczna zachęci inwestorów; a „Inicjatywa Dialogu Międzywyznaniowego” spróbuje przekonać mężczyzn cytujących Koran o unicestwieniu niewiernych, że tak naprawdę potrzebują tylko szkolenia z tolerancji.

Jeśli cokolwiek pójdzie dobrze, będzie sporo pracy w budowlance — o ile da się budować pomiędzy niewybuchami.

W teorii brzmi to niemal rozsądnie. W praktyce — to broszura kasyna reklamującego Armagedon. Można sobie wyobrazić reklamy: „Nowa Gaza zaprasza – ulgi podatkowe, palmy i zero dżihadu przed południem.”

A jednak pozostaje ponury fakt: jedyny powód, dla którego takie fantazje w ogóle są możliwe, to ten, że Izrael — mimo całego światowego moralnego teatru — po raz kolejny udowodnił, że cywilizacja przetrwa tylko wtedy, gdy barbarzyństwo przypomni sobie, jak to jest się bać. To zawieszenie broni nie jest owocem oświecenia, lecz dzieckiem wyczerpania.

Stare prawo, stare kłamstwa

Przez dekady katechizm był ten sam: zakończyć okupację, znieść blokadę, uznać naszą godność. Piękne hasła — dopóki nie zauważy się, że każde zawieszenie broni kończy się kolejnym tunelem, każdy rozejm kolejną masakrą, a każdy „Dzień Gniewu” — pogrzebem kogoś, kto traktował męczeństwo jak wpis do CV.

Prawda, jak zawsze, pozostaje niewzruszona wobec sentymentalizmu: pokój, jeśli w ogóle nadchodzi, przychodzi dopiero wtedy, gdy agresor zbyt się boi, by dalej walczyć.

Ale świat, zawsze łaknący iluzji, szuka pociechy w pojęciu umiarkowania. Wchodzi więc Fatah — pod krawatem brat bliźniak zamaskowanego fanatyka z Hamasu.

Międzynarodowa klasa oddycha z ulgą: Ach, dorośli w pokoju. Dorośli — być może — w tym sensie, że opanowali cynizm do perfekcji. Mahmud Abbas, wieczny prezydent tej biurokratycznej farsy, wychwalany jest jako człowiek rozsądku z Ramallah — wystarczająco rozsądny, by bezterminowo odwołać wybory, wystarczająco rozsądny, by wybudować sobie pałac za miliony, podczas gdy jego lud gnije w obozach dla uchodźców, które sam romantyzuje; wystarczająco rozsądny, by kształcić swoje dzieci w Szwajcarii, podczas gdy cudze uczy nienawiści.

I cóż za umiarkowany człowiek. Jego rozprawa doktorska otwarcie flirtowała z negowaniem Holokaustu — akademicka specjalność, która czyni z niego, w oczach Unii Europejskiej, filozofa.

Przy oficjalnej pensji wynoszącej około 120 tysięcy dolarów rocznie Abbas zdołał zgromadzić majątek liczony w milionach — osiągnięcie tak imponujące, że powinno być analizowane na kursach MBA. Przebił go chyba tylko były premier Kanady Trudeau, który potrafił zamienić 1,2 miliona w 92 miliony w ciągu około 12 lat — wszystko przy pensji 350 tysięcy rocznie.

Menadżerowie funduszy hedgingowych ustawiają się w kolejce, by poznać tę magię. Można tylko założyć, że jego broker ma kontakty niebiańskie. Wall Street mogłoby pozazdrościć.

Jeśli Hamas prowadzi dżihad za pomocą odłamków, Fatah robi to za pomocą świadczeń. Od 7 do 10 procent jego całego budżetu przeznaczane jest na coś, co eufemistycznie można by nazwać funduszem męczeńskim — dożywotnie wypłaty dla rodzin tych, którzy zginęli zabijając Żydów.

To opieka społeczna jako kult śmierci: wysadź autobus — twoja matka dostaje pensję; dźgnij rabina — twój brat dostaje awans. Biurokraci z Ramallah, skrupulatni jak zawsze, zakodowali tę dewiację w przepisach. Arkusze męczeństwa prowadzone są w trzech egzemplarzach.

A jednak najbardziej groteskowy przejaw tej polityki widać nie w ministerstwach, lecz w przedszkolach. Niektórzy rodzice z Gazy — sami uwięzieni w pętli propagandy imamów i komisarzy — pokazują swoje dzieci w miniaturowych mundurach, przechwalając się przed dziennikarzami, że mały Ahmed marzy o dźganiu Żydów nożem, gdy dorośnie.

To nie tyle rodzicielstwo, co zarządzanie portfelem: makabryczna strategia inwestycyjna, w której śmierć dziecka staje się planem świadczeń odroczonych. Zasiłek trafia przecież nie do chłopca — on będzie martwy. Trafia do ocalałych, których żałoba została znacjonalizowana i zmonetyzowana.

Oto, co się dzieje, gdy fanatyzm zakłada dział finansowy. Miłość, która powinna była być przeznaczona żywym, zostaje zabezpieczona jako gwarancja pod kolejne okrucieństwo. W jakimkolwiek zdrowym moralnie świecie uznano by to za teologicznej skali przemoc wobec dzieci — ale w odwróconej moralnej ekonomii Gazy nazywa się to „poświęceniem”.

To nie wiara — to handel kontraktami terminowymi na ciało.

Zachodni darczyńcy o tym wiedzą. Wszyscy wiedzą. A jednak te same rządy, które upominają Izrael za brak powściągliwości, nadal przelewają pieniądze — piorąc moralne tchórzostwo przelewem za przelewem. Ambasady Fatahu są pełne płynnie mówiących po angielsku dyplomatów w drogich garniturach, z ledwie wyczuwalnym zapachem krwi spod warstwy perfum.

Europejski walc i niekończące się oskarżenia

Ten spektakl zawstydziłby nawet Marię Antoninę. Jej słynne „Niech jedzą ciastka” odrodziło się w Ramallah i Brukseli. Gdy Gazyjczycy głodują, ich przywódcy zamawiają nowe floty niemieckich limuzyn; gdy umierają ich dzieci, prezydenci zamawiają więcej marmuru do swoich willi. Nazywają to oporem; to dekadencja z pretensją do cierpienia.

Tymczasem bien-pensants z Londynu, Toronto i Berkeley organizują panele przy świecach, rozprawiając o „dialogu”, myląc moralną równowagę z cnotą. „Przemoc niczego nie rozwiązuje” — skandują — hasło, które mogło przetrwać tylko w społeczeństwach chronionych przez ludzi, którzy rozwiązali wszystko właśnie przemocą. W rzeczywistości, przemoc najwyraźniej sprawdziła się całkiem nieźle.

Oni organizują seminaria o niuansach, podczas gdy Izrael trzyma linię.

Świat zawsze znajdował nowe powody, by nienawidzić Żydów, i zawsze będzie je znajdować. Wczoraj była to lichwa, potem nacjonalizm, później kolonializm, dziś — syjonizm. Forma się zmienia, melodia nie. Ten jeden naród, który nauczył się przez cierpienie, że przetrwanie zależy od siły, nadal jest potępiany za to, że ją stosuje.


Miraż Montevideo i milicyjna rzeczywistość

A co z owym mitycznym „Państwem Palestyńskim”, o którym marzą dyplomaci? Zgodnie z konwencją z Montevideo, państwo musi posiadać określone terytorium, stałą ludność, rząd oraz zdolność do utrzymywania stosunków z innymi państwami.

Wedle tej definicji „Palestyna” istnieje jedynie na papierze firmowym jej apologetów. Ma dwa rządy — każdy z nich podważa legalność drugiego; dwa zestawy uzbrojonych gangów podających się za siły bezpieczeństwa; i ani jednej instytucji, która przetrwałaby tydzień bez zagranicznych subwencji. Uznawanie tego za państwo nie jest dyplomacją — to nekromancja. To nagradzanie terroryzmu i chrzest chaosu pod postacią suwerenności.

A nawet ten opis i tak jeszcze łagodzi rzeczywistość. Dzisiejsza Gaza nie jest jedynie podzielona między Hamas i Fatah; to mozaika klanów, księstewek i najemnych milicji — uzbrojonych przedsiębiorców nędzy, służących temu, kto najlepiej płaci danego tygodnia. Niektórzy watażkowie nazywają się „obrońcami społeczności”, gangsterzy przybierają miano „brygad”, a przemytnicy pozują na pracowników socjalnych. Każda zbombardowana dzielnica ma już swoją mikro-suwerenność — z własnym punktem kontrolnym, flagą i krzywdą. To nie jest rządzenie — to gangsterska strefa bezprawia, polityczny odpowiednik sieci energetycznej zasilanej wyłącznie akumulatorami samochodowymi.

Nazwać ten chaos państwem to pomylić anarchię z podmiotowością. Dyplomaci, którzy z powagą mówią o „palestyńskich instytucjach”, mogliby równie dobrze organizować szczyty poświęcone wewnętrznej spójności mafii. To, co uchodzi za przywództwo, to karuzela zbirów i teologów, utrzymywana przy życiu nie przez wizję, lecz przez zagraniczne fundusze i zachodni nawyk mylenia upadku z autentycznością.

Nawet jeśli jutro zainstalowano by tam jakąś „technokratyczną administrację” — z CV, arkuszami kalkulacyjnymi i nieodzownym orszakiem międzynarodowych doradców o spojrzeniu ludzi, którzy wciąż wierzą w „proces” — to gdzie dowody na to, że korupcja, fanatyzm czy biurokracja funduszu męczenników miałyby po prostu zniknąć? To nie są anomalia palestyńskiego rządzenia — to jego zasady organizacyjne.

Fatah i Hamas to nie przeciwległe bieguny politycznego spektrum — to ten sam biegun, owinięty różnymi flagami. Jeden nosi krawat, drugi kominiarkę. Oba ożywia ta sama święta obsesja na punkcie krzywdy i ta sama święta wolność od odpowiedzialności.

Biznes śmierci i eksport cierpienia

Wojna, wyjaśnijmy to jasno, była finansową żyłą złota dla miliarderów z Dohy — uśmiechniętych kwatermistrzów pobożności. Każdy nalot, każda ofiara, każdy zachodni fundusz odbudowy to kolejna pozycja w ich bilansie. Pałace z marmuru rosną, konta puchną, a kondolencyjne tweety płyną szerokim strumieniem. Śmierć ich ludu nie jest dla nich tragedią — to dywidenda.

Ci ludzie zamienili cierpienie w portfel inwestycyjny — żałobę w klasę aktywów, litość w towar eksportowy. Nie zrezygnują z tego zysku dla pokoju, bo pokój jest dla nich po prostu złym interesem. Ich troska o naród palestyński sięga dokładnie tak daleko, jak sięga obiektyw kamery — i ani centymetra dalej. Ich brzuchy są wypchane, kieszenie pełne, a retoryka szybuje — hymn ku chwale oporu, prowadzony przez ludzi, którzy nie zaryzykowali nawet zadrapania od kulki od czasu ostatniego pomiaru w pasmanterii ich gazańskiego krawca.

A jeśli Hamas utrzyma władzę — co jest bardzo prawdopodobne, bo tchórze rzadko sami się zwalniają — to dobrze wiemy, do czego naprawdę dąży: nie do współistnienia, lecz do podboju. Ich karta ideowa nie pozostawia złudzeń: państwo islamskie „od rzeki do morza” — fraza, która jest mniej geografią, a bardziej teologią, mniej mapą, a bardziej pragnieniem śmierci. Grają cudzymi pieniędzmi — palestyńskie życia to ich żetony w kasynie — i jedyną siłą, która kiedykolwiek przerywa ich grę, jest wiarygodne zagrożenie własnym unicestwieniem.

Może  właśnie wyczerpanie zrobi to, czego przyzwoitość nigdy nie potrafiła. Może jakiś szczątkowy, zwierzęcy instynkt przetrwania przeważy nad narkotycznym urokiem męczeństwa. Może, choć raz, mężczyźni Gazy zatęsknią za cichym domem, pełną lodówką i nocą nieprzerywaną przez stukot księgowych Boga, zliczających zmarłych.

Ale nie łudźmy się: nikt nie został nawrócony na pokój. To nie jest świt nowego porządku moralnego — to kac po rzece krwi i retoryki. Bezlitosna kampania IDF i szerszy nacisk promieniujący przez Jemen, Syrię, Katar i Iran przypomniały nawet tym, którzy rzekomo kochają śmierć, że umieranie nadal boli.

I to, ostatecznie, jest jedyne kazanie, które kiedykolwiek do nich dotarło.

Nie — palestyńska tragedia nie wynika z braku państwowości, lecz z przywództwa: przywództwa, które traktuje śmierć jak walutę, litość jak strategię, a przetrwanie jak wstydliwy kompromis. Cywilizacja — w takiej okolicy — nie przetrwa dzięki perswazji, lecz dzięki temu, że budzi przerażenie.

Pokój przez proch i wytrwałość

Zatem tak, zobaczymy, czy to zawieszenie broni doprowadzi do pokoju. Ale dla tych, którzy odrzucili propozycję wymiany morderców na zakładników miesiące temu — ile dodatkowych ofiar było koniecznych? To Hamas wybrał tę wojnę i ją przedłużył — chowając się w tunelach, uzbrajając bloki mieszkalne jako pułapki, fabrykując zdjęcia głodujących dzieci i zakrwawionych worków z ciałami, z których niekiedy „zmarli” wstawali, gdy kamera się odwracała. Strzelali nawet do własnych cywilów próbujących uciec — bo ulubiony Palestyńczyk Hamasu to zawsze ten martwy. Najlepiej z kamizelką „PRESS” i podpisem pełnym współczucia.

Niech więc dyplomaci wznoszą toasty, a Trump poleruje swojego wyimaginowanego Nobla. Reszta z nas może pozwolić sobie na prawdę: to zawieszenie broni nie zostało wywalczone perswazją, empatią ani oświeceniem. Zostało zdobyte przez stałą, straszną, konieczną presję izraelskiego oręża — jedynej siły w regionie, która wciąż wierzy, że cywilizacja jest warta obrony.

Jeśli pokój nadejdzie, to nie dlatego, że świat nagle zmądrzał — ale dlatego, że Hamasowi skończyły się kryjówki. Pokój przez siłę nie jest ciepły, szlachetny ani sprawiedliwy. Jest po prostu pokojem wymuszonym siłą. A historia, ten okrutny i nieczuły redaktor, zapisze znów tylko jedną ważną linię: że barbarzyństwo zostało zastraszone do milczenia, a cywilizacja — zmęczona, ale niepokorna — przetrwała.


Link do oryginału: https://www.freedomtoffend.com/p/peace-through-strength-and-the-hypocrisy?utm_source=post-email-title&;publication_id=2017302&post_id=175823425&utm_campaign=email-post-title&isFreemail=false&r=36uf0r&triedRedirect=true&utm_medium=email

Freedom To Offend, 11 października 2025


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘An Evening of Tears’: Israeli Hostages, Bereaved Relatives Voice Mixed Emotions Ahead of Release Deal


‘An Evening of Tears’: Israeli Hostages, Bereaved Relatives Voice Mixed Emotions Ahead of Release Deal

Debbie Weiss


Israeli President Isaac Herzog speaks as he visits a site next to “Hostages Square” amid a ceasefire between Israel and Hamas in Gaza and ahead of the expected return of hostages held in Gaza, in Tel Aviv, Israel, Oct. 12, 2025. Photo: REUTERS/Stoyan Nenov

The families of Israeli hostages, fallen soldiers, and terror victims voiced their feelings Sunday night about the pending hostage release from Gaza, on what Prime Minister Benjamin Netanyahu described as “an evening of tears and happiness.”

Ilan Dalal, the father of hostage Guy Gilboa-Dalal, said he hoped to hug his son and “tell him that the nightmare is over.” But he also said he didn’t know “what kind of son I’m going to get back.” In the last video released of Guy by the Palestinian terrorist group Hamas, Dalal said he saw “despair in his eyes,” adding his hope that he would be able to “rebuild his life.”

Dalal spoke alongside former hostage Tal Shoham on a Zoom call with members of the press. Dalal’s son was held in the tunnels in Gaza along with Shoham, Omer Wenkert — who has since been released — and Evyatar David, who is set for release on Monday.

Shoham thanked US President Donald Trump for “making the impossible possible” and said he wished he could shake the president’s hand “not only for this deal but for the deal that released me.”

Trump departed for Israel and Egypt on Sunday to celebrate the US-brokered ceasefire and hostage-release deal between Israel and Hamas to halt fighting in Gaza. The war began with Hamas’s Oct. 7, 2023, invasion of and massacre across southern Israel, during which Palestinian terrorists from Gaza murdered 1,200 people and kidnapped 251 hostages.

In his remarks Sunday evening, Netanyahu called the impending releases “a historic event, which some did not believe would ever happen,” and urged Israelis to set aside their differences.

“With joint strength, we achieved spectacular victories,” he said, while warning that the military campaign was not over. “There are still major security challenges ahead of us. Some of our enemies are trying to recover in order to attack us again but we are on this.”

Not everyone supported the deal, which would see around 2,000 Palestinian prisoners released in exchange for the remaining 48 hostages, 20 of whom are believed to be alive.

Brenda Lemkus, whose daughter Dalia was murdered in a 2014 stabbing attack in the West Bank, joined other bereaved relatives from the Choosing Life group — which opposes prisoner releases — in condemning the decision to release her daughter’s killer.

“Releasing him invites the next murder immediately,” Lemkus said. “The blood of those murdered is on the ministers who voted for this.” She called on Israel to institute the death penalty for terrorists.

Michael Nurzhitz, brother of reservist Vadim Nurzhitz, said that while he was happy for the hostages and their families, releasing Raed Sheikh — the terrorist and Palestinian police officer responsible for his brother’s murder — was “unfathomable,” especially ahead of the 25th anniversary of the incident.

Vadim Nurzhitz and fellow Israel Defense Forces (IDF) reservist Yossi Avrahami were lynched in Ramallah on Oct. 12, 2000, after accidentally entering the city and being taken into custody at a Palestinian police station.

“If they release the murderer, the terrorist will return to terror, just like those released in the Shalit deal — they will return to murder us,” Nurzhitz said, referring to the 2011 exchange that freed Gilad Shalit in return for more than 1,000 Palestinian prisoners, including Yahya Sinwar, who later masterminded Hamas’s Oct. 7, 2023, invasion of and massacre across southern Israel.

Choosing Life petitioned the High Court against the move, saying “the blood of our children has turned into a tradable commodity.”

Eliya Atias, whose son Eden was stabbed to death while he was sleeping in 2013, said the release of his son’s murderer was a sacrifice she “felt good” about making if it meant freeing the hostages. 

“I am a believing Jew who believes that the Creator will pay him back,” she said. “I feel that thanks to my act, I am saving the lives of my brothers in Gaza.”

Emotions were also mixed at a Sukkot event attended by 2,000 bereaved Israelis, organized by OneFamily, which supports victims of terror and their families.

Hagit Rosenzweig, whose son, Staff Sgt. Eitan Rosenzweig, was killed in Jabalia in north Gaza early in the war, called it a “very complex day.”

“We are very happy that the hostages are returning, and that families are being reunited. But our son isn’t ever coming home,” she said.

Meir Hershkowitz, whose son Netanel was also killed in Jabalia in October 2024, said he was “thrilled for the families” but urged Israelis not to forget those who were killed.

Both Rosenzweig and Hershkowitz said they found solace in being with others who shared their loss. “Especially during the holidays when the absence is most deeply felt. Being here with other families who understand the same pain is powerful,” Hershkowitz said.

On the Zoom call, Dalal described the rollercoaster of the past two years, noting many moments of “great despair,” but said he reminded himself that his son was “counting on him to be his voice” from inside the tunnels of Gaza.

“We didn’t have the option to break down,” he said.

Shoham said he endured “torture, cruelty, and starvation” during his captivity. Hamas withheld food as “sadistic psychological warfare,” keeping them on “200 or 300 calories a day” — first “to make us suffer,” and second “to pressure Israeli society,” he said. He described seeing “boxes and boxes and boxes” of aid diverted by captors who bragged of having supplies “for months ahead,” while refusing to share it with hostages in the tunnels.

Shoham distinguished between Hamas and the people around them, while conceding, bleakly, how porous that boundary had become. “I know that there are people who support Hamas — I don’t know if it’s all of them but a lot of them are part of Hamas and are disguised as civilians.”

His guards, he noted, had ordinary jobs. “One was a first-grade teacher, another was a lecturer at a university, and another was a doctor. These are normal people becoming terrorists.”

Shoham also described the mindset that helped him survive.

“I consider myself a spiritual person on a spiritual journey. I believe human life has a purpose,” he said. “During captivity, I tried to do everything in my power to honor my life, no matter what they would do to me. We’re not responsible for the terrible things our enemies will do — or even for any deals that are made. Our only mission is to become better each day and to cleanse ourselves from the cruelty and hell we went through.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com